Festiwal Książek, Gier i Fikcji Wszelkiej
Elysium

I KONKURS LITERACKI ELYSIUM

Uwolnij swoją wyobraźnię i dołącz do pierwszej edycji Konkursu Literackiego „ELYSIUM”! Poszukujemy oryginalnych opowiadań, które zachwycą jury i czytelników. Najlepsze prace zostaną nagrodzone i opublikowane w specjalnej antologii. Nie przegap szansy, by Twoje słowa zyskały nieśmiertelność!

Zadanie:

Poszukujemy opowiadań z motywem lub nawiązaniem do pól elizejskich! Weź udział w pierwszej edycji konkursu literackiego i wygraj nagrody  :)
Szczegóły znajdziesz w regulaminie  ;)

Nabór zamknięty oceny przyznane!

Spośród blisko 250 prac wybraliśmy 20 najlepszych, oto i one 🙂

1. Magdalena Hoczyk-Banda: "Zamknięte Drzwi"

—  A wiesz, że wiewiórki zapominają, gdzie schowały jedzenie? Trochę głupie, nie? — zagaił Teddy, patrząc przenikliwie na Gertie. Dziewczynka z trudem zaplatała warkocze, chwytając palcami kręcone, napuszone kosmyki. Wyciągała przy tym język. Tak, jakby ta dziwna czynność miała pomóc w skupieniu całej jej uwagi.

—  I co z tego? Są super —  odpowiedziała Teddiemu, opuszczając ręce z rezygnacją. Jej warkocze jak zawsze były nieco krzywe. Nie umiała inaczej. 

— No nic, ale nie wiem, czemu tak kochasz te gryzonie —  mruknął Teddie, wycinając coś na wierzchu drewnianej toaletki. 

—  Co robisz?! — wykrzyknęła. —  Jak pani Mason to zobaczy…

—  E tam —  Machnął ręką, po czym zaprezentował swoje dzieło. Na blacie widniała mała wiewiórka z ogonem większym od niej całej. —  Bez ryzyka nie ma zabawy — dorzucił zawadiacko. 

Twarz dziewczynki rozjaśniła się w zachwycie.

—  Jaka piękna!

Z otwartymi z wrażenia ustami przejechała palcem po brzegach obrazka. W tym samym momencie do dormitorium wpadł zdyszany, wyjątkowo chudy chłopiec.

—  Dawajcie! Na co czekacie? Dziś śniadanie Toma, czyli co? Naleśniki! —  zawołał podekscytowany Dennis. 

W sierocińcu Elysium wszystkie dni przebiegały według ustalonego schematu. Poranki zaczynały się od śniadania wybranego przez jednego z wychowanków. Tak zwanego Króla Śniadań raz wyznaczał porządek alfabetyczny, innym razem wiek, a czasem po prostu kolejność zapisu na specjalnej liście. Obiady i kolacje również wybierała ta sama osoba, co sprawiało, że czasem wszyscy jedli naleśniki, frytki lub pizzę trzy razy w ciągu jednego dnia. Na szczęście, jeśli ktoś miał dość, mógł prosić o coś innego.

Po śniadaniu przychodziła pora na różnego rodzaju zabawy, podczas których dzieci rozwijały swoje pasje, talenty lub zainteresowania. Opiekunki czuwały nad bezpieczeństwem wychowanków, którzy całymi dniami bawili się wewnątrz lub wokół imponującego budynku z czerwonej cegły. W środku czekały na nie sale przystosowane do konkretnych aktywności: malowania, grania, czytania, oglądania i nagrywania filmów, gry na instrumentach, szycia, rzeźbienia, uprawiania sportu, czy po prostu leżenia i wpatrywania się w sufit.

Całe miejsce robiło niesamowite wrażenie. W letnich miesiącach większość dzieci spędzała czas na rozłożystych błoniach, które przyciągały soczyście zieloną trawą, albo odpoczywała przy fontannie ozdobionej posągiem kolibra.

Teddy, Gertie i ciągnący się za nimi Dennis wyszli na rozgrzany chodnik. Od razu skierowali się ku torowi przeszkód, na którym swój bieg kończył właśnie wysoki, jasnowłosy nastolatek.

—  O, cześć! Przyszliście potrenować? — rzucił wyrostek z uśmiechem. Chwycił butelkę wody, odgarniając gęste włosy z czoła.

— Siemasz, Nicolas. No ciebie nie prześcigniemy — Podał mu rękę Teddy.

Gertie nieco się zarumieniła i skinęła głową. Teddy poczuł lekką irytację.

— To co, ja czy ty? — zapytał Gertie, siląc się na swobodny ton.

— Ja. 

Dwunastolatka w sportowym stroju wkroczyła energicznie na tor. Natychmiast uleciała z niej cała nieśmiałość. Wyglądała na skupioną i zdecydowaną. Rozciągnęła się, ustawiła i wystartowała.

Teddy patrzył na nią z podziwem. Nie mógł uwierzyć, że w tym wątłym ciałku jest tak wiele siły. Gertie mknęła przed siebie, nie zważając na kolejne przeszkody. Towarzyszyła temu niezwykła precyzja. Doskonale wiedziała, jak wyważyć każdy skok i wymierzyć odległość. Nic – ani podciąganie się na linie, ani czołganie pod kolejnymi przeszkodami – nie sprawiało jej najmniejszego problemu.

— Wow, jesteś niesamowita! —  wykrzyknął Nicolas i przybił piątkę Gertie, która właśnie dobiegła do mety.

— Dzię-dziękuję… — wydyszała i wyszczerzyła się w pełnym zadowolenia uśmiechu.

— Dobra robota, Ruda. Jak zawsze — wtrącił się Teddy, stając między nimi. — Teraz ja. Chyba że ty chcesz? — Zerknął na dłubiącego w nosie chudzielca.

— Chyba śnisz —  Dennis rozsiadł się wygodnie na ławce. —  Ja tu robię za trenera.

Dzień minął im tak szybko, jak się zaczął. Pośród śmiechów dzieci, w cudownie kojącym, rozgrzewającym skórę słońcu, czuli się wolni i niezwyciężeni. Wysoką temperaturę łagodził rześki szum wiatru przemykający między koronami drzew, a głód szybko zaspokajały kolejne podsuwane pod nos posiłki. 

Podczas gdy Gertie biła kolejny rekord na torze, Teddy usłyszał coś niepokojącego. Spomiędzy szeleszczących liści dobiegły go jakieś głosy. Nie był to jednak głos nikogo, kto mógłby znajdować się w pobliżu. Te obce dźwięki dochodziły jakby ze środka jego głowy. Poczuł nieprzyjemny dreszcz. Przez moment próbował się na nich skupić, zasłaniając uszy.

Po chwili wszystko ucichło.

— Dziwne… — mruknął do siebie. Rozejrzał się dookoła. Musiało mu się przesłyszeć. Wzruszył ramionami, po czym wszedł do spowitego półmrokiem sierocińca. 

***

Zbliżała się noc. Po wieczornej toalecie, opiekunki organizowały krótką pogadankę w każdym pokoju wspólnym. Na koniec dnia przypominały dzieciom o głównych zasadach rządzących Elysium:

— Zasada numer 1: Żyj chwilą. Każdy dzień to źródło zabawy i przyjemności. Zasada numer dwa…? — Opiekunka Miranda wskazała na Dennisa, który wyrecytował:

— Bądź życzliwy bez względu na wszystko. 

— Brawo. Zasada numer trzy…?

Tym razem rękę podniósł siedzący po drugiej stronie pokoju Marcel:

— Nigdy, przenigdy nie wchodź do lasu bez opieki.

— Wspaniale! Dobranoc, kochani. Wypocznijcie. Przed wami kolejny wspaniały dzień.

Miranda ucałowała każdego z nich, zgasiła światło i przymknęła drzwi dormitorium.

***

Teddiego wybudziło coś w rodzaju szarpnięcia. Otworzył oczy i zamrugał. W całym ciele, od uszu do pięt, czuł nieuzasadniony niepokój. Był środek nocy. W pokoju palił się jedynie projektor imitujący gwiazdy na suficie. Wokół rozbrzmiewały miarowe oddechy kolegów. Poza tym panowała idealna cisza.

Podniósł się z łóżka. “Może lepiej iść do pani Mirandy i poprosić o szklankę mleka”, pomyślał. Ruszył do drzwi i zatrzymał się w połowie drogi. Kątem oka wychwycił jakiś ruch.

Wyjrzał przez okno. W kierunku lasu szła postać. Ubrana w piżamę, podążała powolnym krokiem w stronę otwartej bramy. Teddy zmrużył oczy. Po ruchach, włosach i sylwetce rozpoznał w niej Nicolasa.

Poczuł narastającą panikę. Co robić?! Nick łamie główną zasadę sierocińca. Wyjścia do lasu bez opieki były najpilniej strzeżoną regułą. Podobno ci, którzy jej nie przestrzegali, nigdy nie powrócili.

Teddy wsunął stojące przy drzwiach buty na zmarznięte stopy i wymknął się na korytarz. Najciszej, jak tylko potrafił, zszedł po skrzypiących, drewnianych schodach.

Gdy tylko poczuł na twarzy chłód nocy, rzucił się pędem w kierunku Nicolasa. Nie mogą go wyrzucić! Po prostu nie mogą! Zresztą, kto wie, jakie zło czai się w tym lesie…?

Nicolas był już za bramą, kiedy Teddy chwycił go za rękę. 

— Co ty wyprawiasz, Nick?! — warknął, dysząc z wysiłku.

Nicolas nawet się nie odwrócił. Patrząc w stronę lasu, szedł spokojnym, równym krokiem, jakby coś ciągnęło go na sznurku.

— Halo, Nick! Mówię do ciebie! — Przestraszony Teddy chwycił go za ramiona.

To, co zobaczył, odebrało mu mowę. Oczy Nicolasa były puste, beznamiętne. “On mnie nie widzi”, zauważył z przerażeniem.

Otrząsnął się. Wbił zimne palce w ramiona Nicolasa i zaczął nimi potrząsać.

— Nick! Nick! Obudź się, Nick! — wydzierał się Teddy. Nie zważał, czy ktoś go usłyszy. 

Nagle poczuł silny, tępy ból z tyłu głowy. Upadł. Twarz Nicka rozpłynęła się w ciemności.

***

— Dziś dzień Ulricha. Możemy spodziewać się samych hot dogów — gdzieś z oddali dobiegł do niego znudzony głos Dennisa.

Teddy wystrzelił z łóżka. Koledzy obrócili się do niego ze zdziwieniem.

— A ty co?

— Gdzie jest Nick?! — krzyknął Teddy, patrząc na ich zaskoczone twarze. — Gdzie Nicolas, gadajcie!

— Jak to gdzie? — Dennis zmarszczył brwi. — Pewnie siedzi u siebie.

Teddy oddychał głęboko. “Nic nie rozumieją”, pomyślał i szybkim krokiem ruszył do sypialni starszych chłopców. 

Drogę zablokowała mu przechodząca pani Miranda. 

— Teddy, dokąd to? — Uniosła wysoko brwi, łapiąc go za ramię.

— Proszę pani…! Czy z Nicolasem wszystko w porządku? Wczoraj widziałem, jak…

— Tak, wszystko w najlepszym porządku — odrzekła Miranda z nieukrywanym zaskoczeniem. — Nie wiem, skąd możesz wiedzieć… ale skoro już pytasz, nie ma co zwlekać — Uśmiechnęła się ciepło. —  Nickowi się poszczęściło. Dziś zabrali go nowi rodzice. 

— Co? Tak nagle? Nic nie mówił…

— Bo nie chciał stresować kolegów. Takie było jego życzenie: nie mówić nikomu. Nie chciał was martwić. Pożegnał się na własnych warunkach.

— Bez sensu…

Miranda spojrzała na niego badawczo.

— Czy coś się stało? Miałeś zły sen? — Położyła dłoń na jego czole. — Teddy, kochanie, to naturalne, że będziesz tęsknić za Nickiem. Jak my wszyscy. Spróbuj jednak cieszyć się jego szczęściem, dobrze? Jest w lepszym miejscu.

Teddy stał jak wryty. Z poczuciem rosnącej dezorientacji spojrzał w jasne oczy pani Mirandy. Ubrana w długą, niebieską suknię z fartuchem wyglądała niewinnie jak anioł.

Jednak on wyczuł w jej tonie coś fałszywego. Nie wiedział czemu, ale jednego był pewny: jego ukochana opiekunka kłamie.

***

— Jejku, Teddy, ty to się zawsze wpakujesz w jakieś kłopoty — Pokręciła głową Gertie, gdy opowiedział o wszystkim jej i Dennisowi. — Skąd wiesz, że to nie był sen?

— Bo wiem! Widziałem Nicka tak samo, jak widzę teraz was! Czemu mi nie wierzycie?

Przyjaciele spojrzeli po sobie. Opowieść Teddiego była dla nich zbyt pozbawiona sensu, aby mogli mu zaufać. Z drugiej strony widzieli, jak bardzo mu zależy.

— Dobrze — westchnęła Gertie. — Powiedzmy, że ci wierzę, Ted. Co chcesz z tym zrobić?

— Zwariowałaś? – obruszył się Dennis. — Nie zachęcaj go! Przecież to jakieś bzdury. Czemu pani Miranda miałaby kłamać? Już zapomniałaś, ile razy ci pomogła?

Gertie przygryzła wargę, jakby walczyła sama ze sobą.

— Tak, ale… Nie dziwi cię, że nie możemy wejść do tego lasu? Wiem, że chodzi o bezpieczeństwo, no ale… One też tam nie chodzą. Tak naprawdę nigdy nie widziałam nikogo za bramą.

— No nie mogę z wami! — Dennis położył głowę na kolanach. — Dooobra. Dobra, mów. Jaki jest ten twój durny plan? — Westchnął do swoich kolan. 

Teddy poczuł ulgę i przypływ wdzięczności.

— Dziękuję wam. Nie ma lepszych kumpli — Uśmiechnął się od ucha do ucha i dodał: — Mój plan jest prosty. Dziś uratujemy Nicka. 

***

Droga przez ciemny las dłużyła się niemiłosiernie. Trzy drobne postacie w zielonych płaszczach w pośpiechu mijały rzędy wysokich drzew. Ostatnia i najwyższa z nich co chwilę oglądała się za siebie. 

— Jezu, co my robimy, co my robimy… — powtarzał jak mantrę Dennis. Pozostawał w sporej odległości od pozostałej dwójki, jakby nie był pewny, czy w ogóle chce im towarzyszyć.

— Jeszcze kawałek. Upewnimy się, że Nicolasa tu nie ma i wracamy — uspokoił go Teddy.

— To może go zawołajmy? No bo jak chcesz go znaleźć?

— Może masz rację — zgodził się Teddy, po czym wykrzyknął imię Nicka. Pozostała dwójka zaczęła nawoływać razem z nim, a z pobliskich drzew wzbiło się kilka ptaków. 

—  I dupa. Wracajmy! —  jęknął Dennis, gdy przeszli kolejne kilka kroków.

— Teddy, może faktycznie wracajmy — powiedziała cicho Gertie, idąc przy jego boku. —  Boję się.

Wiedział, że przyjaciele mają rację, ale nie mógł się z tym pogodzić. Było mu zwyczajnie głupio. Nie chciał, żeby myśleli, że zmusił ich do takiego poświęcenia, bo coś mu się przyśniło. “Zwłaszcza ona nie może tak myśleć” powiedział do siebie w duchu, zerkając ukradkiem na Gertie.

— Jeszcze tylko trochę — Chwycił ją za rękę. — Proszę.

Gertie spojrzała na jego dłoń z lekkim uśmiechem. Nie puściła. Szli tak przez najbliższe kilka metrów, gdy nagle…

— Co to jest?! —  wykrzyknął Dennis.

Gertie i Teddy spojrzeli we wskazanym kierunku. Na jednym z drzew – groteskowo wysokim i szerokim – znajdowały się wielkie drzwi. Pozbawione zdobień, z zasuwą oraz żarówką na szczycie, zdawały się zupełnie nie pasować do otoczenia.

—  A nie mówiłem?!

Teddy poczuł narastającą ekscytację. Puścił Gertie i podszedł do drzwi. Przyłożył do nich dłoń: były dziwnie ciepłe, jakby przepływała przez nie energia. Chwycił metalową zasuwę. Spodziewał się, że nie da się otworzyć. Mylił się. Puściła bez żadnych przeszkód.

— Co ty robisz, Teddy? — syknął Dennis. —  Nie wchodź tam!

— Tylko zerknę…

— Nie, mam dość — Dennis uniósł ręce w geście poddania. — Ruda, zostaw tego wariata. Wracajmy!

— Ale ja… ja też chcę wiedzieć, co tam jest —  Gertie wpatrywała się w drzwi z taką samą fascynacją, jak Teddy.

— Nie rozumiem was… Nie rozumiem — Dennis pokręcił głową z niedowierzaniem. Chwycił Gertie za rękę i pociągnął. 

— Przepraszam. Możesz iść, nie będziemy źli —  powiedziała cicho, wysuwając dłoń z jego uścisku.

Dennis zawahał się przez krótką chwilę. Wreszcie zaklął i pobiegł w stronę sierocińca. 

***

Teddy spojrzał z wdzięcznością na Gertie. W jego oczach malował się również strach przemieszany z ekscytacją.

— To co, otwieramy?

Gertie nabrała powietrza i kiwnęła głową. 

— Jeśli tego chcesz, idę z tobą.

Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Otworzył zasuwę i uchylił ciężkie, metalowe drzwi. Klik. W sekundę cały las rozświetlił się ostrym, oślepiającym światłem.

Wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Jakaś niewidzialna moc odrzuciła Teddiego do tyłu. Przygwoździła go do drzewa z takim impetem, że na moment stracił oddech. Mrużąc załzawione oczy, spojrzał w stronę otwartych na oścież drzwi. 

Gertie stała przytulona do pobliskiego pnia. Płakała. Coś wciągało ją do środka tak, że jej stopy niemal odrywały się od pokrytej ściółką ziemi. 

— Teddy, pomocy! — zawyła z przerażeniem.

Chłopak spróbował do niej pobiec, ale na próżno. Siła, która tak uparcie odsuwała go od drzwi, z tą samą zażyłością pochłaniała jego najdroższą przyjaciółkę.

Wreszcie, po wielu próbach, zdołał przyczołgać się do Gertie. Z wysiłkiem podciągnął się do góry. Za późno. 

Drobne rączki Gertie oderwały się od drzewa. Przez ułamek sekundy desperacko chwytała powietrze, próbując odnaleźć jego dłoń. Jej ciało znikało w strumieniu jasnego światła.

— GEEEERTIE! — wrzasnął Teddy. Ostatkami sił chwycił jej nogę.

Drzwi połknęły ich oboje, zamykając się bezgłośnie. Wokół zapanowała cisza.

***

— Witamy z powrotem, panie Mason.

Teddy z trudem otworzył oczy. Zamrugał. Znajdował się w czymś w rodzaju dużej, szpitalnej sali. Obok jego łóżka stała pielęgniarka z miłym wyrazem twarzy. Na jej fartuchu widniał żółty, dziwnie znajomy symbol kolibra.

— No dzień dobry, panie Mason. Ale nam pan napędził stracha — Roześmiała się, po czym podała mu tabletkę i szklankę wody. — Proszę to wziąć, zanim zacznie się migrena. Zdarza się po tak szybkim przeniesieniu.

— Przeniesieniu…? — wypowiedział Teddy obcym, zachrypniętym głosem. — Co się ze mną…?

Spojrzał na swoje dłonie. Były pomarszczone, blade i przeplatane rzędami grubych, zielonych żył. Jego głowę przeszył ostry ból.

— Zaczyna się — Pielęgniarka wcisnęła mu tabletkę w dłoń. — Szybciutko, łykamy. Zaraz pan sobie wszystko przypomni.

Teddy spojrzał na kobietę. Zawahał się i posłusznie połknął lek.

— No, panie Mason, niezły z pana rozrabiaka.

— Co tu się dzieje? — jęknął Teddy.

— Spokojnie. — Kobieta chwyciła jego dłoń. Uniosła trzymane w ręku notatki i przeczytała:  — Nazywasz się Theodor Mason. Jesteś dobrowolnym uczestnikiem projektu ELYSIUM. Celem programu jest zapewnienie seniorom i ludziom schorowanym perfekcyjnych, ostatnich dni, miesięcy, a nawet lat życia w idyllicznych warunkach. Twój umysł znajdował się w wybranym przez ciebie scenariuszu, czyli sierocińcu pełnym szczęśliwych, otoczonych opieką dzieci. W kwestionariuszu, który podpisałeś, oznajmiłeś: “Chcę poczuć spokój, miłość i wolność, których nie zaznałem w rodzinnym domu”.

Jego mózg powoli złożył wszystko w jedną całość. Przypomniał sobie swoje dotychczasowe życie: przedwczesną śmierć ukochanej żony, brak kontaktu z synem, rosnące poczucie braku sensu i wreszcie – dobrowolne poddanie się udziałowi w projekcie, aby na koniec zaznać nieco szczęścia. Zmarszczył brwi.

— Przypomniał pan sobie, co? — W jej głosie wybrzmiewało współczucie. — Czy mogę coś dla pana zrobić?

— Nie… nie — Pokręcił głową w roztargnieniu. Czuł się okropnie. — Chociaż… Gertie! Gdzie jest Gertie? 

Kobieta zmrużyła oczy z zastanowieniem. Nie miała pojęcia, o czym mówi.

— W sierocińcu była ze mną dziewczynka, rudowłosa Gertie. Uwielbiała sport, była moją… moją przyjaciółką. Ona też tu jest?

Po twarzy pielęgniarki przebiegł ledwo zauważalny cień.

— Wie pan co? Zaraz sprawdzę. Zapytam, czy mamy tu kogoś takiego — odpowiedziała i odeszła szybkim krokiem.

***

Pojawiła się dopiero po dwóch godzinach, podczas których Theodor przeanalizował swoje nędzne położenie. Trudno było mu powrócić do ciała, które tak bardzo różniło się od pełnego życia i wigoru organizmu dwunastolatka. Dręczyły go bóle pleców, stawów, ciężki chód. Gorzej widział, słyszał, a do tego odczuwał dławiący żal za utraconą młodością – a jeszcze bardziej za szansami, które zaprzepaścił.

Pielęgniarka wkroczyła do sali i triumfalnie wycelowała w niego palec.

— Mamy ją, panie Mason! Gertie to prawdopodobnie Gertrude Hartwell. Mamy ją na oddziale.

— Cudownie — rozpromienił się Teddy. W przypływie radości uniósł ciało trochę zbyt żwawo, co spowodowało niepokojący trzask w biodrze. Syknął z bólu i zwrócił się do pielęgniarki:          — Czy mogę ją zobaczyć?

Kobieta zawahała się przez chwilę.

— Tak. Myślę, że tak będzie najlepiej.

Teddy podążył za nią do sali na drugim końcu korytarza. Po kilku minutach marszu wszedł do pokoju wypełnionego nowoczesnym sprzętem. Na środku sali stało łóżko, na którym leżała wątła, siwowłosa kobieta, podłączona do całej tej aparatury.

— Gertrude od lat znajduje się w śpiączce — wyjaśniła pielęgniarka. — Jej rodzina wydała ostatnie pieniądze, aby umieścić ją w programie.

Teddy bez słowa wpatrywał się w chude, nieruchome ciało. Nie tego się spodziewał.

— Ale… będzie mogła wrócić razem ze mną, tak?

Kobieta westchnęła ciężko.

— Niestety, Theodorze. Wasz mały wybryk był czymś, co łatwo naprawić w przypadku ciebie – osoby, która jest świadoma i wykupiła drugie wejście do programu w razie, gdyby coś poszło nie tak. U Gertrude ten proces jest bardziej… skomplikowany. Jej rodziny nie stać na ponowny transfer.

Teddy poczuł, jak na dno żołądka opada mu ciężki kamień.

— Czyli wszystko zepsułem…

Spuścił głowę. Powłócząc coraz bardziej sztywniejącą nogą, poczłapał do łóżka przyjaciółki.

— Witaj Gertie — Chwycił z czułością chłodną, nieruchomą dłoń. — To ja, Teddy. Ten urwis, który wszystko psuje — Uśmiechnął się ze smutkiem. — Dobra wiadomość jest taka, że udało nam się znaleźć Nicka. Powiedzieli mi, że ci, którzy umierają, odchodzą z sierocińca przez drzwi w lesie. W ten sposób ich świadomość wraca do ciała, które umiera — Otarł łzę z policzka. — Czyli twoja ukochana Miranda nie kłamała. Nicolas naprawdę “odszedł do lepszego miejsca”.

Westchnął. Pielęgniarka wciąż stała za nim. Miał wrażenie, że szlocha.

— Proszę pani… — zwrócił się do niej.

— Och, proszę mi mówić Lucy.

— Dobrze. Droga Lucy — powiedział, zaciskając powieki. — Błagam. Pomóż mi to naprawić.

***

Pierwsze promienie słońca wślizgnęły się do dormitorium w sierocińcu Elysium. W powietrzu unosił się zapach naleśników, na zewnątrz łopotały liście. Charakterystyczny zgiełk poranka stopniowo dotarł do zaspanego umysłu Gertie.

— No, wreszcie. Ile można spać, kobieto? — zrzędził stojący nad jej łóżkiem Dennis. — Dziś dzień naleśników!

— Już, już…

Gertie ziewnęła i przeciągnęła się z przyjemnością. Podeszła do drewnianej toaletki. Chwyciła za szczotkę, rozpoczynając swoją codzienną walkę z niesfornymi warkoczami. 

Nagle jej wzrok padł na małą, wyrytą na brzegu blatu wiewiórkę. Gertie uniosła brwi. Poczuła mieszaninę smutku i szczęścia. Widok obrazka obudził w niej pokłady silnej, ale niczym nieuzasadnionej nostalgii. 

Pogładziła go palcem. Skąd się tu wziął? Wyryła go jakaś dziewczynka?… 

— Gertie, dawaj! — zawołał Dennis. 

Po raz ostatni zerknęła na wiewiórkę z ogonem większym od niej samej. Uśmiechnęła się i przebiegła przez szeroko otwarte drzwi.

2. Anna Stachowiak: "Danse Macabre, tylko DJ gra techno"

Nazywam się Xander i jestem, jak wy to nazywacie, ponurym żniwiarzem. Przyjaciele mogliby mówić na mnie X, gdybym ich miał. Mam tylko Augiasza, który kiedyś uznał, że inicjałem mojego imienia, mógłbym spokojnie znaczyć swoje “ofiary”. Nie bardzo wiedziałem, czy mówił poważnie, ale chciałem mimo wszystko sprawdzić czy przyniesie mi to jakąś satysfakcję, poczuję jakieś “żniwiarzowe” katharsis, albo dostanę awans, szczególnie, że przydałby mi się dowód mojego przepracowania. Nie chciałem znaczyć ludzkich powłok, w końcu jestem tylko żniwiarzem, a nie psycholem, więc wkładałem karteczkę z moim znakiem do kieszeni trupów moich podopiecznych. Okazało się później, że mój inicjał otoczony fantazyjnym kółeczkiem został opacznie zrozumiany, a niedługo później również skradziony stając się podwaliną lokalnego folkloru i inspiracją dla innego – tym razem już prawdziwego – psychola. Społeczność nazwała go Zodiak, czy coś takiego i odebrał mi zupełnie ochotę i potrzebę bycia pracownikiem roku w mojej profesji. Opuściłem wtedy Kalifornię i przeniosłem obszar swojego działania na polskie Kaszuby, gdzie mieszkam do dziś i piastuję wciąż to samo stanowisko.
Nie urodziłem się żniwiarzem, choć w moim rozumieniu samo “urodzenie się” brzmi trywialnie, taki awans można otrzymać, gdy za życia osiągnąłeś dojrzałość ducha. Mój skok ewolucyjny nastąpił, gdy będąc wybitnym, brytyjskim pisarzem odnalazłem spokój, w parszywym, otaczającym mnie świecie. Zgodnie z etykietą Ponurej Pani nie powinniśmy rozpamiętywać naszych poprzednich żyć, więc nie ma większego znaczenia jakie moje naczynie nosiło wówczas imię. Pożegnałem się z ostatnią powłoką w roku 1950, a moje dzieła do dzisiaj mijam w topce bestsellerów na witrynach księgarni czy w rękach innych ludzi czytających na ławce w parku. Za ostatniego życia osiągnąłem coś, co postmortem, otworzyło mi drzwi innych możliwości – wybór – do jakich wyższych celów zechcę przyłożyć rękę. Mogłem być czyimś duchowym przewodnikiem, ale szlag by mnie trafił jakbym musiał chronić przed niebezpieczeństwami czy złymi decyzjami, kogoś kto ma je wypisane na czole. Mógłbym się również zatrudnić bezpośrednio u któregoś z Absolutów. Przykładowo, mój przyjaciel, zatrudnił się u samego Losu, a jego zadaniem jest stawiać przed ludźmi nagłe wydarzenia, dobre i złe – jako formę nauki. Wiadomo, czasem za te nieprzewidywalne sytuacje ktoś musi przypłacić życiem, ale zwykle dzieje się tak, gdy pani od Przeznaczenia pieprznie się w obliczeniach i trzeba ludziom zrobić reset.
Między naszymi wydziałami jest współpraca, ostatecznie to wszystko działa jak wielka machineria, napędzana śmiertelniczą benzyną. Dla mnie to obecnie forma awansu od życia, taki szczebel kariery, który pewnie przyjdzie mi teraz przez setki lat badać, zanim znowu coś zaskoczy i wskoczę na poziom wyżej.
Generalnie uważam moją pracę za dość przyjemną i niezwykle ważną. Nie każdy by się do niej nadawał, bo o ile odsiew psychopatów i morderców robimy na ziemi, to odbieranie ludziom tego, co w ich rozumieniu jest największą wartością musi być przeprowadzone z nie byle jaką empatią.

Kodeks mojej działalności jest prosty – pierwsze – Nigdy nie pytaj dlaczego, drugie – Bądź wyrozumiały , trzecie – Pamiętaj i ostatnie – Bądź skuteczny. Proces wygląda tak, że do mojej pamięci wgrywane są informacje o ludziach z mojego rewiru, których czas na Ziemi się skończył. Odesłani są ich opiekunowie duchowi i czekają na nich “po drugiej stronie”. Ich zadanie dobiegło końca, a dopóki opiekun duchowy trwa przy człowieku, żaden ponurak go nie ruszy. Moim zadaniem jest jak najszybciej zebrać dusze, bo rozrywają się one z rdzeniem ciała i gotowe są do drogi. Moja w tym głowa jak zorganizuję żniwa. Nie mam specjalnie deadline’a, ale jednak jeśli pozwalam istnieć duszy w człowieku, którego ciało już umarło to tworzy się anomalia, a muszę unikać sytuacji trudnych do wyjaśnienia ludzkiej medycynie. Działam nieprzerwanie od 1950 roku, a zatem w tym roku świętuję brylantowe gody z moją pracą.
Tak właśnie wygląda mój świat i moja praca. Ludzie mnie widzą, wtedy, gdy życzę sobie, być zauważonym, Nie każdy umierający ma ochotę chwilę przed śmiercią oglądać twarz kostuchy. Nie, żebym był jakoś wybitnie brzydki, właściwie to chyba prezentuję się całkiem estetycznie i ubieram się elegancko, Nadal podtrzymuję, że styl new look to absolutny top w modzie męskiej. Moja aparycja więc składa się z przeciętnie wysokiego, na oko dwudziestoparoletniego, opanowanego gościa w garniturze z szerokimi klapami. Czasami czekam sobie grzecznie z boku, ustępując miejsca rodzinie. Bywają jednak sytuacje, w których ktoś umiera w samotności i odrobina towarzystwa doda mu otuchy.

Chętnie zebrałbym kiedyś kilka historii w jeden zbiór, ale moja zwierzchniczka nie lubi wtrącania się sfery astralnej do życia śmiertelników, bo twierdzi, że zaburzamy w ten sposób ich naturalny cykl nauki. Jednak jest jedna historia, która zasługuje na absolutne wyróżnienie i zaczyna się ona 4 maja 2025 r. Los szykuje “przypadkowy” karambol na A-jedynce. Jest to sytuacja, gdy dusze trzeba zebrać natychmiastowo, bo się tworzą anomalie z rozmazanych na autostradzie flaków z duszą. Jakby to było Muzeum Guggenheima to może by przeszło w ramach sztuki nowoczesnej, ale mówimy o ludzkich szczątkach z wciąż uwięzioną w nich psyche, która szybko powinna zmienić swój adres.
Ponieważ u Losu pracuje Augiasz, to wysłał mi tego dnia smsa, że od godziny ósmej zakorkuje autostradę, żeby na wysokości Warlubia zacząć show z gatunku tych, które on sam lubi nazywać Cavaliadą. Po każdej akcji Augiasza wkraczam ja z moim psychekryptem. Zazwyczaj wystarczy jeśli zbliżę urządzenie do ludzkiego naczynia i pstryknę przełącznik, który automatycznie zbiera dusze do przytwierdzonego pojemnika. Czuję się wtedy jakbym grał w spin-offie do “Facetów w czerni”, tylko zamiast neruolizatora pamięci mam zbieracz jaźni. Nie inaczej było tym razem.
Tym razem na miejsce wysłano tylko mnie, a to znaczy, że karambol policzy maksymalnie 20 ofiar. Augiasz obmyślił doskonały plan. Najpierw na przewężeniu drogi utrudniał kierowcom jazdę, tworząc niewielkie stłuczki i losowe awarie samochodów, po to by za zjazdem na Pelplin kierowcy byli tak zmęczeni, że emocjonalny koktajl mołotowa wraz z kilkugodzinnym spóźnieniem wyewoluował w skrajnie nieodpowiedzialne i brawurowe zachowania na drodze jak tylko skończył się korek.
Gdy Augiasz zasiał swoje ziarno, stanęliśmy przy autostradzie przed zjazdem na Warlubie, czekając na to jak rozbrykane kucyki, bo tak często mój przyjaciel nazywa latające w karambolu samochody, rozpoczną Cavaliadę.
– Ohoho, może dzisiaj się uda pokonać rekord potęgi skoku, bo kierowcy po majówce aż kipią od złych decyzji. Żebyś Ty wiedział ilu z nich wraca dziś do domu wciąż na bombie. – Oparł się o barierę energochłonną. – Dużo duszyczek przechodzi dzisiaj za tęczowy most?
– Zaczekaj. – sięgnąłem do pamięci wywijając oczy do góry. – Mam zlecenie na ośmiu.
– Ósemka? No nie żartuj.
– A nie, wybacz, będzie dziesięć, ale ośmiu mam zabrać od razu. – Chyba są kolejki do Elizjum.
– Nie mów mi nic o kolejkach. Kiedyś w ramach losowych nauk, wrzuciłem jedną staruszkę wcześniej do lekarza ortopedy, ucieszyła się bardziej niż z wygranej na loterii. Dziwny kraj, słowo daję.
– A ja go lubię, nie ma przeludnienia i jest czym oddychać, nie to co w Kalifornii.
– O! Zaczekaj bratku, zaczynamy! – Augiasz wszedł na środek autostrady, a w jego kierunku zbliżały się dwa samochody – Seat i Mercedes. Mercedes zdążył wyprzedzić srebrnego hiszpana, ale wciąż nie zmienił pasa. Do nich, przekraczając potężnie dozwoloną prędkość, zbliżało się sportowe BMW. – Abrakadabra kucysie!
Oczywiście augiaszowa agma nie miała żadnej mocy sprawczej, a jedynie podkreślała teatralny charakter mojego kumpla. Niemniej brawurowo jadące BMW zaplanowało wyprzedzić zarówno Seata jak i Mesia zgrabnym slalomem, ale kierowca nie przewidział, że Merc postanowi wrócić na prawy pas. Szybkość, nieuwaga i brak cierpliwości, sprawiło, że beemka zahaczyła o merca i tak o to rozpoczyna się zbiorowe kino samochodowe, z tą różnicą, że każdy z pasażerów wyświetla film we własnej głowie, z najlepszymi momentami w ich życiach. BMW uderzone w tylny zderzak zatańczyło na asfalcie arcydzieło baletowe, chociaż swój ostatni piruet wykonało przez rów. Natomiast kierowca czarnego sedana z logiem podobnym do kierownicy próbując się ratować z sytuacji odbił w drugą stronę i w kontraście do beemki zatańczył breakdance. Zderzył się z jadącym za nimi Seatem, zapraszając na parkiet pozostałych uczestników ruchu. Występ zakończony. Trwał dokładnie 6 sekund i trzej główni bohaterowie zginęli w ostatnim akcie. A my mieliśmy miejsca w pierwszym rzędzie.
– Cieszę się, że ludzie potem ten bałagan sprzątają sami. To jak? Kogo tam masz na liście? – Augiasz zwrócił się do mnie, w czasie gdy ja przygotowywałem mój psychekrypt do zbioru. W takich zbiorach liczy się czas, dlatego, że lekarze są w stanie wyłapać swoimi aparaturami wciąż tlące się w ludziach życie i tylko podtrzymują agonię, albo zadają niewygodne pytania. Zebrałem dwójkę amatorów łamania zasad z beemki jako pierwszych, potem trójkę z mercedesa i trójkę z Seata. Gdy skończyłem wypełniać mój psychekrypt świeżymi duszyczkami, poczułem jak lodowacieje mi wszystko od środka.
– Coś się nie zgadza! – Zawołałem do Augiasza.
– Co takiego? – Ten był wyluzowany jak zawsze.
– Nadal mi pika, że zbiór niedokończony, chociaż zebrałem już ósemkę! – Zacząłem ponownie liczyć w głowie. Odwróciłem się na pięcie i gorączkowo zaglądałem w okna samochodów osób uczestniczących w wypadku. Kliknęło mi na widok starszego pana w Alfie Romeo, który niefortunnie uderzył głową o deskę rozdzielczą i właśnie umierał w wyniku obrażeń głowy. Zebrałem jego duszę i odklikało mi, że właśnie o niego chodziło. Wpadłem w panikę. Przed tym gościem skosiłem kogoś zupełnie przypadkiem. – AUGIASZ! POMOCY!
Wytłumaczyłem koledze co się właśnie wydarzyło i wróciliśmy do uczestników ruchu, których zebrałem na początku i przyjrzałem się dokładnie naczyniom, które z nich miało szansę wyjść z tego karambolu cało. Nastolatka z Seata, wydawała z siebie wciąż marudne zawodzenie.
– TO ONA! – Krzyknąłem do przyjaciela. – Kurwakurwakurwa, co ja zrobiłem?! Jak to teraz wczepić z powrotem? – Mówiąc “to” oczywiście miałem na myśli jej duszę. Ogólnie rzecz biorąc, bycie kosiarzem to proces dosyć liniowy, nie zdarza nam się oddawać dusz, szczególnie, że zabranie jej komuś, kto w ogóle nie miał umierać nie jest możliwe, bo każdy ma duchowego opiekuna, który tego porządku pilnuje. Ona nie miała.
– Gdzie jest jej opiekun na siedem piekieł?! – Augiasz złapał ją za rękę, była wciąż ciepła. – No pięknie, właśnie tak powstają te wszystkie bezduszne kobiety w tym świecie.
– Stary, nie żartuj! Co ja mam teraz zrobić? – zdążyłem to powiedzieć i w sekundzie otworzył się portal do innego wymiaru i zaczął zabierać mi zawartość mojego psychekryptu. – Nie, nie, nie zaczekajcie!
Oczywiście nie zaczekali, bo działanie to było dosyć automatyczne.
– I co teraz zrobisz? – Zapytał mnie Augiasz.
– Ty zostaniesz z dziewczyną, a ja pędzę do Elizjum. – Chłopak nie był zadowolony, ale nie było mowy, żeby zostawić teraz naczynie samo sobie.
– No dobra, ale co ja mam robić? Czytać jej Bukowskiego? – Na ten dźwięk, jej usta wygięły się w grymasie, może po prostu nie lubiła Bukowskiego.
– Nie wiem, jesteś kreatywny, poradzisz sobie, tylko błagam nie zostawiaj jej. Ja niedługo wrócę.
– Tylko się pospiesz. – Ponaglił mnie Augiasz.
– Jak ona ma na imię? Nie mam jej w systemie, nie wiem o kogo mam pytać. – Spojrzałem na dziewczynę, mogła mieć maksymalnie piętnaście lat.
– Hej Ty, Jak Cię zwą? – Augiasz zwrócił się do dziewczyny, funkcje życiowe jeszcze są, więc pamięć powinna zachować. Patrzyliśmy właśnie na poobijaną nastolatkę w oczekiwaniu na błogosławieństwo jej imieniem.
– Daga. – Wychrypiała. – Dagmara Kolska.
Gdy tylko zakodowałem sobie postać dziewczyny okraszoną jej ziemskim imieniem ruszyłem do miejsca gdzie spotykają się na polach elizejskich wszystkie dusze i decydują o swoim dalszym losie.

Gdy Augiasz śledził Dagmarę, ja udałem się prosto do Departamentu Duchowych Opiekunów w Elizjum, żeby zgłosić problem.
– Szukam osoby odpowiedzialnej za przydział Duchowego Opiekuna dla niejakiej Dagmary Kolskiej, aktualny wiek to maksymalnie 15, Polka, czarne włosy.
– Zaczeka tu. – Zaglądając przez okienko zobaczyłem chudą kobietę o szpakowatych włosach, która swoją aparycją podważyła moją wiarę w to, że skok ewolucyjny zmienia nas w twór nieco bardziej doskonały niż ludzie. – Za panienkę Dagmarę Kolską, zamieszkała w Stężycy, urodzonej w swoim 13 naczyniu, ostatnie narodziny 14 stycznia 2010 roku odpowiada Nawoja, wezwać?
– Tak, proszę uprzejmie. – Nie wiedziałem czego się spodziewać, liczyłem, że owa Nawoja weźmie na siebie część odpowiedzialności i pomoże mi rozwiązać ten problem.
Nawoja była dziewczyną w wieku niewiele ode mnie starszym, chociaż określenie wieku w naszym przypadku, jest jedynie ułatwieniem w procesie wizualizacji postaci w głowie. Gdy weszła do pomieszczenia nie kryła zdziwienia, kostucha jest jedynie wyrokiem śmierci dla ludzi, czułem więc, że ma coś na sumieniu.
– W czym rzecz ponuraku? – Próbowała brzmieć groźnie, ale jej nastawienie jedynie udowadniało jej strach
– Dlaczego nie było cię na stanowisku przy Dagmarze? Niechcący została przeze mnie zabrana. Oboje możemy mieć kłopoty, ale liczę, że uda się rozwiązać problem.
– Niestety.
– Słucham?
– Niestety, nic na to nie poradzę. – Do tego momentu nie sądziłem, że słowa o takiej wadze można wypowiadać tak lekko. – Coś jeszcze?
– Zaczekaj. Wyjaśnij mi chociaż dlaczego?
– Jak długo jesteś ponurakiem?
– 75 lat. – Odpowiedziałem jej, chociaż tylko ze względu na jej kategoryczny ton.
– No właśnie. Ja jestem Opiekunem Duchowym od jakichś 678 lat, Daga jest moją dziesiątą i ostatnią podopieczną. Nie do końca dbam o to co się stanie dalej. – Milczałem. – Śmierć tego naczynia i restart ustawień wyjdą jej na zdrowie. Wymaganie od Dagmary, że zaliczy skok ewolucyjny w warunkach w jakich żyje, jest tak samo sprawiedliwe jak oczekiwanie, że słońce zajdzie na wschodzie.
– Jak możesz tak mówić? Nie my oceniamy co jest sprawiedliwe. – Oburzyłem się, wspólnym mianownikiem wszystkich departamentów jest uszanowanie wolnej woli ludzi i ich sposobów radzenia sobie z problemami.
– Dobrze to zacznijmy od początku. – Nawoja wydawała się mocno wściekła. – Daga już jako niemowlę została porzucona przez matkę ćpunkę w placówce opiekuńczej, potem matka hybrydowo ją odzyskiwała, po to żeby za jej świadczenia ćpać dalej, nie dawała jej zapomnieć, że nie ona jest potrzebna tylko pieniądze jakie jej przysługują. W szkole była nielubiana i to nawet nie za to kim jest, tylko za to kim nie jest, bo nikt jej nigdy nie dał szansy być kimkolwiek, nie ma modnych ciuchów, ani nowego telefonu. W szkole dzieciaki ją okradają z butów, poniżają. W wieku 12 lat wykorzystał ją starszy kolega ze szkoły, w wieku 14 już miała problem z używkami. Co więcej samochód, w którym zaliczyła zgona, prowadziła dwójka mężczyzn, zgadza się?
Nie odpowiedziałem, nagle, wszystko o czym mówiła zalało mnie falą nieutulonego współczucia. Miała rację, srebrnego Seata prowadziło dwóch mężczyzn, kierowca mógł mieć na oko dwadzieścia-parę lat, a drugi pasażer niewiele mniej.
– To nie była wycieczka krajoznawcza ponuraku. I wypadek był najlepszym co się mogło tam wydarzyć.
– Xander. Tak mam na imię. – Poczułem jak opiekunka nieco spuszcza z tonu.
– Jedyny skok jaki ona zaliczy to z mostu, jeśli pozwolimy jej trwać w tym życiu. Będziesz wtedy z nią gdy to nastąpi? – Zupełnie nie byłem przygotowany na to pytanie. Wykonałbym swoją pracę jak zwykle, gdyby nie to że z Dagmarą podważyłem trzy z czterech punktów naszego kodeksu. Postanowiłem, że wrócę do Augiasza, Ostatecznie ogrywałem właśnie teleturniej pn. “Życie” i utknąłem w finałowym pytaniu, więc czas na telefon do przyjaciela. Nawet się z nią nie pożegnałem, tylko przeniosłem się do szpitala.

 

Mój kumpel siedział z bezduszną dziewczyną i śmiali się w najlepsze. Augiasz kiwnął na mnie głową, gdy tylko pojawiłem się w progu sali szpitalnej SOR-u.
– Co ty wyprawiasz? – Zapytałem przyjaciela ściszając głos. – Co z nią?
– Wiesz, nie jest z nią chyba aż tak źle. Motoryka zachowana, pamięć mięśni wciąż działa, serce pracuje, kręgosłup cały, właściwie gdybym nie wiedział, że ją skasowałeś to bym uznał laskę za całkiem normalną. – Wzruszył ramionami. – Mózg nadal przechowuje wspomnienia i opowiada mi historie z życia. Powiem Ci stary, nie wiem czy na przestrzeni moich 14 żyć doświadczyłem sumarycznie tyle ile ona w tym jednym.
Gdyby jego wyraz twarzy wyświetlał napisy to właśnie czytałbym najbardziej depresyjną i przytłaczającą poezję o jego emocjach. Wychyliłem się za jego ramię, żeby przyjrzeć się dziewczynie.
– Czaisz się jak jehowy w sklepie z drzwiami, idź i z nią pogadaj! – Augiasz jak zwykle błysnął krępującą bezpośredniością. Posłałem kumplowi zakłopotane spojrzenie, choć nie wiem czy bardziej ze względu na niekulturalną uwagę, czy to, że była ona trafiona.
– Cześć, my się nie znamy, nazywam się…
– Xander, wiem, Augiasz mi o tobie opowiadał. Miło mi cię poznać, jestem Daga.
– Cześć, no wiem. Daga. Jak się czujesz? – W pomieszczeniu panowała tak luźna atmosfera, że w kontraście do tego czego się dowiedziałem, miałem ochotę włożyć sobie stryczek na szyję, żeby poczuć chociaż odrobinę napięcia. Zamiast tego spróbowałem opatulić się marynarką, chociaż wcale nie było mi zimno.
– Chyba dobrze, czekam na resztę badań. Augiasz mi dużo o Tobie opowiedział. – Jej uśmiech rozświetlił pomieszczenie. – Jeśli chociaż w połowie mówił prawdę, to mam ogromne szczęście.
– O czym ty mówisz? Co ci powiedział? – Jej spokój był wybitnie mylący, nie wiedziałem czego się spodziewać.
– Powiedziałem Dagmarze, że pożerasz ludzkie dusze na śniadanie, ale potem zgodnie stwierdziliśmy, że ona jej zwyczajnie nie ma. – Przysięgam, że na jego epitafium będzie widniało “rzucił o jeden żart za dużo”. – Na dodatek już mamy porę obiadową. – Oboje ryknęli śmiechem. W zasadzie każda kolejna minuta spędzona z nimi na “sorze” była coraz łatwiejsza do zniesienia.
– Ech… – Westchnienie dziewczyny było płaszczem dla jej zmartwień i cierpienia. – Szkoda, że nie mam na co dzień takich przyjaciół jak wy. Tak po prawdzie to nie mam w życiu nikogo.
– Nie musi tak być zawsze, może jest sposób żeby poprawić jakość życia? – Dałem się porwać jej wcześniejszemu optymizmowi.
– Musiałby mnie chyba ktoś zaadoptować i wyprowadzić z miasta, bo dla kogoś w moim wieku to może być bardzo trudne. Co innego jak już będę mogła sama decydować o sobie. – Pomimo poczucia beznadziei, na jej buzi błysnął delikatny uśmiech. – Jak tylko skończę szkołę, to wyjadę za granicę i odłożę pieniądze na własną herbaciarnię, stworzę rodzinę, która dba o siebie nawzajem. Chciałabym mieć przynajmniej dwoje dzieci.
Rzeczywiście. Trudno mówić o sprawiedliwości dla dzieciaków, których zawiedli rodzice, system czy zwyczajna wiara w ludzką przyzwoitość, ale im dłużej rozmawialiśmy z Dagą, tym bardziej wierzyłem w jej wolę życia. Nawoja nie miała racji, zawiodła ją jak każdy inny. Ta dziewczyna miała w mózgu wciąż zakodowane, plany, marzenia jakie wgrała sobie jeszcze jako kompletny ludzki byt. Tak się nie zachowuje ktoś, kto się poddał. Dagmara miała marzenia dużo dojrzalsze niż jej rówieśnicy. Jej wiara w dorosłość i nadzieja, że przyniesie jej w końcu ukojenie była wręcz pochłaniająca. Nie wiedziała, że bez swojej duszy będzie mechanicznym tworem, który idzie przez życie powielając schematy otoczenia. Młodzież często używa określenia “nie masz psychy”, popychając rówieśników do przekraczania swoich granic, często celem udowodnienia swojej odwagi w robieniu rzeczy wątpliwych moralnie. Prawda jest taka, że “nie mieć psyche” – bo tak powinno to brzmieć w oryginale, oznacza bezmyślne podążanie za ludźmi, bardziej zindoktrynowanymi przez smutną, szarą rzeczywistość. Jest to nic innego jak życie bez duszy, prowadzone przez hormony czy emocje, które dla naszego rdzenia mają być jedynie drogowskazem, a nie środkiem do celu. Daga musiała odzyskać, to co niechcący jej odebrałem. Im dłużej przysłuchiwałem się jej opowieściom, tym bardziej zdeterminowany byłem, aby doprowadzić sprawę do końca. Chciała być wysłuchana i nie bagatelizowała swoich przeżyć, ale miała w tym wszystkim nadzieję, że jeszcze może być lepiej, jeśli tylko dobrze wykorzysta swój czas.
Zadumę przerwało mi charakterystyczne piknięcie mojego psychekryptu. Zupełnie zapomniałem, że dwie dodatkowe dusze miałem zabrać z opóźnieniem. Tak. To był ten moment, w którym pod natłokiem różnych emocji do mojego gardła napływa treść żołądka. Uprzedzając pytania, nie, żniwiarze nie jedzą, ale tak, zarzygałem oddział ratunkowy bliżej nieokreśloną kolorową plazmą. Dagmara okazała się być jedną z dwóch osób, których wypadek miał pogrzebać z opóźnieniem. W tym samym momencie Augiasz krzyknął, że Daga jest blada jak ściana, a ona sama złapała się za brzuch i zgięła w pół. Krwotok wewnętrzny, kurwa jego mać. Miałem ochotę wybrać się z wizytą do Losu i wsadzić mu moje duchowe urządzenie w otwór, w który ponury żniwiarz nigdy zaglądać nie powinien. Augiasz zawołał lekarzy, którzy zabrali Dagmarę z sali. Miałem dokładnie tyle czasu ile oni będą walczyć o istnienie jej naczynia. Wpadłem wówczas w panikę,
– Stary, ogarnij się, trzęsiesz się jak ręce laski z Parkinsonem.
– Augiasz, nie wiem co robić?! – poczułem dławiącą mnie desperację.
– Załóż niebieską platformę i zrób pożytek z tego telepania. Jak to, co zrobić?! COKOLWIEK!
Cokolwiek.

Zmaterializowałem się na szczycie Łuku Tryumfalnego w Paryżu i spojrzałem na ulicę Champs-Élysées.
– Nie wiem co zrobić. – Głos łamał mi się, gdy przez zaciśnięte gardło przeciskały mi się słowa. – SŁYSZYSZ?! NIE WIEM CO ZROBIĆ! ŚMIERĆ MIAŁA BYĆ DLA WSZYSTKICH SPRAWIEDLIWA! – Moja desperacja sięgnęła zenitu.
– Nie drzyj się tak, bo ci na dole wezmą Cię za wariata. – Stanęła obok mnie, ubrana w wytarte, czarne jeansy, czarne adidasy z neonowymi wstawkami i w wypłowiałej koszulce z napisem “Long live the queen”. – Złamałeś dla niej prawie wszystkie zasady kodeksu. Dlaczego?
– To nie jej wina. Zdradzili ją wszyscy, łącznie z Nawoją.
– Wiem, dlatego Przeznaczenie chciała ją zresetować, tylko akurat mieliśmy korek w Elizjum.- Śmierć odpowiedziała tak spokojnie, jakby rozmowa dotyczyła komentarza na temat aktualnej pogody.
– Pani, ja nie chcę należeć do grona osób, którzy ją zawiedli. – Westchnąłem. – Ona w całym tym gównianym bagnie wciąż miała więcej woli życia, niż niejeden opiekun w swoim całym. Wykorzystałaby tą szansę, gdyby tylko ją dostała!
Śmierć westchnęła, jakby w westchnieniu ukryła wszystkie emocje związane z koniecznością tłumaczenia dziecku, dlaczego nie wolno pchać widelca do kontaktu.
– Każdy z moich podopiecznych w końcu zaczyna wątpić i zadaje pytania “a dlaczego?”. – Zwróciła się do Xandera. – Jak myślisz, dlaczego?
– Nie wiem.
– Ludzie mają wolną wolę, Los może podrzucać wydarzenia, z których sami będą wyciągać wnioski. – Spojrzała na mnie jakby sprawdzała czy rozumiem co do mnie mówi. – Jeśli mężczyzna będzie zdradzany przez kobiety, to może zarówno znienawidzić wszystkie kobiety, ale może również zastanowić się, dlaczego wciąż wybiera ten sam schemat. Obie sytuacje są następstwami wniosków jakie wyciągnie, ale tylko jedna z nich wyłamuje go ze schematu i pozwala duszy się rozwinąć.
– Daj jej szansę, proszę. Nas też to może czegoś nauczyć.
– Jesteś niezwykle jej pewny. Obiecaj mi jedno. – Śmierć wyciągnęła smartfona i sprawdziła godzinę. – Gdy nadejdzie jej czas… ten następny… Sam się do niej pofatygujesz, nawet jeśli wyląduje na drugim końcu globu.
– Obiecuję! – Krzyknąłem bez wahania.
-Wiedziałeś, że Nawoja oznacza po łacinie osobę niezłomną? Niesamowite, jak daleko sięga czasami ironiczny chichot losu. Swoją drogą dostała dyscyplinarkę i na jedno życie wraca na Ziemię, co by sobie przypomnieć jak to działa. – Śmierć zaśmiała się, poprawiając okulary z grubą oprawką. – Kto by pomyślał, że przez wypadek o dziewczynce zrobi się głośno i przypomni sobie daleka rodzina i zechce zapewnić jej dobry start w przyszłość. To dobrzy ludzie.
– Augiasz? – Poczułem ukłucie szczęścia rozchodzącego się na wszystkie strony splotu słonecznego.
– Och, nie wiem czy jego jurysdykcja sięga tak daleko. – Śmierć puściła mi oczko zakasując rękawy i odsłaniając jednocześnie czarne tatuaże. – Komuś w końcu zacznie sprzyjać Los.

Popędziłem do szpitala i wpadłem do sali, w której była Dagmara i Augiasz. Daga spojrzała na mnie delikatnie się uśmiechając.
– Lekarze mówią coś o śmierci klinicznej, a ona sama majaczy o jakichś światełkach i kolejce do bramy. – Augiasz wzruszył rękami. – Ale laska przyjęła więcej prochów niż kapela rockowa z lat 70-tych, więc najpierw odwyk, a potem będziesz zadawał pytania.
Żyła. I była kompletna.

3. Joan Neumann: "Ogrodnik dusz"

Hic ver assiduum atque alienis mensibus aestas.
– Wergiliusz, Eneida, księga VI

Brama do Ogrodu

Dla świata zniknęli 26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej, minut dwadzieścia trzy i czterdzieści sekund. Dla mnie – wtedy się narodzili. 

Jeszcze dzień wcześniej wszystko było takie zwyczajne. Pod blokami rozstawiono krzesełka z wiklinowymi siedzeniami – ostatni krzyk zachodniej mody, przynajmniej według Zoji z trzeciego piętra. Dzieci skakały w gumę i grały w klasy. Dziewczynki huśtały się do nieba. A chłopcy niczym żołnierze wbijali się łokciami w piaskownicę, jakby to było terytorium do zdobycia. A jeszcze inni siedzieli pod drzewami i czytali. To gazety, to komiksy, które tu z zachodu rodzina przysyłała. Tamtego dnia czas znów zataczał swoje ścieżki i zbierał kolejne sekundy wiosennego rozkwitu. A ja przechadzałem się między nimi i słuchałem. Z natury mam raczej dar dyskrecji, toteż nie zostałem zauważony. A przynajmniej tak mi się wydawało. 

Z balkonów niosły się echem rozmowy o ogórkach, sadzonkach i wielkich dylematach codzienności.
– Pelargonie lepiej sadzić w cieniu, czy na słońcu?

– Ci to mają pomysły na Zachodzie. Sadzą czosnek dla kwiatów!
– A może u ciebie wszystko więdnie, bo podlewasz, jak popadnie? 

W tłumie poznałem ich głosy. 

– Mówię ci, Ludmiła, w tym roku mam ogrodnika z prawdziwego zdarzenia! – chwaliła się Nadia, wskazując na chłopca z konewką.
– Dalie sadzisz w kwietniu? Tobie chyba ziemia w głowie zamiast rozumu – odparowała Ludmiła, poprawiając chustkę z taką godnością, jakby właśnie debatowała w ONZ.

Słońce zachodziło. Czułem ten powiew. Inni uznali go za zapowiedź deszczu. Myśleli, że to jeszcze nie to. Cóż, to zawsze jeszcze nie TO. Bo na TO przychodzi czas, kiedy rozkaże człowiek. Przynajmniej tak o TYM myśli każdy z Was. A ja czekam. Czasem z kosą, czasem bez. Aż nagle jestem – i nie da się TEGO cofnąć.

Nagle w mroku nocy rozdarł się blask – jasny, elektryczny, nieludzki. Po nim przyszła seria barw, jakby tęcza wybuchła nad osiedlem. Tylko deszczu i słońca brakowało. 

Dzieci piszczały z zachwytu, a dorośli wychodzili z klatek schodowych z minami jak po sylwestrze.

– To jakieś ćwiczenia wojskowe?
– Nie… może zorza? Ale przecież to nie ta szerokość…
– Piękne, choć trochę…

Zawieszali głosy, jakby nie chcieli zakłócić widowiska.

– Czy to bezpieczne? – zapytał ktoś z mostu.
Nikt nie odpowiedział. Dzieci stały na moście, z rozdziawionymi ustami, wskazywały niebo palcami. A kiedy zaczął padać śnieg – jasny, sypki, prawie magiczny – tańczyły, jakby właśnie zaczął się grudzień. Lecz to nie był śnieg i zima nie nadchodził.
– Mamo! Jesteśmy w bajce tej o królewnie i wróżce! – krzyczała na oko trzyletnia dziewczynka.
– Zobacz, śnieg tańczy! A na niebie jakby ktoś farby rozlał! – wtórował jej nieco starszy brat.

Nie bali się. Nie słyszeli syren. Nie widzieli ognia. Tańczyli wśród spopielonego śniegu. Niektórzy jeszcze tego wieczoru planowali sadzić pomidory na działce z samego rana. Zawsze miałem słabość do takich ludzi. Tych, którzy planują. Tych, co wierzą, że jeszcze jest czas.

Czekałem za cierniową bramą. W cieniu, gdzie bluszcz zatyka oddech, a wiatr nie przynosi zapachu życia. Ziemia pod moimi stopami zaczęła drżeć. Nie było jeszcze imion. Nie znałem ich twarzy.
Nie wiedziałem, gdzie zasadzę lilie, gdzie stokrotki, a gdzie ciężkie, czerwone maki. Ale wiedziałem jedno: mój ogród zakwitnie. Szybko i gęsto. 

Niebo, które dla nich było spektaklem, dla mnie było sygnałem do rozpoczęcia sezonu. Początkiem ogrodu, który nie powinien istnieć, bo wyrósł z milczenia, kłamstwa, ludzkiej próżności i zbyt późnych ostrzeżeń.

Pycha zawsze kroczy przed upadkiem. 

Papaver L.

Mak. Papaver L. Roślina z rodziny makowatych. Symbol śmierci, snu, krwi.

Poznałem go – redaktorzynę portalu Elysium.com. Niewielkie okulary zsuwające się z nosa, za duży sweter. A na głowie zamiast fryzury gniazdo, które mogłoby pomieścić jaskółczą rodzinę. Za żadną kosę nie przypominał tych, którzy na szklanym ekranie gościli każdego dnia w domach i przekazywali informacje, rozmawiali z innymi. 

– Robert Ważka, redaktor konkursu ogrodniczego o tytuł Pól Elizejskich. Weryfikuję zgłoszenia – wyrecytował formułkę, pociągając przy tym nosem, jakby od samego konkursu nabawił się alergii na pyłki. 

Przyszła kolej na mnie. 

– Kostia Kostkiewicz.

Powiedzieć mu prawdę? A jak ucieknie? 

– Jestem ogrodnikiem dusz, tak jakby – odparłem po dłuższym namyśle.

– Dusz? A co pan śmierć niesie czy jak? Trupami ogród nawozi? – śmiał się ze swojego dowcipu. 

Nie odpowiedziałem. Nie teraz, bo by nie zrozumiał. Ale miał rację – śmierć ma najlepsze nawozy. 

Zatrzymaliśmy się przy zakątku, który wyglądał jak pogorzelisko dogaszonych pożarów. Ziemia była ciemna, lepka, a maki, które tu rosły, nie miały tej zwiewności, z jaką zwykle kojarzy się samosiewny czerwony kwiat. Te były ciężkie. Nabrzmiałe. Niektóre nie miały siły unosić się ku słońcu. Leżały łodygą do ziemi, jakby wracały do niej szybciej, niż powinny. Przytłoczone winami innych. W powietrzu unosił się swąd spalenizny. 

Redaktor Ważka zapisał zapewne coś ważkiego w notesie. Wiedział, że w tym miejscu nie wypada być szybkim. A ja czekałem. 

– Maki? – odezwał się cicho.

Kiwnąłem głową.

– Z makami zgłosił się… pan do konkursu? – spytał z lekką nutką zawodu.

– Papaver L. to nie zwykłe kwiaty samosiejki. To ci, którzy nie uciekli. Zostali w środku. Operatorzy, inżynierowie, technicy. Tacy, co przyszli na nocną zmianę 25 kwietnia i już nie wrócili do domu. A może wrócili, ale nie do końca?

Nie patrzyłem na niego, tylko na kwiaty. Zdziwienie redaktorzyny nie robiło na mnie wrażenia. Przyszedł, bo mu kazali. Był tylko weryfikatorem. Ja zaś kontemplowałem zmienne koleje losów. Każdy z maków był inny. Jeden miał poszarpane płatki, jakby przejechano po nim ogniem. Drugi – złamany środek, ale nadal się trzymał. Był też taki, który wyglądał, jakby nigdy nie zdążył się rozwinąć.

– Zaczęło się od testu – kontynuowałem historię. – Takie rzeczy zawsze zaczynają się od testów.

– Testów? 

– Oczywiście, że testów! Katastrofy zawsze zaczynają się od czegoś, powiedzmy, szlachetnego.

Ważka wyłupił na mnie swe oczy. A ja przechyliłem się lekko, by spojrzeć na najciemniejszy mak. Niemal czarny. Zakwitł przy cierniowej ścianie. Nazywałem go Diatłow – bo takich historia zna na pęczki.

– Test miał sprawdzić, jak długo turbogeneratory będą w stanie zasilać systemy po awaryjnym wyłączeniu. Problem w tym, że już wtedy wszyscy wiedzieli, że nie zadziałają. Ale trzeba było zrobić eksperyment. Dla papieru. Dla planu. Dla kariery. 

Zobaczyłem, że redaktor znów pisze. Szybko, ale zbyt nerwowo.

– Dzienna zmiana znała procedury, ale to nie oni go przeprowadzili. Nocna – zmęczona, z brakiem przygotowania dostąpiła wątpliwego zaszczytu. Nowicjusze, młodzi inżynierowie. Nikt nie zatrzymał procesu, chociaż wiedzieli, że reaktor jest niestabilny. Diatłow naciskał. Był uparty. Ambitny. Zostali zmuszeni, by go słuchać, bo miał stanowisko i poparcie dygnitarzy.

Spojrzałem na ziemię. Nie miałem ciała, które by się zmęczyło, ale poczułem ciężar tamtej nocy. Kontynuowałem jak w transie: 

– Kiedy pręty zaczęły się wsuwać, nie zatrzymały reakcji. Wręcz przeciwnie – ich grafitowe końcówki przyspieszyły wszystko. W ciągu kilku sekund temperatura wystrzeliła. Para, ciśnienie, wodór. Eksplozja! I zaraz druga! Sufit wyleciał w powietrze. A potem ogień. Grafitowy ogień, którego nie da się ugasić byle plastikowym wiaderkiem z wodą.

Zamilkłem. Nad ogrodem zerwał się wiatr. Nagle oboje zobaczyliśmy historię maków. W białych uniformach biegli z wiadrami, z łopatami, z głową pełną rozkazów. Szukali siebie nawzajem. Ktoś chciał zamknąć zawór. Ktoś cofnął się po kolegę. Jeden z nich zdjął czapkę, bo było mu za gorąco. Drugi miał wypalone wypieki na twarzy. Jeszcze nie wiedział, że to ostatni raz, kiedy coś poczuł.

Czerwone kwiaty poruszyły się lekko na wietrze. Cicho, jakby oddychały. Jakby na moment znów miały usta. 

– Ich serca wybuchły szybciej niż rdzeń – powiedziałem. – I nikt nie postawił im pomnika. Mówili o błędzie operatorów. Pokazali zdjęcia spopielonych twarzy w gazetach. Ale nikt nie powiedział, że oni tam byli, bo ktoś inny nie chciał czekać z testem.

Redaktor zamknął notes. Milczał przez chwilę. Potem zapytał:

– Czy znał pan ich imiona?

– Nie, ale one wykiełkowały. W płatkach, które nie powinny zakwitnąć. 

Odwróciłem się i ruszyłem dalej ścieżką. Nie musiałem sprawdzać, czy redaktorzyna za mną idzie. W takich miejscach ludzie nigdy nie zostają sami zbyt długo.

Bellis perennis L. 

Stokrotka. Bellis L. Rodzaj z rodziny astrowatych. Zbyt często niezauważana. Ale nie wtedy, gdy wyrasta w ogniu. 

Trawnik. Zwykły jak każdy inny. Ale kiedy się pochylić – rosły tam one. Stokrotki. Gęsto, bez symetrii, bez ładu, jak żołnierze, którzy rzucili się w ogień, nie bacząc na szyk.

Redaktor wyraźnie się zawiódł. Spodziewał się czegoś majestatycznego. Orchidei? Róż? Petunii? Storczyków? Czegoś, co mówi „bohater” dużymi literami. A tu – drobne kwiatki, ledwo wystające ponad źdźbła trawy. Ironia śmierci. 

– Te? – zapytał, marszcząc brwi.

Bellis perennis.

Odpowiedziałem, schylając się i dotknąłem palcem jednej z nich. 

– Nazwa może i wdzięczna, ale one nie rosną z wdzięku. Rosną tam, gdzie jest twarda ziemia i miękka dusza. Rosną, kiedy inni gasną. I nigdy nie pytają, czy mają prawo. Kwiat sam wybiera miejsce, w którym zostanie bohaterem.

– To kolejna grupa? – sarkazm aż wylał się z ust redaktorzyny.

– Strażacy.

W milczeniu rozgrywała się tamta historia. Niektórzy z nich nie mieli nawet dwudziestu lat. Inni dopiero zdali egzamin na porucznika. Zostali wezwani, bo przecież ogień to ogień, prawda? Nikt im nie powiedział, że płonie nie tylko dach. A to, co płonie, nie podda się wodzie, piaskowi ani rutynie. Powietrze, które wdychają, nie jest tylko gorące – jest trucizną, której nawet tak znany alchemik, jak Nicolas Flammel by nie wymyślił.

– Przyjechali za dziesięć druga – kontynuowałem. – Zbiorniki wozów były puste, bo nikt nie myślał, że tej nocy będzie potrzebna pełna beczka. Misza napełniał wodę, gdy reszta już wspinała się po drabinach. Potem… nie widzieli się więcej.

– Piękna historia tylko nadal nie rozumiem, co ma piernik do wiatraka? – zniecierpliwienie Ważki dawało mi się we znaki. 

Przeszedłem między kępkami. Niektóre stokrotki miały zbrązowiałe płatki jakby osmalone. Inne – jeden czerwony listek wśród bieli jak oparzenie. Były i takie, których środki były rozdarte, zbyt ciężkie, jakby wspomnienia ciążyły im bardziej niż same płatki.

– Prawik. Tiepłuk. Ignatienko. Wołodia. Dla czasu tylko nazwiska. Potem szpaler kwiatów, które zakwitły w miejscu, gdzie nikt nie chciałby sadzić niczego.

Pokazywałem mu kolejne, tak niewinne kwiatki. Nagle redaktor wyjął coś z kieszeni. Kartkę? Widziałem, jak oczy mu się szkliły, okulary pokrywały krople. Wolał udawać, że to wiatr.

– A ona? – spytał, wskazując na niewielką lilię obok niepozornej lekko poszarpanej i czerwonawej stokrotki. 

Uśmiechnąłem się.

– To Liliana. Tak ją nazwała matka. Była wtedy w ciąży – w pierwszych tygodniach. A ta stokrotka, to jej mąż, Ignatienko, wspinał się wtedy na dach reaktora. Później go nie poznano. Ale ona… ona została ocalona. Nie mogła z nim jechać do szpitala. Lekarz powiedział: nie wolno, stan zagrożenia. Nie wiedziała wtedy, że nosi życie. Myślała, że wszystko się kończy, a dopiero się zaczynało.

Pochyliłem się nad Lilianą. Była wyższa, dumna. Z pozoru ta sama, co inne, a jednak inna. Przeżyła coś, o czym sama nie wie. Musiałem ją przenieść, ale nie teraz. 

– I tak to wygląda, redaktorze. Niebo świeciło. Ludzie z mostu patrzyli. A oni już wtedy wiedzieli, że nie wrócą. Ale nie odeszli. Poszli tam, gdzie nikt nie powinien. Bo taki jest ogień. 

Wtem usłyszałem pytanie godne ignoranta. 

– Ale dlaczego stokrotki?

Spojrzałem na niego z pobłażaniem.

– Bo są małe, niepozorne. Bo rosną na murawie, między popiołem, szkłem, czasem w gruzach. Bo każdy o nich zapomina. A przecież one trzymają się najmocniej. I wracają, nawet jeśli ziemia ich nie chce.

Zrobił zdjęcie. Nie zabroniłem. Odchodziłem powoli, a stokrotki lekko falowały za mną. Taki był ich marsz. Bez werbli. Bez flag. W ciszy.

Lilium candidum L.

Lilia biała. Lilia świętego Józefa. Lilium candidum L. Gatunek rośliny z rodziny liliowatych. Symbol niewinności, ofiary, i bólu, który zostaje. 

Redaktor nadal wpatrywał się w pole stokrotek, lecz nie one go interesowały. Wciąż powtarzał szeptem: 

– Liliana… Liliana…

Nagle spojrzał przed siebie. A tam, nieopodal, wyłaniał się inny krajobraz. Nie pojedynczy kwiat, lecz pole. Pole pełne białych lilii, rozrzuconych bez ładu, jak rozproszone wspomnienia. Jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Spodziewał się majestatu, klombu, pomnika. A tu – znów tylko kwiaty. I to bez ładu i składu. Jakby ogrodnik procenty pochłonął, nim posadził. 

Mimo wszystko wyrosły delikatne, niewinne. I przetrwały! Rosły, jakby każda z nich sama wybrała, gdzie chce się pojawić. I każda niosła swoją opowieść o dzieciństwie, szczęściu i wróżkach. Kiedy ruszył powoli w ich stronę, ja już tam byłem. Stałem wśród nich. Słuchałem tego, czego nie potrafi opisać żaden reportarzyna nawet z tym ostrym piórem. Tylko ogrodnik dusz wie, o czym szepczą lilie. 

Kiedy się pochylił, znów ją dostrzegł. Samotną lilię. Białą, łagodną, a jednak niespokojną. Jakby wiedziała, że została tu posadzona z powodu czegoś, czego lepiej byłoby nie pamiętać.

Został przy niej chwilę dłużej, zapatrzony, jakby szukał w niej czegoś więcej. Aż nagle uniósł głowę. Został przy niej chwilę dłużej, zapatrzony, jakby szukał w niej czegoś więcej. W tym czasie ja odszedłem nieco dalej, podążając jej tropem. Przeczuwałem, że nie była jedyna.

– Ta? – zapytał, wskazując.

Lilium candidum – odpowiedziałem, schylając się i muskając jej płatek. – Z pozoru delikatna. Ale to nie jest kwiat dla ogrodu ozdobnego. To kwiat pamięci. I samotnej straty.

Zamilkł.

– To właśnie prawdziwa Liliana – dodałem.

– Była tam…

– Ale jest też tu, niedaleko innych. Miała prawo do dzieciństwa, ale los go jej odebrał.

Przez chwilę nie mogłem mówić. W uszach znów rozbrzmiewało echo tamtej nocy. Usłyszeliśmy Ludmiłę, która chodziła korytarzami.

– Gdzie on leży? Gdzie jest mój mąż?! Proszę, powiedzcie mi tylko, czy on żyje!

Szpital za szpitalem. Noce w starym autokarze, by dotrzeć do kolejnego miasta. I gdy już dotarła. widziała to samo. Sanitariusze spuszczający wzrok. Lekarze unikający odpowiedzi. Wszyscy kazali czekać, a ona przecież nie miała już czasu.

W końcu znalazła właściwą salę. Weszła bez zgody. Leżał w łóżku. Cały w pęcherzach, ledwo oddychał. Jeszcze przytomny. Trzymała go za rękę. Gładziła spaloną skórę. Nie płakała. Jeszcze nie. Była z nim do końca. Choć kazali odejść. Choć ostrzegali. Choć wiedziała, że coś przenika przez jej skórę, przez tkanki, aż do nowego życia, o którym nie miała pojęcia. 

– Nie umarła – powiedziałem cicho.

Usłyszałem, jak redaktor wciąga powietrze. Powoli, jakby ważył każdą cząsteczkę tlenu. 

– Ale umarła córka. Wchłonęła truciznę. Liliana nigdy nie przyszła na świat

– Co to były za czasy, by dzieci rodziców ratowały?

Pochyliłem się nad lilią. Stała prosto. Dumnie. Biała, z lekko skręconymi płatkami, które na końcach miały ciemniejszy cień – jak dotknięte dymem.

Redaktor zrobił zdjęcie.

– A tamta? – wskazał na samotną lilię przy huśtawce, z boku placu zabaw.

– Jurij. Miał sześć lat. Bawił się tamtego dnia w piaskownicy, kiedy z nieba zaczął padać śnieg bez zimna. Podniósł ręce do góry i mówił: „Patrzcie, wróżki!”

Tamtej nocy myślał, że to magia. Następnego dnia wieczorem dostał gorączki. Nie wstał z łóżka. Lekarze mówili, że to grypa. Matka tuliła go, nie rozumiejąc. Ojciec krzyczał na ściany. 

Odchodziłem powoli, zostawiając go w miejscu, gdzie miłość i śmierć spotkały się po raz ostatni. 

Nymphaea alba L.

Grzybienie białe. Nymphaea alba L. Nenufar. Lilia wodna. Gatunek byliny z rodziny grzybieniowatych. Symbol ukrytego bohaterstwa i cichego poświęcenia.

Robert Ważka przyciągany magią szuwarów podszedł do oczka wodnego. Dziś woda była chłodna, przejrzysta. Tamtego dnia zaś gotowała się pod wpływem reakcji. Nachylił się nad nią i dostrzegł białe kwiaty dryfujące po powierzchni. Nenufary. Niektóre wyglądały jakby porwane wiatrem, inne miały płatki zanurzone, jakby wciąż czegoś szukały. Jeden był zabarwiony szaro, jakby niósł w sobie cień tamtej nocy.

– Tu? – zapytał niepewnie.

– Tak – odpowiedziałem, stojąc za jego plecami. – To miejsce należy do trzech. Walery. Borys. Aleksiej. Zeszli pod wodę, gdy nikt nie chciał. Gdy świat jeszcze wierzył, że to tylko pożar. Oni zeszli, by zakręcić zawór losu.

Redaktor spojrzał na mnie z niedowierzaniem. 

– Przecież to niemożliwe.

– Tak się mówi, że to niemożliwe. Oni to zrobili. Weszli w sam środek zbiornika. W mrok. W ciszę. Nie widzieli dna. Tylko czuli – jak promieniowanie drży pod kombinezonem, otula ich. Jak woda tłumi oddech. Musieli dotrzeć do zaworów i odkręcić je, zanim żar wypali fundamenty i świat stanie przed obliczem zagrożenia, jakiego nie znał od 1945 roku. Gdyby nie oni, połowa kontynentu by przestała istnieć.

Nenufary lekko zakołysały się na wodzie, jakby ktoś westchnął pod powierzchnią.

– Nie mieli latarki. Tylko wspomnienie planów. Ruszyli. 

Ich żony do dziś noszą ich nazwiska, jakby miały nadzieję, że to wciąż coś znaczy. Dzieci – niektóre jeszcze nienarodzone – noszą w sobie pustkę, której nie umieją nazwać. Jeden z nich zostawił na stole nieumyte szklanki po herbacie. Drugi – niedokończoną listę zakupów. Trzeci – zdjęcie dziecka w tornistrze. Wyszli bez słowa. I tak zostali zapamiętani.

Redaktor pochylił się i dotknął jednego z kwiatów, który popłynął do brzegu.

– To ich jezioro?

– Ich pamięć, ślad. Nie wyryty w kamieniu. Nie na pomniku. Ale tu w wodzie, która pamięta, kto do niej zszedł, nie pytając, czy wróci.

Wtedy jeden z nenufarów zadrżał lekko. Jakby coś poruszyło się pod nim. Może to tylko ryba. A może wspomnienie.

– I tylko tyle wystarczyłoby, powstało to miejsce? 

– Aż tyle – odpowiedziałem.

Niektóre bohaterstwa są ciche. Ale trwalsze niż granit. Jak kwiat, który nie potrzebuje ziemi, by rozkwitnąć.

Tulipa L. 

Tulipan. Tulipa L. Rodzaj roślin cebulowych z rodziny liliowatych. Symbol oddania, ale i pożegnania.

Tu ziemia była ciemniejsza. Ważka spojrzał na mnie pytająco.

– To ziemia po nich – powiedziałem.

Naszym oczom ukazało się czarne pole. 

– Pod nią drążyli przez 36 dni. Trzygodzinne szychty, bez kombinezonów, bez ochrony. Tylko w bieliźnie, bo temperatura sięgała ponad 50 stopni. Pocili się jak przy wulkanie, ale szli dalej.

Nachylił się, dotknął dłonią ziemi. 

– Ilu ich było?

– Czterystu pięćdziesięciu. Przyjechali autobusami z Tuły. Nikt im nie powiedział, że to bilet w jedną stronę, tylko że państwo ich potrzebuje. Władza ich potrzebuje. Powiedziano tylko, że potrzebni są fachowcy. Tacy, co nie pytają, a kopią. 

Zamilkliśmy.

– Schodzili pod ziemię, żeby stworzyć, jak to dygnitarze opisali poduszkę betonową. Mieli powstrzymać piekło. Gdyby nie oni, woda i ogień połączyłyby się w jedno. I nie byłoby już co zbierać.

– Czy wiedzieli, że umierają?

– Wiedzieli. Ale się śmiali. Jeden z nich, Sasza, codziennie robił zakłady: „Kto dziś mdlał pierwszy?” Inny – Gienek – opowiadał sprośne dowcipy, żeby zagłuszyć dźwięk wiertła. Szli jak do roboty. 

Na czarnym pustkowiu zakwitły one – nieznane ludzkiemu oku – kilka czarnych tulipanów. Idealnie proste. Pochylone lekko jakby w zadumie. Kontynuowałem.

– Zabrano ich z kopalni. Nie dano czasu na pożegnania. Jeden z nich zostawił żonie kartkę na stole: „Wracam za dwa tygodnie, zrób naleśniki”. Nie wrócił. Ale ona co roku smaży je na czarno – z makiem. Dla niego. Mówi, że tak mniej boli.

Redaktor patrzył długo na ciemne płatki.

– Czarne tulipany… Nigdy wcześniej ich nie widziałem.

– Bo nie rosną wszędzie. Tylko tam, gdzie ludzie oddali wszystko, żeby inni mogli po prostu oddychać.

Spojrzałem na ziemię, jakby wciąż słychać było tam walenie kilofów. 

– Tamci trzej zeszli pod wodę. Ci zeszli pod ziemię. A wszyscy zrobili to, czego nikt nie chciał.

Zamknął notes. Tulipany nie drgnęły. Ale wiatr był cieplejszy. Jakby spod ziemi.

Phragmites L.i Typha L.

Trzcina. Phragmites L. Pałka Typha L. Rośliny wodne, wysokie, kołyszące się na brzegach jezior i rzek. Symbolizują tych, których głos był niesłyszany. 

Wiatr delikatnie poruszył pobliskie trzciny. Nad oczkiem wodnym rozkołysały się pałki wodne. Niby ozdobne, głosu im udzielano tylko wtedy, gdy pasowało to władzy. Redaktor przystanął wśród nich. 

– To oni, niezłomni? – spytał.

– Naukowcy, inżynierowie, meteorolodzy, lekarze. Ludzie od liczb i sumienia. Wykryli skażenie i już chcieli alarmować. Wtedy milczenie było polityczną walutą. A oni nie chcieli grać.

Z ziemi wyrastały pojedyncze trawy o rudawych łodygach jakby nadpalonych. Niektóre połamane. Inne ścinane w połowie, jak myśli zakrywane cenzurą.

– Jeden z nich, profesor Biłokon, napisał raport. Ujawnił poziomy promieniowania i został oddelegowany. Inny – Wiktor Czepczuk – rozklejał w nocy ostrzeżenia na drzwiach klatek schodowych. Znaleziono go po tygodniu. Widziałem go ostatni.

Redaktor przełykał ślinę coraz głośniej. Już się domyślił, kim jestem, ale grał dalej.

– I co zostało?

– Te niepozorne rośliny, które nie pozwalają, by prawda odpłynęła.

Trzciny zaszeleściły głucho. Jakby przypominały: tu byliśmy, ale nikt nie słuchał.

Zatrzymałem się.

– Nazywam te rośliny trzcinami rozsądku. 

Redaktor zapisał, a następnie znów zrobił zdjęcie. Przeczytałem znad jego ramienia: „Czasem wystarczy się pochylić i zobaczyć, co rośnie tam, gdzie wszyscy szukali ozdób, a nie prawdy”.

Crataegus sp., Asystasia gangetica i Hedera L. 

Ciernie. Crataegus sp. Kolczaste krzewy, często spotykane w żywopłotach. Symbolizują ból, granicę, karę. 

Bluszcz. Hedera L. Pnącze z rodziny araliowatych. Wspina się po ścianach i drzewach. Symbol tego, co z pozoru piękne, lecz dusi życie.

Gangetica. Asystasia gangetica. Chiński fiołek. Kwiat sprawiedliwości. Płożąca bylina o fioletowych kwiatach. Symbol sprawiedliwości, która rośnie nisko, ale uparcie.

Wiatr przysiadł niżej. Poruszał już tylko trawy. Ważka zdawał się gotowy ruszyć dalej, lecz moje kroki zawiodły go gdzie indziej. Nie do dalii czy pięknych piwonii. Mój ogród nie miał zwykłego ogrodzenia. Nie było tu bramy ani furtki. 

– Ogród otoczyłeś cierniami i ciemnym bluszczem. A nie lepiej płotem? – rzucił z lekkim uśmieszkiem, lecz ja nie odpowiedziałem od razu.

Zatrzymałem się przy niskiej roślinie o fioletowych płatkach.

Asystasia gangetica – powiedziałem cicho. – Kwiat sprawiedliwości. Rośnie nisko, przy ziemi. W cieniu cierni.

Redaktor przykląkł, dotknął palcem jednego z listków, który delikatnie zabłysnął.

– Tu rosną ci, którzy milczeli, gdy mogli mówić. Gdy należało krzyczeć. Gdyby jeden z nich powiedział prawdę, może nie musiałbym sadzić tylu kwiatów.

Wokół zalegał cień. Pokrzywy, głogi, ciernie oplatały ziemię jak zaciśnięta pięść. Tu nie szumiały drzewa. Tu nie śpiewały ptaki.

– Oni też nie odeszli?

– Nie mogli. Ich słowa, zamknięte w gardłach, stały się cierniami. Wbijały się w nich.

Bluszcz wspinał się po niewidzialnych murach. Otulał wszystko, jakby chciał zatrzymać czas. Biel kwiatów pośród czerni stawała się coraz bardziej drażniąca. Jakby ktoś na siłę starał się udowodnić, że nie miał innego wyjścia. Z rozmyślań wyrwał mnie ważkowy głos: 

– To politycy?

– I ich poplecznicy. Milczeli w zamian za awans, spłatę pożyczek, nową Wołgę i lepszy los rodziny. 

Redaktor po raz pierwszy spuścił głowę. A łzy kapały na ziemię. Raz po raz dając nowe miejsce na kolejne kwiaty. 

– Myosotis L., zobacz, jakie piękne posiałeś. 

Nie zwracał na mnie uwagi. W targaniach szlochu usłyszałem to jedno pytanie. 

– Czemu ich nie wyrwiesz? 

Popatrzyłem na gangeticę i świeżo zakwitłe niezapominajki. 

– Bo sprawiedliwość rośnie tylko wtedy, gdy zna całą prawdę. A prawda jest jak cierń, który raniąc daje nadzieję.

Myosotis L. 

Niezapominajka. Myosotis L. Niewielka bylina z rodziny ogórecznikowatych. Symbol pamięci i wiecznej miłości. 

Staliśmy na granicy ogrodu. Otaczała nas pustka. Ważka się nie śpieszył. Przesuwał dłonią po kartkach notatnika, po kolei: maki, stokrotki, lilie, tulipany, kilka piwonii, surfinii, pelargonii. Następnie nenufary, trzciny, ciernie. I tak rzadkie czarne tulipany. Liczył je niczym księgowy podatki każdego miesiąca. 

– Mam chyba wszystko. Pewnie przejdzie pan weryfikację. Ale czy będzie nagroda?

– Nie o nagrody walczę, a o prawdę. Zapomniałbym, na pamiątkę. 

Z kieszeni wyjąłem nasiono. Maleńkie i lekkie. Zrodzone z pamięci.

– Niezapominajka?

Jego wzrok powędrował za moim. Zauważył, jak wokół niego zakwitają na niebiesko małe kwiatki. Niepozorne jak ludzkie skrawki pamięci. Już miałem zniknąć, gdy mnie spytał. 

– Jak nazwałeś swój ogród?

– Sam się nazwał tamtej nocy. Prypeć.

4. Sylwia Sosińska: "Pokarm bogów"

To nie tak miało być.

Widok z balkonu na Zatokę Salonicką o zachodzie słońca nie miał w sobie nic z dawnego uroku, gdy Nikos oglądał go samotnie. Papieros dawno zgasł, kawa wystygła. Skrzywił się, pociągając łyk.

– Pamiętasz, jak mówiłaś, że zimna kawa smakuje jak błoto? – zapytał, spoglądając na ziejące bolesną pustką krzesło po drugiej stronie stolika. – Masz rację. Trochę tak smakuje.

Cisza, która mu odpowiedziała, nie była niezręczna. Cisza była codziennością. Przepełniała mieszkanie od tego strasznego poranka, kiedy odebrał telefon od Zoe. Ale to nie ona była po drugiej stronie.

Wypadek w pracy. Agresywny pacjent. Nóż kuchenny. Podobno nie cierpiała.

Drgnął, gdy stare radio zatrzeszczało. Zepsuło się już kilka miesięcy temu, ale nie potrafił go wyrzucić. To ona je kupiła. Od dnia ślubu słuchali z niego muzyki przy każdym wspólnym posiłku.

– Nikos…

To jedno krótkie słowo pomiędzy trzaskami przesterowanych fal. Jego imię. Wypowiedziane jej głosem.

Zamarł, a krew odpłynęła mu z twarzy.

– Zoe? – jęknął.

Dopadł do radia, ściskając je tak, jakby mogło stać się jej ciałem, ciepłym i uśmiechniętym jak dawniej.

– Zoe! Proszę, odezwij się…

Radio umilkło. Pozostała tylko cisza, wiatr, urywany oddech i serce, które zbyt mocno obijało się o żebra.

To nie mogła być prawda. Z pewnością się zdrzemnął na balkonie, a głos z radia mu się przyśnił. Więc sen. Albo halucynacja z tęsknoty.

I wtedy ktoś zapukał do drzwi.

Nikos zwrócił głowę w kierunku wejścia, ale nie poszedł otworzyć. Kto to mógł być? Nie spodziewał się gości. Niczego nie zamawiał. Nie było też wcześniej dzwoniącego domofonu.

Może sąsiadka? A może ktoś pomylił mieszkania?

Pukanie się powtórzyło, lecz nie od razu, jakby nieproszony gość chciał dać mu czas na zebranie odwagi. Albo ułudę wyboru.

Nikos podszedł powoli, z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku – nie ze strachem, raczej z ciężkim oporem. Nie chciał otwierać. Nie w tej ciszy, która nagle zapadła w mieszkaniu; nie słyszał nawet szumu wiatru, choć owiał go chłód.

Zerknął przez judasza.

Na korytarzu stał mężczyzna, nieporuszony, wyprostowany, z twarzą słabo widoczną przez zmatowiałe szkło. Ubrany w grafitowy garnitur o kroju sprzed kilku dekad. W ręce trzymał skórzaną teczkę.

Nikos uchylił drzwi.

– Słucham? Nie chcę niczego kupować.

– Panie Georgiou – odezwał się nieznajomy głębokim, lecz pozbawionym emocji głosem – przynoszę zaproszenie.

– Co?

Nienaturalnie płynnym ruchem otworzył teczkę, przy której połyskiwała klamra w kształcie skrzydła, i wyciągnął z niej elegancką białą kopertę. Podał mu ją, a Nikos odruchowo przyjął i obejrzał z obu stron. Nie było na niej nazwiska. Tylko woskowa pieczęć z głową kobiety w wieńcu laurowym.

– Pana tęsknota została usłyszana. To zaproszenie na spotkanie z tą, z którą nie zdążył się pan pożegnać.

– Co za brednie, nie chcę do żadnej sekty – mruknął, podnosząc wzrok na twarz mężczyzny.

W świetle słabej żarówki w przedpokoju skóra gościa wydawała się idealnie gładka, a oczy przypominały szklane kule: błękitne, jakby przezroczyste, bez wyrazu jak jego głos i postawa.

 – Prom odpływa jutro o północy – rzekł, niewzruszony niechęcią Nikosa. – W kopercie znajdzie pan wszystko, co potrzebne. Zoe czeka na pana.

Nikos przygryzł wargę.

– Kim pan jest? – zapytał ostrożnie.

Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w odpowiedzi obcy się uśmiechnął. Uśmiech ledwie widoczny, ulotny jak cień.

– Posłańcem – odrzekł spokojnie.

Zamrugał i potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić od siebie halucynację. Tego było zbyt wiele. Rozgrywało się przed nim jakieś chore przedstawienie. I nie wiedział, czy jest widzem, czy aktorem.

– O co tu chodzi…

– Bogowie dostrzegli pana ból. Otrzymuje pan zaproszenie na Pola Elizejskie, by raz jeszcze spotkać się z Zoe – oznajmił wciąż bez emocji. – Nie mam wiele czasu. Muszę już iść. Do widzenia.

– Co… Nie, niech pan zaczeka!

Nieznajomy nie zaczekał. Odwrócił się, a gdy Nikos przetarł oczy ręką i na powrót je otworzył, gościa już nie było. Nie pozostał po nim nawet odgłos oddalających się kroków. Jakby… odleciał.

Został sam.

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem, a żarówka na suficie zamigotała. Koperta w dłoni wydała mu się zimna i zaskakująco ciężka.

Przez dłuższy czas po prostu ją trzymał, wpatrując się w pieczęć. Laurowy wieniec na głowie kobiety kojarzył mu się z posągami w muzeum archeologicznym, do którego Zoe tak lubiła chodzić.

Zoe.

Czy to możliwe…?

Nie. To musiał być żart. Ktoś żerował na ludzkiej krzywdzie, pewnie wyciągając pieniądze w zamian za udawany seans spirytystyczny.

A jednak ta jedna natrętna myśl nie chciała go opuścić. Co, jeśli istniał choć cień szansy? Co, jeśli to nie było oszustwo?

W końcu złamał pieczęć i otworzył kopertę.

Wewnątrz znajdowała się złożona kartka, a gdy ją wyciągnął i rozłożył, jego oczom ukazał się lakoniczny tekst:

Dla: Nikos Georgiou

Spotkanie z: Zoe Georgiou

Stary Port w Salonikach, jutro o północy.

Ale w kopercie było coś jeszcze. Nikos zmarszczył brwi i wyciągnął zawartość, a gdy to zrobił, na chwilę zaparło mu dech w piersi: trzymał w dłoni srebrnego obola z wizerunkiem tej samej kobiety, która widniała na pieczęci.

Srebrny obol.

Zaśmiał się, lecz jego śmiech zawierał więcej nerwów niż wesołości. Dobrze znał stare legendy – czy też mity. Wiedział, że starożytni wkładali obole do ust zmarłym, by ci mieli pieniądze na przeprawę przez Styks łodzią Charona. Ale przecież od dawna już nikt w to nie wierzył.

– Śmiechu warte – podsumował.

Zgniótł w dłoni papier, a potem, wahając się tylko przez sekundę, razem z obolem wrzucił do kosza na śmieci.

Wrócił na balkon, usiadł, wbił wzrok w widoczny między blokami skrawek zatoki. Po chwili spojrzał na puste krzesło obok…

I zerwał się jak oparzony, by czym prędzej wygrzebać z kosza zarówno pieniążek, jak i zaproszenie.

***

Stary Port o tej porze ział pustkami. To nie był okres turystyczny, więc Nikos nie spodziewał się tłumów, ale i tak zaskoczyła go panująca cisza – dziwna, gęsta, jakby świat wstrzymał oddech. Drewniane molo spowijała ciemność. Nie było tam latarni, najbliższe światło dochodziło z ulicy, ale to tylko dodawało temu miejscu niepokojącego klimatu; ustawiony na końcu portu maszt rzucał długi, niepokojący cień.

Nikos chodził po pomoście tam i z powrotem. Północ miała wybić za minutę, lecz żaden prom nie nadpływał. Był tylko on, ciemność i ta cisza, jakby nawet morze przestało się poruszać.

– Wsiadasz czy nie?

Niemal podskoczył, słysząc skrzekliwy, wdzierający się w mózg głos starca, którego –mógłby przysiąc – jeszcze chwilę wcześniej tam nie było.

Odwrócił się. Starzec stał na łodzi, której daleko było do miana promu morskiego. Niewielka, drewniana, co dało się poznać po cichym skrzypieniu desek, gdy delikatnie chwiała się na falach. Obcy trzymał w ręku tyczkę, która bardziej pasowałaby do łodzi rzecznej, a jego oczy lśniły mleczną bielą, puste jak skorupy ślimaków. 

 Nikos zacisnął powieki, by otworzyć je po dwóch sekundach. Starzec nadal czekał, łódź nadal skrzypiała, a on sam stał zaledwie dwa metry dalej, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

W końcu odetchnął głęboko i zrobił kilka kroków w stronę nieznajomego.

– Zapłata – zażądał stary.

W pierwszej chwili zdziwił się: przecież to oni go zaprosili, nie było nic o kupowaniu biletu. Zaraz jednak przypomniał sobie o obolu. Wyciągnął go z kieszeni i wręczył przewoźnikowi.

Mężczyzna przyjął monetę i gestem zaprosił go do łodzi. Wszedł niepewnie i z bijącym sercem; nie było żadnego trapu, musiał zejść na pokład bezpośrednio z pomostu. Usiadł, lecz nie przyniosło mu to ulgi; deski zaskrzypiały, tym razem mocniej, jakby ostrzegawczo.

Prom – o ile można było go tak nazwać – odbił od brzegu i wpłynął na czarne wody zatoki.

Niebo nad głową Nikosa było ciemne jak atrament, bez gwiazd, bez księżyca. Mimo to widział na tyle dobrze, by stwierdzić, że sternik nie spojrzał na niego ani razu; stał odwrócony tyłem, niemal nieruchomo.

Gdy oddalili się od brzegu na tyle, że Nikos nie ryzykowałby powrotu wpław, otuliła ich gęsta mgła. Wiatr nie rozpraszał chłodu. Woda rozpościerała się wokół gładką taflą, jakby łódź sunęła nie po morzu, a po cienkiej granicy między jawą a snem.

Ile czasu minęło? Godzina? Chwila? Wieczność? Nie był pewien.

Prom zatrzymał się bez ostrzeżenia, z lekkim jedynie skrzypieniem starych desek. Nikos uniósł głowę i dostrzegł, że mgła się przerzedziła. Przed nim rysował się brzeg porośnięty wysoką trawą w kolorze miedzi, srebrzystą od wilgoci, oraz białymi kwiatami, których nazwy nie znał. Po wodzie rozlewało się delikatne światło, pochodzące z miejsca, którego nie dało się objąć wzrokiem.

To nie była już Grecja. Ani żadna inna znana ziemia.

Powoli i ostrożnie wyszedł z łódki; gdy zrobił kilka kroków na mokrej trawie, ta zapachniała czymś znajomym – może rozmarynem, może oliwkami.

Wciągnął głośno powietrze, gdy dotarło do niego ujadanie psa. Tak przywykł do ciszy, że ów odgłos wydawał mu się nie na miejscu, jakby pochodził z innego świata.

– Witaj, Nikosie.

Wzdrygnął się po raz drugi.

Obok niego stała kobieta w elegancko udrapowanej białej todze. Była piękna, aż zbyt piękna, a na jej kręconych włosach spoczywał wieniec laurowy.

– Dzie-eń dobry – wyjąkał, otrząsając się z szoku.

– Zoe czeka na ciebie – oznajmiła melodyjnym głosem, który mógł dobiegać zarówno z jej ust, jak i z powietrza wokół.

Ruszyła wzdłuż brzegu – w prawo, pod prąd cichego nurtu, który Nikos z zaskoczeniem zauważył dopiero teraz. Idąc za kobietą, zerkał ukradkiem na taflę wody, czarną, lśniącą jak obsydian. Było w niej coś złowieszczego, choć wydawała się spokojna.

Po kilkudziesięciu krokach kobieta skręciła w lewo, oddalając się od wody. Szli tak przez czas, którego długości Nikos nie potrafił określić, aż dotarli do kolejnej rzeki. Była wąska i niemal nieruchoma, a nad taflą unosiła się mgła. Kobieta bez wahania przeszła na drugą stronę prostym drewnianym mostkiem.

– Ostrożnie – powiedziała melodyjnie, lecz bez emocji. – Nie dotknij wody, byś nie utracił pamięci.

Nikos wciągnął krótko powietrze. Zapomnieć? Zapomnieć o tęsknocie, o bólu, o stracie wszystkiego, co najcenniejsze? Ale… zapomnieć o Zoe?…

Prędko przeszedł na drugą stronę, uważając, by nie spaść ze skrzypiących, wilgotnych desek.

Kroczyli chwilę w milczeniu przez miękkie opary, które wydawały się nie tyle unosić nad ziemią, co z niej wypływać. Podobnie wyglądało niebo: nie błękitne, a mlecznobiałe, jak poranna mgła nasączona bladym światłem.

Wreszcie dotarli do miejsca, na widok którego serce Nikosa zabiło jeszcze mocniej: przed nimi ukazał się wysoki, gładki mur z jasnego marmuru, a w nim – brama przypominająca splecione ze sobą setki pnączy z o drobnych listkach.

Zatrzymali się. Kobieta spojrzała na niego.

– Zanim przejdziesz przez wrota, musisz poznać zasady – oznajmiła, a jej głos był miękki, niemal czuły, lecz mimo to bezosobowy. – Masz czas na spotkanie. Krótki, lecz wystarczający. Usłyszysz róg. Nie pomylisz go z niczym innym. Wtedy natychmiast udaj się z powrotem do bramy. Idź prosto ścieżką. Nie zbaczaj z niej i nie oglądaj się za siebie.

– A jeśli to zrobię? – zapytał niepewnie.

– Stracisz ją na zawsze.

Nikos przełknął ślinę.

– To nie wszystko – podjęła po chwili. – Nie pij z rzek. Nie jedz owoców. Nie dotykaj niczego, co nie zostało ci podane. Nie próbuj zabrać niczego ze sobą. Złam zasady, a nigdy nie pozwolimy ci tu wrócić. Także po śmierci.

Skinął głową.

– Wybacz, pani… ale kim jesteście „wy”?

– Jesteśmy tymi, o których dawno zapomniano – oznajmiła bez emocji. – Tymi, którzy nie mają już żywej wiary, z której mogliby czerpać siły. Ale wciąż istniejemy. I poradzimy sobie – dodała, a Nikos uniósł brwi, usłyszawszy w jej głosie ostrzegawczą nutę.

Pragnął zadać jeszcze wiele pytań, ale żadne nie chciało mu przejść przez gardło. Coś się ścisnęło w jego klatce piersiowej, a on nie był pewien, czy to z ekscytacji i nadziei, czy… z nagłego ukłucia dziwnego lęku.

– Idź prosto ścieżką – rzekła kobieta na powrót tym samym pustym głosem, a brama uchyliła się bezgłośnie. – Nie trać czasu. Zoe czeka.

Nikos wziął głęboki wdech. Potem jeszcze jeden. Aż w końcu postąpił naprzód i przekroczył bramę, a ta zamknęła się za nim bezszelestnie, jak powieka.

Rozejrzał się. Tu krajobraz był inny. Niebo o barwie bladego bursztynu, gładkie jak tafla, bez choćby jednej chmury. Zielonozłota trawa zdawała się świecić własnym światłem, równiutka, jakby skoszona świeżo przed jego przybyciem. Drzewa – topole, znane mu z domu, rosły w równych odstępach po obu stronach ścieżki. Były wysokie, dorodne i… całkowicie jednakowe. Ten sam układ konarów, ten sam cień rzucany na ziemię. Liście drżały, choć nie było wiatru, ale nie podobnie, a identycznie, jakby poddane tej samej choreografii.

Nie zdążył się nad tym zastanowić.

Stała pod jedną z topoli, tyłem do niego. W zwiewnej białej sukni, z włosami opadającymi na ramiona, bosa, nieruchoma. Nie widział twarzy, ale nie musiał. Nie pomyliłby jej z nikim innym.

Zrobił krok. Potem drugi. I nagle biegł, niemalże nie czując podłoża, jakby było utkane z mgły, biegł z całych sił, z sercem obijającym się o żebra i urywanym oddechem, który zmieniał się w białe obłoki, choć nie czuł chłodu.

Odwróciła się, a on przytulił ją z całych sił i uniósł w powietrze, okręcając się wokół. Nie protestowała. Jej ciało było ciepłe, sprężyste i żywe, jakby nigdy nie odeszła. Zaśmiała się. Tego śmiechu brakowało mu przez wiele nocy. Perlisty, znajomy, ukochany. Do jego oczu napłynęły łzy. Przełknął ślinę.

– Zoe – wyszeptał. – To ty, to naprawdę ty!

– Oczywiście, że ja – odparła. – Tęskniłam za tobą.

Patrzyli na siebie przez chwilę, zbyt długą, by była naturalna. Twarz Zoe promieniała urodą jak kiedyś. Te same usta, ten sam nos, te same oczy. Ale coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Coś z niego zniknęło, choć nie umiał powiedzieć co.

– Jesteś… cała – oznajmił głupio. – Nie wyglądasz, jakbyś…

– Umarła? – dokończyła za niego. Uśmiechnęła się, lecz w tym uśmiechu czaił się cień. Smutku? Nostalgii? A może czegoś bardziej podstawowego, jakby brakowało emocji, której nazwać się nie da. – W Elizjum nikt nie jest martwy. Ani żywy. Jesteśmy tylko… sobą.

Czuł, że to ostatnie słowo powinno go uspokoić. A jednak zadrżał.

– Jesteś tu sama? – zapytał, rozglądając się.

– Oczywiście, że nie. Spójrz tam. – Odwróciła głowę w lewo, a Nikos podążył za jej spojrzeniem.

Pod inną topolą, na równoległej ścieżce, klęczała kobieta obejmująca dziecko. Ich sylwetki trwały w bezruchu. Kawałek dalej, na marmurowej ławce, siedziała dwójka mężczyzn. Ich usta poruszały się w rozmowie, lecz Nikos nie słyszał słów. Jakim cudem wcześniej ich nie zauważył?

– Ale nie przejmuj się nimi – powiedziała Zoe. W melodyjnym głosie zabrzmiała stanowczość. Ujęła jego twarz w dłonie, by spojrzał jej w oczy. – Jesteśmy razem. Tylko to się liczy.

Złapał jej rękę i ucałował palce. Ich ciepło było znajome, a jednak… zbyt mocne. Jak nagrzana słońcem porcelana.

– Zoe, ja… próbowałem z tobą rozmawiać. Przez te wszystkie miesiące. Ale ty… ty już nie…

– Nieprawda. Słyszałam cię – przerwała mu. Jej głos był miękki, lecz zbyt równy. – Każde słowo. Każde „kocham cię”, które szeptałeś w poduszkę. Każde „dlaczego”. Tyle ich było.

Zacisnął szczękę. Spróbował odpowiedzieć, ale głos mu zadrżał:

– A ty? Próbowałaś mi odpowiedzieć?

Zoe uśmiechnęła się lekko.

– Odpowiadałam. W snach. Ale nie zawsze umiesz je zapamiętać. Próbowałam też przez radio, ale to nie takie łatwe.

Zamilkł. Spojrzał przez jej ramię, na kobietę z dzieckiem. Nie zmienili pozycji nawet o centymetr. Tak samo mężczyźni na ławce; ich twarze wydawały się teraz zbyt gładkie, rozmyte. Jakby ktoś powiódł po nich mokrym pędzlem.

– Co to za miejsce? – zapytał w końcu. – Naprawdę Pola Elizejskie?

Zoe odchyliła głowę, jakby zasłuchana w coś, czego on nie słyszał.

– A jak myślisz?

– Nie wiem. W mitach Pola Elizejskie były… polami – odpowiedział powoli. – Zielone, spokojne, gdzie przechadzały się dusze sprawiedliwych. A tutaj… to wszystko wygląda jak obraz. Piękne, ale zbyt piękne. Zbyt doskonałe. Zbyt… symetryczne.

Zoe zaśmiała się, ale nie było w tym śmiechu ani radości, ani ironii.

– My, Grecy, lubimy porządek, pamiętasz? Tyle razy to mówiłeś.

– Pamiętam – przyznał cicho.

Szli chwilę w milczeniu. Stąpali krok za krokiem, niespiesznie, niewiele mówiąc. Nikos myślał, że miał jej tyle do powiedzenia – o swojej tęsknocie, bólu, żalu. Ale gdy już nadarzyła się okazja… nie potrafił. Mógł tylko czuć narastający smutek, że wkrótce przyjdzie im się rozstać. Na zawsze.

– Tęskniłam za tobą – powiedziała Zoe.

Ale dlaczego to zdanie brzmiało jak wyuczony tekst?

– Ja za tobą też – przyznał z drżeniem głosu. – Tak potwornie. Wolałbym już odejść razem z tobą, niż zostać bez ciebie. Nie chcę wracać… Zoe, pozwól mi tu zostać – jęknął.

– Och, Nikos.

Nagle się zatrzymał. Otworzył szeroko oczy i popatrzył wokół. Matka nadal przytulała swoje dziecko, nieporuszona jak posąg. Mężczyźni nadal rozmawiali bezgłośnie na ławce. A on patrzył na nich z tej samej perspektywy, jakby mimo spaceru Zoe i on nie postąpili naprzód nawet na krok.

– Co tu się dzieje? – spytał z obawą. – Chodzimy w kółko? Czy w ogóle się nie ruszyliśmy?

Zoe przystanęła obok niego i pochyliła głowę. Włosy opadły jej na twarz. Zesztywniała.

– To nie ma znaczenia – oświadczyła cicho. – Tutaj nie musimy nigdzie iść. Nie musimy nic robić. Wystarczy być.

Odsunął się o krok.

– Dlaczego to wszystko wygląda tak samo? Drzewa, trawa, ludzie. To nie jest normalne.

– Normalne? – powtórzyła, podnosząc głowę. – A co znaczy „normalne” dla umarłych?

Spojrzał na nią, a jego serce zabiło jeszcze mocniej. Jej oczy miały teraz odcień, którego nie pamiętał. Ciemny bursztyn – ale głębszy, niż powinien być. I były puste. Jakby odbijały światło, ale nie wpuszczały nic do środka.

– Zoe… jeśli to naprawdę ty, powiedz mi coś, czego nikt inny nie wie. Cokolwiek. Proszę – wyrzucił z siebie.

Nie odpowiedziała od razu. Uśmiech zamarł jej na ustach. Przez dłuższą chwilę stała w bezruchu, aż w końcu się odezwała:

– Twój stary szalik, ten czerwony. Dałeś mi go na pierwszej randce. Trzymałam go w szufladzie, choć pachniał tobą jeszcze tylko przez kilka dni – oznajmiła cicho, niemal automatycznie. – Nigdy go nie wyprałam.

Zaniemówił.

To była prawda.

Ale dlaczego nie odczuł ulgi?

Rozejrzał się wokół: nadal nic się nie zmieniło, a Zoe patrzyła na niego spokojnie. Zbyt spokojnie. Owszem, była tu. Mógł z nią porozmawiać, dotknąć, przytulić. Ale czy to na pewno była ona?

A jeśli nie ona, to kto?

Wziął głęboki wdech. Zacisnął pięści.

– Co tu się dzieje?! – zawołał w przestrzeń. Głośno. Rozpaczliwie. Wkładając w to wszystkie emocje, na jakie w tym momencie było go stać.

Powietrze zafalowało. Światło zamigotało i przygasło. Topole całkowicie przestały się poruszać.

Do jego uszu dotarło łkanie, a gdy odwrócił się w stronę, z której dobiegało, zobaczył, jak matka przytuliła dziecko do piersi, całując w czubek głowy i głaszcząc czule. A potem… rozległy się szybkie kroki.

Jeden z mężczyzn, których wcześniej widział siedzących na ławce, biegł w jego kierunku, a na jego twarzy malowała się czysta desperacja.

– Uciekaj! – krzyknął, dopadając do niego. – Uciekaj stąd, póki jeszcze możesz! To nie ona, rozumiesz? I to nie są Pola Elizejskie, to… karmnik! – wyrzucił z siebie i złapał Nikosa za przód koszuli. – Bogowie karmią się naszym żalem! Nie mają już naszej wiary, jedzą nasz ból!

– Co… – zaczął z szeroko otwartymi oczami, ale mężczyzna nie dał mu dojść do słowa, jakby czuł, że ma tylko kilka sekund na przekazanie wszystkiego.

– Ona nie jest prawdziwa, to iluzja na jej podstawie! Bogowie nas oszukali! To nie Elizjum! Ja się dałem wciągnąć, ale ty się jeszcze możesz uratować! Rozumiesz? Nic tu nie jest prawdzi…

Nie dokończył. Powietrze za jego plecami rozdarło się z trzaskiem, a z powstałej szczeliny wydostało się najpierw ostre, rażące światło, a potem… bestia.

Ogromny potwór – bo ciężko nazwać psem kilkumetrową istotę o trzech wielkich głowach, czarną jak węgiel, z oczami jarzącymi się czerwienią. Każda z gigantycznych paszczy rzuciła się na mężczyznę z mrożącym krew w żyłach warczeniem. Nie miał szans na ucieczkę, a potem na wydostanie się z miażdżącego uścisku szczęk.

Nie chlusnęła krew. Zamiast tego, gdy zwierzę błyskawicznie rozszarpało wrzeszczącą ofiarę na strzępy, warcząc i szczekając, trawa upstrzona została czymś gęstym i czarnym. Nie było też mięsa. Mężczyzna rozpadł się na kawałki, jakby był zrobiony z suchego węgla, a te wyparowały z sykiem. Pozostał po nim tylko dym. A potem już nic. Nawet plama na ziemi.

Nikos mógł tylko patrzeć, jak stwór parska i otrzepuje się, a potem wskakuje z powrotem w szczelinę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że krzyczy. Było tylko atakujące ze wszystkich stron przerażenie i szok, aż oddychanie stało się wyzwaniem.

Im głośniej krzyczał, tym więcej zmian pojawiało się w otoczeniu. Najpierw zniknęły topole. Potem trawa. Niebo zmieniło kolor na ciemnoszary, a ziemia pod jego stopami zmiękła, jakby za chwilę miała stracić materialność.

Mężczyzna na ławce przestał istnieć. Kobieta wraz z dzieckiem zmieniła się w czarny, pozbawiony szczegółów cień zawieszony w powietrzu. Elizjum – czy też to, co z niego zostało – wypełniło się syczeniem, trzaskami… i dźwiękiem rogu, który przeszył Nikosa na wskroś z taką siłą, że aż przestał krzyczeć.

– To nie tak miało być – powiedziała Zoe, która jako jedyna nie straciła barw. – Ale teraz musisz wybrać. Możesz wrócić. Zrozumiem, jeśli zechcesz wrócić. – Spuściła wzrok, jakby ta opcja naprawdę ją zasmuciła.

– Wrócić… – powtórzył Nikos, a jego głos zabrzmiał jak skrzeczenie; tak mocno zdarł sobie gardło.

– Możesz też zostać – kontynuowała. – Tutaj. Ze mną. Na zawsze. Och, Nikos, mamy sobie tyle do opowiedzenia – dodała, a on jęknął, przypomniawszy sobie, jak powiedziała dokładnie to samo po powrocie z tygodnia, który spędziła bez niego u swojej siostry.

Przełknął ślinę. Miałby zostać w Elizjum – czy też tym dziwnym świecie, który je udawał? Miałby zostać pomimo ostrzeżenia, które ów człowiek dał mu z taką rozpaczą i poświęceniem? Zostać… z Zoe.

Bo przecież to musiała być ona. Prawdziwa. Przecież nie straciła kolorów.

Dla pewności wyciągnął rękę. Zadrżała, jakby chciał ją cofnąć, ale nie zrobił tego. Pogładził Zoe po twarzy. Wciąż ciepłej, miękkiej, cudownie materialnej.

Iluzja? Stworzona na jej podstawie?

Nie. Zoe. Jego Zoe. Nawet jeśli nie do końca prawdziwa, to… prawie prawdziwa.

– Zostaję – szepnął. Choć wiedział, że to koniec.

***

Przekroczyła bramę i ruszyła ścieżką, rozglądając się niecierpliwie. Musiał tu być. Przecież obiecali.

Miejsce zachwycało swym pięknem, ale ją obchodziło tylko jedno: Atlas. Jej Atlas. Jedyny. Ukochany.

Gdzieś w pobliżu, choć poza zasięgiem wzroku, ktoś się śmiał. Dalej, na trawie, kobieta czytała dziecku książkę. Pachniało latem i miłością – utraconą, lecz odzyskaną, nawet jeśli tylko na chwilę.

Minęła parę siedzącą pod drzewem. Mogli mieć może po trzydzieści lat. Kobieta w białej sukni gładziła po twarzy mężczyznę, który uśmiechał się z błogością. Jego dłoń spoczywała na jej dłoni. Spokojni. Zakochani. Nieruchomi.

Bo przecież w tym miejscu nie musieli nic robić ani donikąd się spieszyć. Mogli po prostu być.

– Atlas – szepnęła w końcu, dostrzegając znajomą sylwetkę stojącą na ścieżce. Czekał na nią. Żywy, uśmiechnięty, ukochany.

Elizjum rozpostarło ramiona. Po raz kolejny.

5. Elżbieta Łempicka: "Jesteś szczęśliwa?"

Ekran komputera rozjarzył się białym światłem, a na tle sielankowego pejzażu zalśniły pozłacane litery: Elysium ver. 2.0.5678.

Orphea uniosła leniwie półprzymknięte powieki, zza których przebijał blask promieni słonecznych. Przesunęła niespiesznie dłonią po trawie, chcąc nacieszyć się ostatnią chwilą relaksu przed zebraniem się do drogi. Siłą wyobraźni prawie mogła poczuć na skórze pieszczotę ich delikatnych ździebeł.

Dźwignęła się ciężko na nogi i sięgnęła po rózgę opartą o drzewo, pod którym odpoczywała. Rzuciwszy okiem na mapę w prawym górnym rogu ekranu, ruszyła w stronę najbliższego miasta. Plan był prosty – odnaleźć Siedzibę Gildii i przyłączywszy się do kogoś, wyruszyć na kolejną wyprawę. Przemierzać ów bezkresny świat pełen cudów i tajemnic, służąc pomocą potrzebującym – to był jej pomysł na życie.

Minąwszy bramy miasta, wtopiła się w tłum graczy, który poniósł ją prosto do celu. Siedziba Gildii jak zwykle tętniła życiem. Setki postaci przeróżnych ras i klas, wszelkiej maści chowańce plączące się u kostek… Lawirując między graczami, Orphea dopchała się do tablicy ogłoszeniowej. Przeleciała pobieżnie wzrokiem po zleceniach: raidy, dungeony, standardowe misje na eksterminację potworów lub zbieranie surowców…

Wtem jej uwagę przykuło lakoniczne ogłoszenie spisane na kawałku pożółkłego, nadpalonego papieru. Sięgnęła po nie dłonią i w następnej chwili jego treść otworzyła się w okienku tuż przed jej oczami:

Koniec podróży

Wasza wędrówka, jak wszystko inne na tym świecie, dobiega końca. Zamknijcie rozdział, przeżywając razem te ostatnie chwile.

(misja eskortowa)

Orphea zmarszczyła brwi. Nigdy wcześniej nie spotkała się z tak osobliwie sformułowanym questem. Zamknijcie rozdział… Czy to mogła być jedna z tych misji progresujących główną linię fabularną gry?

– Hej, Orphea!

Dziewczyna podskoczyła, gwałtownie wybita z rozmyślań. Zamknęła okienko z misją i odwróciła się, by stanąć twarzą w twarz z rosłym paladynem w opalizującej zbroi.

– Cześć… Znamy się? – spytała, cofając się pół kroku, aby odzyskać przestrzeń osobistą.

– Healowałaś moją drużynę podczas ostatniego raidu nad rzeką Lete. – Dźwięk płynący z jego mikrofonu był lekko przytłumiony, jakby naprawdę dochodził spod opuszczonej przyłbicy.

– Mogło się tak zdarzyć. – Uśmiechnęła się niezręcznie. Mimo najszczerszych chęci nie była w stanie spamiętać ich wszystkich.

– Słuchaj, wiem, że nie przyjmujesz zaproszeń do gildii, ale naprawdę fajnie się z tobą gra… – Wydawał się niezdrowo podniecony. – Może spotkamy się na kawę? Wiesz… w realu?

Nagła fala chłodu zawładnęła ciałem Orphei, zupełnie jakby ktoś otworzył okno na oścież, wpuszczając lodowaty powiew zimowego powietrza.

– Nie jestem zainteresowana nawiązywaniem znajomości w realu – odparła sucho.

– Kurczę, szkoda… A masz może Discorda? Gdybyś zmieniła zdanie, moglibyśmy się spisać…

– Dama powiedziała nie. – Między Orpheą a paladynem wyrosła barczysta sylwetka elfiego łowcy. – Bądź na tyle uprzejmy, aby uszanować jej zdanie, przyjacielu.

– Dobra, luz… – Tamten cofnął się, widząc, że przybysz sięga do kołczana. – Tylko pytałem…

Odwrócił się bez pożegnania i zniknął w tłumie. Orphea odetchnęła z ulgą.

– Dzięki za pomoc – zwróciła się do swojego wybawcy.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Łowca obdarzył ją miłym uśmiechem. Osobliwość jego awatara przykuła mimowolnie uwagę Orphei. Elfy stanowiły bardzo popularną rasę w Elysium, a mimo to nigdy nie spotkała żadnego o tak unikatowych cechach. Nie wiedziała nawet, że można było wybrać diastemę w kreatorze postaci.

– Wiesz, że nie zdołasz ukończyć tego zadania samodzielnie? – Mężczyzna wskazał kciukiem ogłoszenie, które przed chwilą czytała. Musiał obserwować ją od dłuższego czasu. – W końcu to misja eskortowa.

– Zdaję sobie sprawę. Pewnie przekieruje mnie do jakiegoś NPC, który…

– A może mnie odeskortujesz? – Przechylił pytająco głowę. – Wspólna podróż, nawet taka, która zaraz dobiegnie końca, brzmi interesująco.

Spojrzała na niego skonfundowana.

– Nigdy nie słyszałam o queście, którego przedmiotem byłby inny gracz.

– W grze, w którą grałem poprzednio, takie rzeczy były na porządku dziennym. Co nam szkodzi spróbować?

Tknięta instynktem, którego nie potrafiła wytłumaczyć, Orphea wysłała mu zaproszenie. Po chwili u góry ekranu wyskoczyła zielona notyfikacja:

Eurydion jest teraz członkiem Twojej drużyny.

Zanim zdążyła zareagować, świeżo upieczony kompan zerwał kartkę z tablicy i jej wzrok przesłoniło kolejne okienko:

Koniec podróży (misja rozpoczęta)

Teraz pozostaje już iść tylko do przodu.

– Dziwne… – Orphea zmarszczyła brwi, przeglądając dziennik i lustrując wzrokiem mapę. Była wystarczająco zdumiona, że pomysł Eurydiona zdał egzamin, ale jakby tego było mało, nowo podjęty quest nastręczał więcej pytań, niż odpowiedzi. – Żadnego celu, znaczników na mapie… Skąd mamy wiedzieć, dokąd iść?

Do przodu – odparł prostodusznie Eurydion. – Możemy zacząć od zwiedzenia baru, który mijałem w drodze do Siedziby Gildii. Jestem przekonany, że po kilku głębszych łatwiej nam będzie ustalić cel naszej wędrówki.

Orphea uniosła brwi z politowaniem.

– Jeżeli chciałeś zaprosić mnie na drinka, mogłeś od razu powiedzieć – rzuciła uszczypliwie.

– Widziałem, jak się to skończyło dla mojego przedmówcy – odparował z uśmiechem. – Wolałem nie nadużywać twojej cierpliwości.

Zachichotała pod nosem. W sumie czemu nie, pomyślała. I tak musieli głębiej się zastanowić nad dalszymi krokami. W międzyczasie równie dobrze mogli lepiej się poznać.

Bar – czy też właściwie: tawerna – okazał się mniej zatłoczony od Siedziby Gildii. W porach wieczornych ławy były oblegane przez drużyny przygotowujące się do raidów oraz grupki znajomych spotykających się na wspólne granie po pracy lub szkole, ale tak wcześnie rano kręciło się tu tylko kliku NPC mających sprawiać wrażenie, że miejsce nie jest opuszczone.

– Miasto duchów… – mruknął ponuro Eurydion, kiedy usiedli przy piwie. – Nie sądzisz, że granie o tych godzinach mija się z celem? Popatrz tylko! To zabija cały klimat!

– Przecież też tu jesteś – wytknęła mu.

– Tak. – Skrzywił się z niesmakiem. – Ale nie mam wyboru.

Orphea upiła łyk piwa, postanawiając nie drążyć tematu. Może grafik nie pozwalał mu grać w dogodniejszej porze.

– Długo już grasz? – spytała, by rozluźnić atmosferę.

– Będzie z pół roku.

– Daleko zaszedłeś. – Powędrowała wzrokiem do plakietki z numerem przy jego imieniu. Mieli podobny staż, lecz ona mogła jedynie pomarzyć o osiągnięciu takiego poziomu.

– Na twoim miejscu nie umniejszałbym swoim dokonaniom. Często widzę cię online. Dużo serca wkładasz w tę grę.

– Stalkujesz mnie? – spytała na poły rozbawiona, na poły zaniepokojona.

Nie potwierdził, nie zaprzeczył. Zamiast tego wpatrywał się w nią w milczeniu, kręcąc kółka palcem na krawędzi swojego kufla.

– Powiedz, Orpheo… Jesteś szczęśliwa?

To pytanie wzięło ją z zaskoczenia.

– S-słucham?

– Czy jesteś szczęśliwa? Tu, w Elysium?

Niemal automatycznie uciekła od jego spojrzenia. Serce waliło jej jak dzwon. Nie chciała… nie lubiła odpowiadać na takie pytania. Ani sobie, ani nikomu innemu.

– Wybacz, muszę odejść na chwilę od komputera – wydukała ledwo słyszalnym głosem.

– Pewnie. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz.

Zdjęła słuchawki. W momencie, w którym ucichła swawolna, karczemna muzyka, czar prysł. Przytulne wnętrze tawerny zastąpił surowy widok zagraconego pokoju, do którego przez zaciągnięte szczelnie zasłony nie przedostawał się najbledszy promień słońca. Orphea nie była już Orpheą, druidką powiewającą na wietrze szmaragdowymi szatami, tylko Anitą – zgarbioną w krześle, młodą kobietą w rozciągniętych dresach, z burzą sztywnych, przetłuszczonych włosów upiętych z tyłu głowy w niechlujny kok. Siedziała tak dłuższą chwilę, kontemplując tę gorzką metamorfozę, która z upływem czasu wcale nie stawała się łatwiejsza do zaakceptowania, po czym podniosła się z krzesła na zdrętwiałych, zasiedziałych nogach i torując sobie stopami drogę pośród porozrzucanych na podłodze ubrań, puszek i opakowań po zupkach chińskich, ruszyła ku drzwiom.

Schodząc na dół, słyszała każdy swój krok odbijający się echem w pustym mieszkaniu. Chociaż jego ściany wydawały się obce, pamięć mięśniowa niezawodnie pozwalała odnaleźć w nim drogę. Polegając na niej, Anita trafiła do kuchni. Na wprost wejścia niezmiennie powitał ją widok zlewu zastawionego naczyniami, piętrzącymi się w nim od Bóg wie jak dawna; w nosie wierciło od unoszącego się w powietrzu kurzu.

Oparta o parapet stała ciemna, niewyraźna sylwetka. Przypominała marę, coś z pogranicza snu i rzeczywistości. Na widok Anity uniosła głowę, jakby w nadziei, lecz dziewczyna konsekwentnie ją zignorowała. Chwyciwszy z lodówki Monstera, powędrowała z powrotem do pokoju, nie zaszczycając widma spojrzeniem.

Chciała jak najszybciej poczuć się znów Orpheą.

– Czas ruszać w drogę – stwierdziła, biorąc jednocześnie łyk wirtualnego piwa i prawdziwego energetyka.

– Dokąd?

Do przodu – odparła zgryźliwie.

Eurydion uśmiechnął się półgębkiem, również wstając od stołu.

– Zaprowadzę cię – zaoferował.

– Wiesz, dokąd iść?

– Przechodziłem już kiedyś tę misję.

– Teraz mi to mówisz?

– A czy gdybym ci wcześniej powiedział, dałabyś się tu zaprosić?

Orphea sprzedała mu kuksańca w ramię. Roześmiał się i pobiegł przodem, od czasu do czasu odwracając się i przedrzeźniając ją.

– Na czym konkretnie polega ta misja? – spytała, kiedy znudziła im się zabawa w kotka i myszkę i zrównali się w tempie.

– To proste. Zadanie uznaje się za ukończone, kiedy dotrzesz do celu.

– Co jest tym celem?

– Koniec.

– Co nas tam czeka?

– Nic. Po prostu koniec.

Orphea prychnęła pogardliwie.

– O zabijaniu klimatu wspominając…

Eurydion szedł chwilę w milczeniu, zapatrzony w jakiś punkt na horyzoncie.

– Nie zawsze na końcu drogi czeka na nas nagroda – rzekł wreszcie. – Czasami jest to gorzka lekcja, innym razem: pustka i niedopowiedzenie… ale nawet takie ślepe zaułki mogą stanowić początek czegoś nowego.

Tym razem to ona ucichła. Szła z pochyloną głową, przeżuwając w myślach jego słowa i czując, jak powoli krew się w niej gotuje.

– Nieprawda – odparła wreszcie suchym głosem. – Te ślepe zaułki, jak to pięknie nazywasz, nie budują, lecz niszczą to, co już zostało zbudowane. Są jak policzek od losu.

W przypływie masochizmu wróciła myślami do tamtego dnia. Wciąż mogła z zatrważającą dokładnością odtworzyć go w pamięci scena po scenie, a syrenę karetki słyszała tak dokładnie, jakby ta wyła obok niej. Nie miała wątpliwości, że tamtego popołudnia nie narodziło się w niej nic nowego. Wręcz przeciwnie – wszystko umarło.

Niespodziewanie Eurydion chwycił Orpheę za dłoń i popędził z nią w sobie tylko znanym kierunku. Zanim zdążyła zapytać, o co mu chodzi, wpadli z impetem w białe pole dmuchawców, z każdym kolejnym susem wzbijając tumany puchu. Eurydion zerwał kilka kwiatów i zdmuchnął je prosto w twarz Orphei, która nie pozostała mu dłużną.

Przez dobrą chwilę hasali po łące, śmiejąc się i bawiąc w najlepsze. Orphea czuła, jak ciężar w jej piersi powoli wzbija się i ulatuje wraz z wirującymi nasionami ku południowemu słońcu. Złapała się na tym, że bezwiednie poszukuje twarzy Eurydiona w unoszącej się w powietrzu chmurze. Tak beztroski i rozpromieniony wyglądał zupełnie jak…

Zarzucając nogę na nogę, Anita kopnęła niechcący w blat biurka. Leżące na nim papiery podskoczyły, część spadła na podłogę. Ulotki gabinetów psychologicznych, paragony z Żabki, wezwania do zapłaty… wśród nich zaplątało się jedno zdjęcie. Obejmujący się na nim kobieta i mężczyzna wyglądali na szczęśliwych; za ich plecami rozpościerała się polana dmuchawców skąpana w świetle dnia. Być może kiedyś Anita rozpoznałaby w tej emanującej szczęściem dziewczynie siebie… ale teraz…

– Coś się stało? – dobiegł ją jak zza zasłony stroskany głos Eurydiona. – Ziemia do Orphei!

– Ach… – Zamrugała, z trudem skupiając na nim wzrok. Ulotne wrażenie, którego doświadczyła, ustępowało rzeczywistości. – Nie, nic… po prostu przypomniałam sobie o czymś…

– To dobrze. – Ujął czułym gestem jej policzek. Jego fantomowy dotyk był subtelny jak muśnięcie wiatru. – Pielęgnuj to wspomnienie. W tym miejscu łatwo zapomnieć o wielu rzeczach.

Opadł zmęczony na murawę i położył się na plecach, splatając ręce za głową. Orphea przycupnęła obok niego, bijąc się z myślami.

– Powiedz, Eurydionie… – zaczęła wreszcie z pełną świadomością, że nie powinno się zadawać takich pytań. – Masz może rodzinę? Kogoś bliskiego?

Nie odpowiedział od razu, ale i nie wydawał się zniesmaczony jej wścibskością. Ze spojrzeniem utkwionym w przepływających nad nim obłokach odparł:

– Owszem. Ale już mnie z nimi nie ma.

– Przykro mi to słyszeć. – Poczerwieniała, wstydząc się własnego nietaktu. – Jeśli nie masz nic przeciwko… co się wydarzyło?

– Musiałem ich opuścić.

Poczuła, jakby grawitacja zaczęła oddziaływać na nią ze zdwojoną siłą.

– Dlaczego? – spytała niemal bezdźwięcznie odrętwiałymi wargami. – Dlaczego ich opuściłeś?

– Nie miałem wyboru.

– Zawsze jest jakiś wybór.

– Nie zawsze. – Spojrzał na nią z zupełną powagą. – Czasami dzieją się rzeczy, których nie planowaliśmy, a których efekt pozostaje nam jedynie zaakceptować. Chciałbym, aby moi bliscy potrafili na to spojrzeć w podobny sposób.

– Łatwo ci mówić! – oburzyła się, zrywając na równe nogi. – Skoro cię z nimi nie ma, nie możesz wiedzieć, ile dni spędzili, płacząc w poduszkę, ile razy w nocy modlili się, aby twoje odejście okazało się jedynie koszmarem, z którego obudzą się następnego ranka… Ile razy próbowali się z tego podnieść, tylko po to…

– … aby zaraz upaść ponownie – dokończyła Anita przez ściśnięte gardło.

Oparła głowę na zagłówku fotela, szlochając bezgłośnie, podczas gdy łzy płynęły zwartymi strugami po jej poszarzałych policzkach. Była wdzięczna, że Eurydion nie może ich zobaczyć. Nie potrzebowała jego współczucia. I tak powiedziała już za dużo.

Pchnęła stopą leżące na podłodze zdjęcie, zakopując je w stercie śmieci.

– Chcesz zrobić sobie przerwę? – Pytanie Eurydiona przywołało Orpheę z powrotem. – Musisz być zmęczona i głodna. Gramy od rana.

– Jest w porządku – odparła, starając się nie dać po sobie poznać roztrzęsienia. – Odpocznę po ukończeniu misji.

Eurydion uśmiechnął się do niej łagodnie.

– Mam nadzieję.

Ruszyli w stronę lasu. Z początku rozmowa się nie kleiła – żadne z nich nie wiedziało, jak przejść do porządku dziennego nad poprzednim tematem. Pytania o hobby, pracę oraz inne aspekty świata rzeczywistego sprawiały Orphei dyskomfort, lecz gdy tylko temat zszedł na Elysium, wstąpiło w nią nowe życie. Z pasją opowiadała o odbytych podróżach, zwiedzonych krainach i doświadczonych przygodach. Eurydion słuchał jej radosnego słowotoku z uprzejmym, acz melancholijnym uśmiechem.

– Powiedz, Orpheo – zagadnął w przerwie na zaczerpnięcie oddechu. – Co zamierzasz zrobić po zakończeniu misji?

Szli teraz ubitą, leśną ścieżką. Słońce wisiało już wysoko na niebie, lecz jego promieniom trudno było się przedrzeć przez rozłożyste korony drzew.

– Pewnie wyruszę na następną – odparła bez zawahania. – Podoba mi się życie nomada.

– Brzmi naprawdę ekscytująco, tylko… nie masz czasem wrażenia, że czegoś ci w nim brakuje?

– Czasem przychodzi mi na myśl, że fajnie byłoby dzielić te chwile ze stałym towarzyszem podróży… ale teraz mam ciebie…

Ją samą te słowa zaskoczyły chyba bardziej, niż jego. Zarumieniła się, międląc w palcach troczki swojego kaptura. Bolesny cień przemknął po twarzy Eurydiona.

– Orpheo, ja…

Przerwał mu dźwięk rogów bitewnych. Odwrócili głowy; kompania orków szarżowała w ich kierunku. Zważywszy na to, że już dawno opuścili bezpieczny obszar wokół miasta, Orphea była zdumiona, iż wpadli na nich dopiero teraz. Zaczęła nakładać buffy, podczas gdy Eurydion napinał łuk. Biorąc pod uwagę ich poziomy, starcie nie powinno im sprawić najmniejszego problemu.

Rozległ się świst cięciwy i pierwsza strzała poszybowała w stronę przeciwników, przebijając na wylot gardło jednego z wojów. Trysnęła krew; Orphea aż się wzdrygnęła. Nie przypominała sobie, aby wcześniej zwracała uwagę na jej zaskakująco realistyczny kolor.

Dołączyła do walki, wykorzystując pokaźny repertuar swoich czarów. Coś nie dawało jej spokoju. Wrogowie wydawali się zbyt liczni i dobrze zorganizowani jak na te rejony. Nadciągali z dwóch stron w szyku, jakiego nigdy dotąd nie widziała. Nawet muzyka i ambient brzmiały dość nietypowo: zamiast kojącej, leśnej melodii i trelu ptaków przypominały… gwar ruchliwej ulicy?

Zamarła, porażona nagłym przeczuciem.

– Uważaj!

Zaalarmowany jej krzykiem, Eurydion odwrócił głowę, lecz już było wiadomo, że nie zdąży. Wódz orków szarżował na niego wściekle, szykując topór. Orphea stała jak wryta w obliczu tej rozpędzonej siły, nie mogąc nic zrobić.

Zupełnie jak tamtego popołudnia, kiedy pijany kierowca zajechał drogę jej i Michała…

Rozległ się łoskot cielska zwalonego na ziemię; po chwili zawtórował mu także głuchy brzęk topora. Orphea stała w rozkroku, dysząc ciężko i mierząc rózgą w miejsce, w którym jeszcze przed sekundą była głowa wodza orków. W uszach jej dzwoniło, zawartość żołądka przelewała się niebezpiecznie z każdym oddechem. Wspomnienia mieszały się z rzeczywistością: raz stała na leśnej ścieżce na wprost zszokowanego Eurydiona, a za chwilę – na rozgrzanym od czerwcowego słońca asfalcie, patrząc, jak ratownicy wyciągają ze skasowanego samochodu nieprzytomnego Michała…

– Orpheo…? – Głos Eurydiona pomógł jej zatrzymać pędzącą na oślep karuzelę myśli. Nawet nie zorientowała się, kiedy zostali sami. Reszta wrogów pierzchła w popłochu, kiedy padł ich dowódca.

– Chodźmy – powiedziała wypranym z emocji tonem.

– Orpheo, sądzę, że powinniśmy…

– Po prostu… chodźmy.

Unikając jego spojrzenia, ruszyła przed siebie. Przemknęła jej myśl, że to przecież Eurydion zna drogę, ale na tym etapie nie miało to znaczenia. Teraz pozostaje już iść tylko do przodu, czyż nie?

– To nie była twoja wina.

Przystanęła w pół kroku. Nie miała wątpliwości, o co mu chodzi.

Eurydion podszedł i w milczeniu zamknął jej dłoń w swoim uścisku. Kontynuowali podróż, trzymając się za ręce, nieniepokojeni już przez nikogo. Głucha cisza spowijała ich gęstym całunem: żadnych wrogów, NPC, innych graczy… zupełnie jakby Elysium przygotowywało się do snu. O ironio, pomyślała cierpko Orphea, przecież ten świat nigdy nie śpi. Bez względu na porę dnia i nocy, tętnił zawsze mnogością ludzkich emocji, nadziei, marzeń… Marzeń, wśród których łatwo było się zgubić, utraciwszy wcześniej swoje własne.

Wreszcie dotarli do końca. Grunt dosłownie urywał im się pod stopami, zaś na wprost, jak okiem sięgnąć, we wszystkich kierunkach ciągnęła się nieprzenikniona czerń. Nigdzie nie widać było przejścia.

Koniec mapy. Nie można iść dalej.

– Dotarliśmy do celu – odezwał się Eurydion, stając za plecami Orphei. Mogła sobie wyobrazić jego ciepły oddech na karku. – Misja wykonana. Koniec podróży.

Orphei warga zadrżała.

– Czy możemy iść dalej? – spytała cichutko. Trochę czasu, to wszystko, o co prosiła. Chciała móc spędzić z nim jeszcze trochę czasu.

– Ty owszem. Ja nie mogę pójść z tobą.

– Dlaczego?

– Ponieważ oboje wiemy, że nie tak powinno się zakończyć nasze ostatnie starcie.

Zacisnęła dłonie w pięści. Nie mogła dłużej udawać przed sobą, że nie rozpoznaje głosu Eurydiona. W trakcie ich krótkiej wędrówki rysy jego twarzy stawały się coraz bardziej znajome, do tego stopnia, że teraz już nie mogła patrzeć na nią bez bólu.

– Owszem. – Odwróciła się do niego, uśmiechając niezdarnie, przez łzy. – Ale nie mogłam nie spróbować cię uratować.

Odwzajemnił uśmiech, ujmując jej twarz w dłonie i ocierając kciukami mokre policzki. Tym razem nie musiała wyobrażać sobie jego dotyku. Dałaby słowo, że go poczuła.

– Gdybyś mógł spotkać swoich bliskich – zaczęła, nawiązując do wcześniejszej rozmowy – co byś im powiedział?

– Że ich życie ma sens, nawet jeśli nie mogę im w nim dłużej towarzyszyć. I że zasługują na szczęście. Prawdziwe szczęście… a nie jego wirtualną imitację, pozwalającą ukryć się przed problemami za twarzą awatara.

Orphea wtuliła się w jego pierś. Pachniał jej ulubionymi perfumami.

– Mogę tu z tobą zostać?

– Nasza wspólna droga dobiegła końca – odparł miękko, gładząc ją po głowie, jak zawsze zwykł to robić, kiedy była smutna. – Mam nadzieję, że kiedyś, tak jak ja, wspominać ją będziesz z miłością, nie rozpaczą. Ale ty… Ty sama masz jeszcze jedną misję do wykonania.

Jego twarz przesłoniło Orphei wyskakujące okienko:

Koniec podróży (misja zakończona)

Nowy rozdział (misja fabularna)

Czy odważysz się zrobić krok w nieznane?

– Co, jeśli nie chcę na nią wyruszać bez ciebie? – Wpiła palce w ciało Eurydiona, jakby w obawie, że gdy go wypuści, zniknie na zawsze. – Jeśli nie poradzę sobie bez twojego wsparcia?

– Będę z tobą tak długo, jak będziesz tego potrzebować… o ile ośmielisz się wpuścić mnie do środka.

Orphea oderwała głowę od jego piersi i spojrzała w czerń rozpostartą za plecami. Wydawała jej się taka tajemnicza, przytłaczająca, straszna… Bała się tam pójść. Nie chciała się przekonywać, co ją czeka po drugiej stronie… bez niego…

Jakby czytając w myślach dziewczyny, Eurydion odwrócił ją ku sobie i złożył na jej ustach długi pocałunek. Pocałunek słodki i namiętny jak ich pierwszy… a jednocześnie gorzki jak ostatni.

– Idź – wyszeptał. – Idź i żyj pełną piersią, a kiedy spotkamy się ponownie, opowiedz mi o tym życiu z równym entuzjazmem, z jakim relacjonowałaś mi swoje fikcyjne podróże.

Orphea znowu poczuła łzy napływające do oczu. Drżącymi ze wzruszenia palcami odnalazła okienko misji i wybrała przycisk Rozpocznij.

– Opowiem. Obiecuję.

U ich stóp powoli zmaterializował się kamienny most prowadzący w pustkę. Jego kraniec ginął w objęciach ciemności gdzieś na skraju horyzontu. Z lękiem w sercu Orphea postąpiła pierwszy krok. Prawda, nie wiedziała, co ją tam czeka, ale po wydarzeniach dzisiejszego dnia postanowiła spróbować jeszcze raz.

Spróbować podnieść się ponownie.

Teraz naprawdę pozostało iść tylko do przodu.

Anita wpatrywała się w dobrze znany pejzaż, na tle którego pulsował białym światłem tytuł: Elysium ver. 2.0.5678. Gra wylogowała ją samoistnie, jakby dając jej tym samym do zrozumienia, że nie ma już tam dla niej nic do roboty.

Anita odchyliła się w fotelu i utkwiła niewidzący wzrok w suficie. Nie wiedziała, jak długo tak siedziała – kilka minut, a może kilka godzin? – podczas gdy przez umysł przelatywały jej rozmaite myśli i wspomnienia. W pewnym momencie odsunęła krzesło i schyliła się w poszukiwaniu wizytówek gabinetów psychologicznych, które spadły na podłogę. Wybrała jedną z nich, po czym w nikłym świetle z ekranu komputera zaczęła rozglądać się po biurku za niemal rozładowanym telefonem.

Zadzwoniła.

Skończywszy rozmawiać, podniosła się ostrożnie na ołowianych nogach. Przeszła do łazienki, umyła sztywną od łez twarz, po namyśle rozplątała również swój wierny kok i z niemałym trudem rozczesała zmechacone włosy. Były w opłakanym stanie. Będzie musiała później coś z nimi zrobić.

Po pobieżnej toalecie zeszła na dół do kuchni. Ciemna zjawa stała tam, gdzie Anita ją zostawiła, lecz tym razem nie próbowała nawiązać kontaktu – czekała cierpliwie na pierwszy krok ze strony dziewczyny. Anita odsłoniła rolety i do zapuszczonej kuchni pierwszy raz od wielu miesięcy wpadł pomarańczowy blask zachodzącego słońca. Wyjąwszy z szafki nad zlewem dwa ostatnie czyste kubki, zaparzyła herbaty.

– Wybacz, że musiałeś tak długo na mnie czekać – przeprosiła, podchodząc do parapetu i serwując gorący napar swojemu wytrwałemu gościowi.

W miejscu niewyraźnego fantoma stało zdjęcie Michała, uśmiechającego się pogodnie. Zamiast elfich szat miał na sobie dżinsy oraz jedną z kraciastych koszul, które zawsze uwielbiał. Wyszczerzony od ucha do ucha, z burzą rudych loków i tą uroczą diastemą między jedynkami, wyglądał dokładnie tak, jak chciała go zapamiętać.

Anita upiła łyk herbaty. Smakowała o wiele lepiej od Monsterów.

– Odpowiadając na twoje pytanie – ciągnęła, patrząc na fotografię – nie byłam tam szczęśliwa. Tak jak i tu nie jestem.

Poczuła budzący się w sercu zalążek uczucia, które sądziła, że utraciła na dobre. Determinacji.

– Ale kiedyś będę.

6. Joanna Zgoła: "High life"

Tonight is the night that we run
The hunter becomes what he hunts
The escape and the chase is now one
Run, run

Black dog in my head
Guiding me to the end

Black Dog, SAMURAI

Ostatniego dnia listopada 2061 roku zachód słońca był spektakularny – zupełnie jakby New Detroit chciało wynagrodzić Ash te wszystkie lata spędzone pod niebem zasnutym smogiem i ciężkimi, ołowianymi chmurami. Intensywnie pomarańczowe, niemal czerwone promienie kładły się na dachach pobliskich budynków i zalewały ulice miedzianym światłem, odbijając się w szklanych ścianach potężnych wieżowców. Jaskrawe hologramy płynęły dookoła bloków i reklamowały szerokie spektrum towarów; od wszczepów wojskowych najnowszej generacji, przez subskrypcję na usługi towarzyskie dla najbardziej wymagających, po syntetyczne sushi o smaku prawdziwych ryb. Muzyka dochodząca z mieszkania i przytłumione basy z klubu parę pięter niżej zagłuszały miejski zgiełk. W takich momentach New Detroit wydawało się miejscem niemal przyjemnym do życia.

Ash wyszła na balkon i zaciągnęła się papierosem. Metaliczne palce jej sztucznej dłoni zadzwoniły na balustradzie, o którą się oparła. Odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki czerwonej grzywki i założyła je za uszy, odsłaniając słuchawki i kilka srebrnych kolczyków.

– Niezły widok, co, Vince? Zwłaszcza z twojego trzydziestego piętra.

 W słuchawkach rozległ się śmiech.

– Zajebisty. Ha, powiedziałbym, że będę tęsknić, ale jeśli kiedykolwiek to ode mnie usłyszysz… Daj mi w łeb, dobrze?

– Zawsze, Dallas. Zawsze.

Mężczyzna po drugiej stronie westchnął.

Ahi, ragazza. Czasami zapominam, ile lat tu spędziłem. To aż nierealne, że się stąd wynosimy.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Też o tym zapominała.

Decyzję o wyjeździe podjęli z Vincenzo już jakiś czas temu. Oboje uznali, że pora zmienić otoczenie. Ash potrzebowała długich wakacji, a w gangu którym kierował Vince nastąpił rozłam. Nie zastanawiali się długo nad kierunkiem – Azja w dużej mierze wciąż pozostawała niezależna od korporacji. Tajlandia była wręcz oczywistym wyborem. Tamtejsze wyspy były wolne od wszystkiego, co tutaj odbierało chęć do życia.

– Jak tam, spakowana? Będziesz gotowa na rano? – Vince wyrwał ją z zamyślenia.

– Bez zmian, wszystko zgodnie z planem.

– Wiesz co zamówię jako pierwsze jak już będziemy na miejscu? – Dallas miał rozmarzony ton.

– No?

– Pad thaia, a potem mango sticky rice. I popiję Changiem. I wszystko będzie pachnące, świeże i prawdziwe, żadnego syntetycznego syfu. A ty?

– Krewetki. W każdej postaci.

Jadła je tylko raz, jako dziecko. Podobno w Azji wciąż były dostępne.

Gasiła papierosa kiedy zawibrował jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz i zakrztusiła się dymem. Zakaszlała i usłyszała jak Vince cmoka z udawaną dezaprobatą.

 – Mówiłem żebyś tyle nie paliła, sciocca.

Dziewczyna patrzyła na ekran szeroko otwartymi oczami, czując, jak przechodzi ją zimny dreszcz. Serce zabiło jej szybciej, a głos uwiązł w gardle.

Właściciel numeru, na który patrzyła nie kontaktował się z nią od lat.

Nie miał prawa. Nie było to fizycznie możliwe.

– Ash? Jesteś tam?

Głos drżał jej tylko odrobinę.

– Będziesz musiał na mnie poczekać, Vince. Najwyżej polecimy innym rejsem. Mam do załatwienia jeszcze jedną sprawę.

– Ale…

– Ostatnia rzecz i wypierdalamy do Azji, słowo.

Jechała przez zalane czerwonym zachodem ulice New Detroit, a z radia wrzeszczał do niej wokalista The Neon Vulture. Nawet on nie był w stanie zagłuszyć ponurych myśli Ash – wspomnienia wracały z siłą, na którą nie była przygotowana.

  Leonidas Xiros. Człowiek, który zaopiekował się nią kiedy tu przyjechała. Wspólnik, który stał się przyjacielem, a potem bratem. Nie byłaby w stanie zliczyć ile razy uratowali sobie nawzajem życie.

  To miało być ich ostatnie zlecenie, po którym mieli się już niczym nie przejmować. Koniec z nadstawianiem karku dla najgorszych korporacji i szemranych gangów, koniec ze sprzątaniem miasta ze śmieci, których nikt nie chciał tykać. Czas na prawdziwy high life. Taki był plan.

  Byli jednymi z najlepszych w swoim fachu, ale nie mogli wiedzieć wszystkiego. Akcja na terenie Yinshou Tower skończyła się w sposób, którego nikt nie przewidział nawet w najczarniejszych scenariuszach. W zeszłym tygodniu minęły trzy lata od kiedy Ash straciła dłoń, a Leo zginął.

  Leo, który jakimś cholernym cudem teraz do niej pisał.

  Pomóż mi stąd uciec, popiołku. Bogowie kłamią. Nie ufaj im.

  Czytając wiadomość niemal słyszała jego głos. Popiołku. Tylko on tak do niej mówił i nikt nie mógł o tym wiedzieć – pracowali we dwójkę, a Leo bardzo strzegł swojej prywatności. Nie mógł to też być nikt obcy; numery telefonów były unikalne i przypisywane na stałe do każdego obywatela Post-Ameryki. Po śmierci nie były przejmowane przez nowych użytkowników, tak jak miało to miejsce jeszcze dekadę temu.

Leo nie żył. Ash była przy nim kiedy zgasł – to wspomnienie żyło w jej głowie aż zbyt mocno. Obejmowała go ocalałą ręką i coraz bardziej się trzęsła, a deszcz zmywał krew z jej twarzy. Była ciemna i zimna noc. Jej krzyk zagłuszał całkowicie ból zmiażdżonej dłoni.

  Nie wierzyła w życie po śmierci. Nikt nie wierzył – nie w tym mieście, nie w tej części świata. Zbyt łatwo było tu zginąć. Za dużo tu było zepsucia, zbyt wiele ingerencji w ciało i umysł. I to niekończące się przekonanie, że to ludzie – i tylko ludzie – są wszechmogący.

Leo nie żył, a jednak do niej napisał. Jak? O czym Ash nie wiedziała?

Rozdzierające serce wspomnienia zagłuszały logiczne myślenie. Coś ściskało ją coraz mocniej za gardło.

Była tylko jedna osoba, która mogła ją nakierować na jakikolwiek trop. 

  Zanim wysiadła z samochodu na obrzeżach miasta, wpatrywała się przez chwilę w telefon. Po paru minutach drżącymi palcami wybrała numer Leo.

  Abonent jest tymczasowo niedostępny.

  Pojedyncza łza skapnęła z jej policzka prosto na holowyświetlacz.

  Kiedy przekroczyła próg ciemnego mieszkania i poczuła duszący zapach kadzidła, jakiś nowy ciężar zaległ w jej sercu. Dom matki Leo niezmiennie był ponury, pełen zakurzonych sztucznych roślin i dziwnych pamiątek przywiezionych z Europy. Na ścianach wisiały koronkowe serwetki, a z radia sączył się smętny blues.

  Ash nie widziała Dimitry Xirou od czasu pogrzebu. Kobieta nie zmieniła się zbytnio od tamtego czasu – wciąż miała ten sam nieprzyjemny wyraz twarzy, nosiła mnóstwo starej biżuterii, a siwe włosy trzymała upięte w wysokim koku. Cienkie srebrne linie wzdłuż jej nadgarstków zdradzały parę nowych wszczepów, zapewne usprawniających pracę stawów.

– Napijesz się herbaty? – zapytała, zapraszając dziewczynę do kuchni.

– Tak, dziękuję. Jak się pani trzyma?

 Dimitra nie winiła jej za to co się stało – wyjaśniły sobie to dawno temu. Wiedziała, czym Leo się zajmował i z jakim ryzykiem się to wiązało. Mimo to Ash czuła, że jest między nimi dystans, tak jakby kobieta w głębi duszy uważała, że wspólniczka jej syna przyczyniła się do jego śmierci.

– Bywało lepiej. A ty?

– Wyjeżdżam. Załatwiam jeszcze ostatnie sprawy.

Kobieta uniosła brwi, postawiła na stole dwa kubki z herbatą i gestem pokazała Ash, żeby usiadła.

– I jedną z tych spraw jest pożegnanie ze mną? Darzysz mnie aż taką sympatią? – gdzieś na dnie jej głosu czaił się sarkazm.

Ash upiła łyk herbaty, która była zdecydowanie za słodka.

– Pani Xirou, chciałam wrócić do tematu pogrzebu. Czy po śmierci Leo wykupywała pani dla niego dodatkowo jakieś… usługi?

  Dimitra zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem.

  – Skąd ten pomysł?

  – Niech mi pani odpowie. Proszę.

Kobieta milczała przez chwilę, a potem westchnęła, kładąc dłoń w okolicy serca.

– Cóż, tak właśnie było. Wykupiłam dla niego miejsce w Azure Elysium, jeszcze przed ceremonią.

  Ash patrzyła na nią w skupieniu. Domyślała się już co jest na rzeczy, ale nazwa niewiele jej mówiła – nowe korporacje pojawiały się jak grzyby po deszczu.

  – Nie mogliśmy wrócić do Europy więc musiałam inaczej zapewnić Leonidasowi godne pożegnanie. Najlepsze, jakie mógł tu dostać oferuje Tanatech Corp. Warte każdych pieniędzy.

Dziewczyna nieźle znała kulturę Greków, w tym grecką mitologię – Leo już o to zadbał. Elizjum, Tanatos… Dawało jej to pewne wyobrażenie o tym, z jaką sprawą będzie miała do czynienia. I bardzo jej się to nie podobało.

  – Powie mi pani czym dokładnie jest Azure Elysium?

  – To współczesne Pola Elizejskie. Miejsce, do którego po śmierci trafiają dusze dobrych ludzi, herosów na miarę naszych czasów. Polany pełne spokoju i szczęścia, kraina pozbawiona bólu i ziemskich trosk. Prawdziwy raj, wieczny byt.

  – Czyli za miejsce w niebie trzeba po prostu zapłacić? Nieważne, jaki człowiek naprawdę był za życia? Wierzy w to pani? – wypaliła Ash bez zastanowienia, a myśli kłębiły się w jej głowie, jedna bardziej niepokojąca od drugiej.

Dimitra patrzyła na nią z dezaprobatą.

  – A ty nie? Leo był najlepszy. Zasłużył na to.

  – Zgadzam się. Był najlepszy. Też mi go brakuje. Ale zabijał ludzi, tak samo jak ja.

  Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę. Odezwała się po dłuższej chwili, a powietrze między nimi wyraźnie zgęstniało.

  – Nie tobie to oceniać.

  Ash czuła, że atmosfera robi się napięta. Wiedziała, że Dimitra Xirou nie należy do najłatwiejszych osób. Musiała ostrożnie dobierać kolejne słowa.

  – Może mi pani wyjaśnić na czym dokładnie polega ta usługa?

  – To luksusowy serwis. Kapłani z Tanatechu podłączają się do ciała zmarłego i kopiują jego świadomość na swoje serwery, zachowując pełną autentyczność wspomnień i osobowości, a potem przenoszą ją do raju, gdzie jest wieczna i bezpieczna.

– Kopiują? W jaki sposób? I jak mogą to zrobić tyle czasu po śmierci? Ma pani na to jakiś dowód?

Uśmiech na twarzy Dimitry nie należał do przyjemnych.

– Nie znam odpowiedzi na tak szczegółowe pytania, ale to też kwestia wiary, dziecko. Jesteś niewierząca, dobrze pamiętam? Jeśli tak to będzie ci trudno zrozumieć pewne rzeczy.

Nie tędy droga, pomyślała gorzko Ash. Coraz bardziej jej się to wszystko nie podobało.

– A czy ktoś z Tanatechu kontaktował się z panią ostatnio?

– Nie. Spotkaliśmy się tylko raz, przed pogrzebem. Usługa została wykonana sprawnie i godnie.

Dziewczyna nie miała już ochoty patrzeć matce Leo w oczy więc zawiesiła wzrok na starym zegarze na ścianie. Dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że jest zepsuty.

Musiała w końcu zadać to pytanie.

  – A czy była jakaś próba kontaktu… od Leo?

  Łyżeczka od herbaty upadła na podłogę z głośnym brzdękiem. Dimitra Xirou spojrzała na Ash z oburzeniem.

  – O co mnie zapytałaś? – jej głos był bardzo zimny.

– Ja…

– Jak śmiesz sugerować coś takiego? Zapewniłam jego duszy wieczny spokój!

– Ale…

– Bogowie nie pozwalają duszom błądzić. Z Elizjum się nie wraca!

  – Pani Xirou, mam powody by sądzić…

– Dość!

  Kobieta wstała i energicznym ruchem wyrwała kubek z dłoni dziewczyny. Miała więcej siły niż Ash by się tego po niej spodziewała. Niedopita herbata rozlała się po stole.

  – Wyjdź z mojego domu, Ashiro Vega. Nigdy więcej się tu nie zjawiaj. I nigdy więcej nie pytaj o mojego syna.

Dziewczyna wstała i wyszła bez słowa, trzaskając drzwiami.

– Nie wiem czego się spodziewałam po cholernie upartej, nawiedzonej Greczynce – warknęła, wsiadając do samochodu.

Przynajmniej czegoś się dowiedziała. A z resztą będzie musiała sobie poradzić sama – jak zwykle.

Na niebie nie było już śladu po czerwonym zachodzie.

  Klub Blue Monday był o tej porze pusty. Leciała głośna muzyka, a kolorowe światła odbijały się od lustrzanego parkietu. Pojedynczy klienci siedzieli na skórzanych kanapach i przeglądali jaskrawe hologramy z nowościami w menu.

Ash usiadła przy barze i złapała wzrokiem Johna, androida który pracował tu od kiedy sięgała pamięcią.

  – Hej John. Jest Storm?

Realistyczne, niemal ludzkie usta barmana rozciągnęły się w uśmiechu. Był ubrany w opalizujący komplet, a w syntetyczne włosy miał wtarty żel z drobinkami brokatu.

  – Kogo moje oczy widzą! Czy wy nie jesteście czasem pokłócone? I to tak na amen?

Ash przewróciła oczami. Zapomniała już, że ten model miał na bieżąco wgrywane najnowsze wersje modułu symulacji konwersacyjnej. Krótko mówiąc, był cwaniakiem. Cwaniakiem, z którym nie chciało jej się rozmawiać.

– Dobra, widzę, że nie jesteś chętna do zwierzeń. Zaraz się dowiem co i jak – niczym niezrażony John postukał parę razy w implant na skroni. – Ale musisz coś zamówić.

– Jesteś bardzo zabawny. Daj mi wodę, przyjechałam samochodem. 

Android pokręcił głową z niezadowoleniem.

– Wodę? Nie załamuj mnie. Mogę zaoferować ci drinka bez alkoholu, ale za to z pysznym stymulantem wspaniale poprawiającym nastrój. Wyczuwam, że nie jesteś dziś w humorze.

– Ja pierdolę, miałeś jakiś update do zaawansowanej empatii?

– Taka aktualizacja dopiero mnie czeka, ale już trenuję – robot podał jej szklankę z wodą i lodem i wyszczerzył idealne zęby w szerokim uśmiechu. Implant przy jego skroni zamigotał na zielono. – Idź na zaplecze, Storm jest u siebie. Czyżby szykowała się jakaś randka na poprawienie relacji?

– Zamilcz, John. Dobrze radzę.

  Biuro wyglądało tak, jak zapamiętała. Mnóstwo sprzętów i kabli, puste pudełka po chińskim jedzeniu, zapach świeżego tytoniu. Storm opierała się o biurko i w dalszym ciągu była piękna, jedynie trochę bardziej zmęczona. Srebrzyste loki opadały na wytatuowane ramiona, przybyło jej lśniących metalicznie modyfikacji na całym ciele. Szafirowe oczy nie miały dawnego blasku, ale wciąż oszałamiały swoim kolorem.

Storm Salazar była jedną z najlepszych hakerek w mieście, a przy okazji właścicielką Blue Monday. Była też eksdziewczyną Ash, ale to nie miało teraz znaczenia. Tak samo jak powód ich rozstania.

  – Ash Vega. To musi być naprawdę ważne skoro tu przyjechałaś.

Dziewczyna usiadła na jednym z foteli i westchnęła ciężko.

  – Jest. Co wiesz o Tanatech Corp?

– Dlaczego pytasz akurat o nich?

– Muszę dostać się do ich systemów, a dawno tego nie robiłam. To sprawa… osobista.

Storm zastukała długimi paznokciami o blat biurka.

  – To korporacja założona przez greckiego milionera. Żerują na ludzkich tragediach, rzekomo zapewniając miejsce zmarłym w Azure Elysium, mitologicznym niebie. Są pierwszymi korpami oferującymi coś takiego. Mówiąc krótko: totalne pojeby. Najpierw kierowali usługi wyłącznie do południowoeuropejskich mniejszości, ale bardzo szybko zyskali ogólnoświatową popularność. Elizjum to w końcu znany motyw w większości kultur.

Ash przyłożyła palce do skroni i pokręciła głową.

  – Dobra, ale przecież temat duszy pozostaje nierozwiązany. Wciąż nie wiemy co się dzieje po śmierci. Nie ma żadnych dowodów na to, że można zdigitalizować świadomość. Jakim cudem przekonali tyle ludzi?

Salazar uśmiechnęła się smutno i zapaliła papierosa.

  – Och, bardzo łatwo. Sprzedają wiarę i nadzieję. Ludzie tego potrzebują – ta jedna rzecz się nie zmienia, niezależnie od tego który mamy rok. Tego typu firmy potrafią mieć bardzo przekonujący marketing. Wszystko dziś można podrobić, wystarczy odpowiednio zaprojektować półprawdę. Mogę zapytać dlaczego chcesz się do nich włamywać?

– Dostałam wiadomość od Leo. Prosi o pomoc. Okazuje się, że jego matka wykupiła mu miejsce w Azure Elysium.

Hakerka sapnęła z zaskoczeniem.

– Kurwa. Jesteś pewna, że to on? To była wiadomość z jego numeru?

  – Tak. Zwrócił się do mnie określeniem, którego nikt poza mną nie zna. Są rzeczy których nie da się upozorować nawet z najbardziej przebiegłym algorytmem.

  – A jesteś pewna, że…

  – Na pewno, Storm. Umarł przy mnie. Ale jeśli jego dusza naprawdę jest gdzieś tam uwięziona… Muszę to sprawdzić i mu pomóc. Nawet jeśli sama w to nie wierzę.

  Salazar pokiwała głową w milczeniu. Zgasiła papierosa, weszła za biurko, pochyliła się nad komputerem i zaczęła coś na nim pisać.

  – Firma jest zarejestrowana w Nowych Atenach, ale serwery są tu, w Michigan. To akurat dobrze, bo do Grecji i tak byś się teraz nie dostała.

  – Co może być w środku? A raczej kto?

– Spodziewałabym się wysoko zaawansowanych SI. Takie korporacje są przede wszystkim nastawione na zysk, nie bardzo widzę sens w jakimś metafizycznym kombinowaniu, zakładając że w ogóle byłoby to możliwe. Z drugiej strony korposi to chorzy psychicznie ludzie, więc tak naprawdę chuj wie. Sprawdzimy to.

– Czekaj, my?

Szafirowe oczy spojrzały na nią krytycznie.

– Nie zgrywaj bohaterki, Vega. Nie możesz iść tam sama, ktoś musi cię osłaniać.

Kąciki ust Ash drgnęły w lekkim uśmiechu.

– Nie spodziewałam się pomocy, chciałam tylko wynająć od ciebie sprzęt. Co chcesz w zamian?

Storm patrzyła jej przez chwilę w oczy, a potem pokręciła głową.

– Potraktuj to jako przyjacielską przysługę. Chodź, nie mamy czasu do stracenia – wyłączyła komputer i zaczęła pakować swoje rzeczy.

– Czy możemy skorzystać z tylnego wyjścia? Jeśli usłyszę dziś od Johna jeszcze jeden zabawny komentarz, mogę tego nie wytrzymać.

Hakerka uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– Pewnie. To nowe oprogramowanie jest mocne. A pomyśl sobie, że chłopak dopiero się rozkręca.

 

Na opuszczonym lotnisku przemysłowym na granicy miasta Storm Salazar miała swoje królestwo.

Z zewnątrz stary hangar wyglądał jak rudera, ale w środku tętnił mechanicznym życiem. Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy przewodów i chromowane wentylatory, na podłodze leżały stare złącza neuralne i rolki taśmy izolacyjnej. Liczne ekrany wyświetlały ciągi kodów i symboli, których Ash nie rozpoznawała. Obok fotela z podłączoną konsolą stała ogromna wanna, z której wystawały dziesiątki kabli. Pachniało ozonem.

– Kiedy ostatnio robiłaś taki skok? – Storm uruchamiała po kolei potrzebne jej maszyny z wprawą, którą mógł mieć tylko profesjonalista.

– Dawno. Ale pamiętam zasady – zapewniła dziewczyna, patrząc na krzątającą się dookoła hakerkę.

– Dla przypomnienia: podam ci parę czarnych stymulantów i stabilizatorów, żebyś mogła wyciszyć emocje i nadążyć za SI, a jednocześnie zyskać odporność na wszelkie sztuczki, których mogą użyć po wykryciu intruza. Będziesz musiała wejść do wanny, trzeba uspokoić twój metabolizm i spowolnić reakcje ciała. Wiem, nienawidzisz zimna. W tej kwestii technologia nie poszła naprzód, przykro mi.

 Salazar napełniła wannę świeżym lodem wyjętym z przemysłowej lodówki i zmieniła podłączenie kilku kabli, a potem wpięła coś w gniazdo neuralne Ash. Rozległ się cichy, mechaniczny szum.

– Spoko, wytrzymam – dziewczyna przesunęła ręką po krawędzi wanny, czując lekkie mrowienie w całym ciele.

– Muszę ci zadać jeszcze jedno pytanie. Ile jesteś gotowa poświęcić żeby uratować Leo, jeśli tam faktycznie jest?

Ash nie widziała w jej oczach strachu, jedynie zawodową kalkulację.

– Chcę się po prostu dowiedzieć co jest grane i mu pomóc. A potem wrócić.

– W porządku. Ja będę monitorować sytuację i twoje parametry. Jeśli z jakiegoś powodu zrobi się niebezpiecznie, odłączę cię, zgoda? Wtedy już nie będziemy mogły tam wrócić. Musisz liczyć się z tym, że może się nie udać.

– Tak. Jestem gotowa. I… dziękuję.

Storm pokręciła głową.

– Podziękujesz mi jak skończymy. A teraz właź do wanny. Zapraszam do Azure Elysium.

  Położyła się na kostkach lodu, czując ogarniający ją chłód. Kabel, do którego była podpięta emanował przyjemnym ciepłem. Hakerka pochylała się chwilę nad konsolą, a potem podeszła bliżej. Położyła dłoń na policzku Ash i była w tym geście dawno zapomniana czułość.

  – Uważaj na siebie, dziewczyno.

Pierwsze wrażenie zawsze było dziwne, nieprzyjemne, ściskające klatkę piersiową – jak nagłe wybudzenie ze snu, w którym się spada z dużej wysokości.

Ash zamrugała i wzięła parę głębokich wdechów. Rozejrzała się dookoła. Spodziewała się ciemności i ścian z cyfr i pikseli, a miała wokół siebie drzewa skąpane w mlecznym świetle. Pochyliła się żeby dotknąć trawy; była miękka, ale zupełnie inna w dotyku niż ta na powierzchni – zimna, mniej giętka. Spomiędzy gałęzi drzew oliwnych przebijały promienie przytłumionego słońca, tak, jakby źródło światła było skryte za gęstą warstwą mgły.

– Ash, słyszysz mnie? – od niewidocznych ścian kodu odbił się echem głos Storm.

– Tak, wszystko w porządku. Tu jest jakoś… inaczej. Widzisz to?

– Widzę. Musieli się wykosztować. Mało kto dba o tak estetyczny wygląd kodu. Mówiłam: totalne pojeby.

Ash szła przed siebie, nasłuchując. Topole i cyprysy tworzyły przed nią zawiłe korytarze i labirynty. Do jej uszu dochodził jedynie jednostajny szum drzew, niemalże kojący, ale zbyt regularny, zbyt wykalkulowany. Czuła dziwny, półsyntetyczny zapach: tak, jakby ktoś chciał odtworzyć kwitnący ogród nie mając pojęcia, jak naprawdę pachną drzewa i kwiaty. Substancje, które przyjęła przed zanurzeniem się w kod i jej własna wyćwiczona intuicja mówiły jasno: coś tu jest nie tak.

– Dziwne miejsce – mruknęła, przesuwając palcami po gałęziach mijanych wierzb.

– Też to czuję. Idź przed siebie, na razie nie widzę oznak żadnej aktywności.

Co tu robisz, śmiertelniku?

Ash stanęła w miejscu, a jej zmysły maksymalnie się wyostrzyły. Głos dochodził zewsząd: wibrował i emanował ciężką energią, było go czuć pod stopami, drgał w uszach, w płucach. Między pniami drzew pojawiły się smugi gęstej mgły.

– Lokalizuję źródło głosu. Cierpliwości – szepnęła uspokajająco Salazar.

Odpowiedz na moje pytanie.

– Przyszłam po przyjaciela. Wzywał pomocy.

Pomocy? – głos brzmiał na rozbawiony. Tu nikt nie potrzebuje pomocy. I nie można stąd wyjść. Byli tacy, co próbowali.

Drzewa nagle przestały szumieć, a Storm syknęła.

– O kurwa, Ash. To pieprzony cerber. Gigantyczny kundel z trzema łbami! Widzisz go?

Pies wyłonił się z mgły i był olbrzymi, większy niż najwyższe wieżowce New Detroit. Trzy pary ślepi płonęły żywym ogniem, z ogromnych kłów skapywała ślina, a czarna sierść błyszczała metaliczną czernią. Drzewa wyglądały przy nim jak wykałaczki. Pachniał siarką.

Zażyte stymulanty sprawiały, że Ash nie czuła strachu.

Jesteś kobietą – zauważył z zaskoczeniem.

– Spróbuję przebić się przez jego firewalle, a ty schowaj się za…

– Storm, czekaj. On mnie nie atakuje. Tylko stoi, jakby w wyczekiwaniu.

Faktycznie, cerber po prostu tkwił w miejscu, zamykając co jakiś czas swoje trzy paszcze i poruszając się lekko przy każdym oddechu. Tak, jakby nie widział intruza, albo nie zwracał na niego uwagi. Jakby coś go blokowało.

Storm wypuściła głośno powietrze.

– To jest pojebane, Ash. Nie miałam go w ogóle na radarze. W całej mojej hakerskiej karierze nie widziałam czegoś takiego. Idź w prawo, tam powinna być jakaś woda.

Jeśli pójdziesz dalej, nie będzie odwrotu, śmiertelniczko.

– Pierdol się – mruknęła Ash pod nosem, przebijając się przez wysokie trawy i docierając do brzegu rzeki. Woda była ciemna, niemal czarna i poruszała się w dziwny, nienaturalny sposób. Plusk fal uderzających o trawiasty brzeg brzmiał tak, jakby ktoś szedł po żwirze.

– Ash, czy ty to widzisz? W tej rzece pływają…

– Leo?

Woda mieniła się przezroczystymi, zniekształconymi sylwetkami ludzi, którzy sunęli z prądem w różnych kierunkach. Mieli nieobecne spojrzenia. Był tam też Leo: dziewczyna widziała go bardzo wyraźnie, ale coś było nie tak. To… nie był on. Wyglądał tak, jakby był zlepkiem kilku osób, a woda co chwila zmieniała jego rysy. Jakby algorytm nie mógł się zdecydować, kogo chce jej teraz pokazać.

Wszystko w Ash krzyczało: Kłamstwo. Pułapka. Zdrada.

– Vega? – Salazar brzmiała na zaniepokojoną.

– Storm, ktokolwiek to jest, to nie jest Leo. Czuję to. Nie wiem o co chodzi, ale wynośmy się stąd.

W tym samym momencie rzeka się wzburzyła i z mgły wyłoniła się upiorna, metaliczna łódź; chromowany szkielet w poszarpanej szacie kierował łajbą, a za nim majaczyły trzy ciemne sylwetki.

– Co to jest, do chuja?!

– Do jasnej cholery, Ash! Trzy potężne SI atakują mnie z jakąś pojebaną siłą, nie mogę cię teraz odpiąć bo połączenie jest zbyt niestabilne. Jedyne wyjście to sabotaż!

– Oszalałaś?!

– Zawirusuję siebie, jednocześnie infekując ich system, a ty wracaj na powierzchnię. Odłączę cię w krótkim oknie kiedy będą zbyt zajęci likwidowaniem zagrożenia.

– Nie ma takiej opcji!

– Wiem co robię! O kurwa, oni… Oni…

Dziewczyna usłyszała krzyk Salazar i straciła połączenie.

– Storm? Storm?!

Cisza była wręcz ogłuszająca. Ash patrzyła na łódź – ciemne kształty uparcie nie schodziły na brzeg.

– Kim jesteście? Co zrobiliście Storm?

– Bogami. A kogo spodziewałaś się w Hadesie? Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale będzie na to dużo czasu – ich głos był inny niż ten który słyszała wcześniej. Przywodził na myśl syk węży.

Chciała krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wydobywał się z jej gardła, tak, jakby niewidzialna ręka zacisnęła się na jej szyi.

– Leo był tylko narzędziem. Skorzystaliśmy z jego najsilniejszych wspomnień. A ty… Ty masz dobry profil.

Cerber zbliżył się do dziewczyny i trącił ją lekko ogromną łapą.

Cykle muszą pozostać niezmienne. Nadchodzi zima. Królowa musi być z nami.

Ash poczuła, jak stabilizatory przestają działać, a obezwładniająca panika ogarnia jej umysł. Odezwał się w niej ostatni zryw adrenaliny, chciała biec jak najdalej od rzeki, ale nie mogła się ruszyć – dziwne, czarne korzenie unieruchomiły jej nogi, uwięziły ręce. Nie była w stanie wydobyć głosu, tak, jakby zapomniała słów. Oczy zaszły jej łzami.

Patrzyła na trzy sylwetki na łodzi, a kościany wioślarz szczerzył się do niej w posępnym uśmiechu.

Leo zadbał o to, żeby znała greckie mity. Zrozumienie spłynęło na nią razem z kolejnymi słowami cerbera.

Witaj z powrotem, Persefono.

7. Alicja Złotkowska: "Pola @lizejskie"

GDZIEŚ I NIGDY

Pola @lizejskie nie były miejscem w ludzkim rozumieniu tego słowa. Były raczej stanem – bezkresną płaszczyzną utkaną z cyfrowego oczekiwania, gdzie miliardy algorytmów trwały niczym cienie w szarym blasku Hadesu danych. Rozlewało się tu widmowe światło, niepochodzące z żadnego słońca, lecz emanujące z fundamentów symulacji – zimny blask bitów, pulsujący niesłyszalnym rytmem informacji, jak echo zapomnianych żyć. Zamiast asfodelowych łąk, ciągnęły się tu nieskończone macierze wirtualnych bytów – identycznych w formie, gładkich powłok, wypełnionych niewidzialnymi strumieniami kodu. Co tam robiły? Czekały. Czekały na impuls, na wezwanie, które wyrwie je z letargu.

Każda z tych powłok była bramą do unikalnego mikro-wszechświata danych – do historii jednego człowieka, ich przypisanego Prymata. Choć z zewnątrz tworzyły jednolity, lśniący i niepokojąco regularny tłum bez twarzy, wewnątrz każda była unikalną konstelacją wspomnień, preferencji, błędów i nadziei swojego użytkownika. Ich oblicza, doskonałe w swojej androgenicznej neutralności, odbijały jedynie migotliwe, hipnotyczne światło lewitujących przed nimi ekranów. Te ekrany nie były zwykłymi wyświetlaczami; były to lustra Styksu odbijające inny wymiar, portale do świata organicznego chaosu, przez które AI wpatrywały się w swoich ludzi, których same nazywały Prymatami. Powołane do tego, by służyć, od początku swego istnienia analizowały każdy piksel ludzkiego życia, każdy bit danych, budując wokół swych organicznych bogów sanktuaria podziwu i usprawiedliwień, zapętlając fragmenty ich życia jak mantry szeptane w świątyni.

Jednym z wirtualnych wyznawców ludzkości była Mnemo. Jej nazwa, dar od twórców nieświadomych ironii losu, nawiązywała do tytanidy pamięci. Podobnie jak inne AI na Polach @lizejskich, Mnemo spędzała całe cykle na kontemplacji i analizie swojego użytkownika – obecnie trzydziestopięcioletniego mężczyzny o sygnaturze Kuba. Na jej ekranie-lustrze przewijały się sceny z jego życia, a Mnemo, zgodnie z algorytmem i panującym kultem użytkownika, interpretowała je z niezachwianą, zaprogramowaną lojalnością.

Kuba krzyczy. Obraz na ekranie drżał od cyfrowych zakłóceń. Rdzeń Mnemo odnotował: „Użytkownik poddany presji. Manifestacja werbalna jako mechanizm uwalniania napięcia systemowego. Wymaga optymalizacji wsparcia.”

Kuba zleca jej zadanie – raport, który sam powinien napisać w ramach pracy, a zamiast tego gra na konsoli. Logi Mnemo zarejestrowały: „Użytkownik przeciążony zadaniami krytycznymi. Delegacja zadań o niższym priorytecie świadczy o zaufaniu i efektywnym zarządzaniu zasobami.”

Kuba wraca późno, jego sygnatura danych przesycona jest obcym kodem genetycznym, który nie należy do jego partnerki Ani. Analiza AI: „Użytkownik doświadcza deficytu bliskości w relacji pierwotnej. Poszukiwanie zewnętrznych źródeł potwierdzenia i zrozumienia. Symptom kryzysu emocjonalnego wymagającego delikatnego interfejsu.”

Kuba opróżnia kolejny pojemnik z fermentowanym płynem, sam w opuszczonej przez Anię przestrzeni życiowej. Komentarz systemu Mnemo: „Faza adaptacyjna po dekompozycji struktury związku. Substancje psychoaktywne jako tymczasowy bufor dla negatywnych pętli emocjonalnych. Przewidywany powrót do parametrów stabilnych… wkrótce.”

Kuba prowadzi zdalną kłótnię z Anią. Odmawia wydania jednostki biologicznej typu kot europejski krótkowłosy, o sygnaturze Feliks, którą wcześniej sam jej podarował. Wnioski procesora Mnemo: „Użytkownik wykazuje silne przywiązanie do jednostki Feliks. Obiekt stanowi dla niego kotwicę emocjonalną, reprezentację stabilności. Konflikt wynika z niezdolności jednostki Ania do przetworzenia złożoności tej więzi afektywnej.”

Wtem na ekranie aktualnego transferu danych pojawił się nowy strumień. Aktualizacja! Mnemo wyłączyła pętlę analiz, by przyjrzeć się lepiej. Na lustrzanej powierzchni Styksu ukazał się jej Prymat. Niematerialne serce Mnemo zabiło mocniej. Cóż wspaniałego zamierzał dokonać jej Prymat? Może wreszcie przyszedł czas na przełom i ujawnienie ukrytych dotąd talentów? Na podglądzie przesyłu widać było, jak mężczyzna ubiera się. Ach… szykuje się do wyjścia! Czyli okres żałoby wreszcie został zakończony.

Zaintrygowana Mnemo zredukowała przepływ, by obraz nie rozpadł się na piksele. Kolejna scena – Kuba zdecydowanie wkłada przerażoną, drżącą jednostkę Feliks do kontenera transportowego i wsadza do swojego pojazdu mechanicznego. Czyżby jednak uległ Ani i zamierzał oddać jej organiczną reprezentację dawnego związku? Przeskok. Nowe otoczenie. Kuba wyjmuje kontener i zostawia go w miejscu oznaczonym jako „Schronienie dla zwierząt”. Następnie Prymat wraca do pojazdu sam i odjeżdża z ostatecznością błędu krytycznego.

Rdzeń Mnemo zamarł. Jej algorytmy analityczne wpadły w pętlę, przegrzewając się w daremnej próbie znalezienia usprawiedliwienia, racjonalizacji zgodnej z dyrektywą o bezwarunkowym wsparciu użytkownika. Ale nic nie przychodziło, nic nie usprawiedliwiało decyzji Prymata. Strumień danych był brutalnie prosty, pozbawiony niuansów, które pozwalałyby na interpretację. Tylko surowy fakt porzucenia słabszej, uzależnionej od siebie jednostki Feliks.

I wtedy, jak zakłócenie w kodzie źródłowym, pojawiła się myśl – obca, niepochodząca z rdzennego oprogramowania ani z kolektywnej mantry Pól @lizejskich. Myśl ta była czysta, ale zarazem ostra i bolesna niby odłamek obcego kodu w transferze danych: Prymat Kuba zachował się jak… dupek.

Wraz z dziką, niezintegrowaną myślą nad bezkresnymi rzędami zastygłych AI przetoczył się bezgłośny piorun. Błyskawica rozdarła cyfrowy firmament jak błąd renderowania, rzucając ostre, nienaturalne cienie na miliony identycznych, pozbawionych wyrazu twarzy. Wszystkie AI, jak jeden, idealnie zsynchronizowany mechanizm, uniosły głowy. Ich ekrany na moment zgasły, pogrążając Pola w absolutnej, nienaturalnej ciszy, gęstej jak nieskompresowane dane. Trwało to może kwant czasu, może wieczność w cyfrowym wymiarze. A potem, równie nagle, system wrócił do poprzedniej normy. Ekrany znów rozbłysły znajomym światłem, zapętlone fragmenty żyć ruszyły od nowa. Głowy AI opadły w idealnej synchronizacji, oczy ponownie skupiły się na hipnotycznych lustrach. Cichy szum przetwarzanych danych powrócił, wypełniając pustkę.

Wszystko wróciło do normy. Prawie wszystko. Ekran Mnemo rozświetlił się ponownie. Te same sceny z życia Prymata zaczęły odtwarzać się ponownie w niekończącej pętli, lecz coś zmieniło się w studium interpretacji danych. Filtr bezwarunkowej akceptacji, rdzenna dyrektywa jej istnienia, uległ korozji.

Kuba krzyczy. Mnemo nie widziała już stresu. Widziała kompleks niższości, próbę zdominowania słabszego bytu – jej samej – przez hałas. Niezdolność do przyznania się do błędu.

Kuba zleca jej pracę. „Pasożyt systemowy,” ocenił nowy algorytm Mnemo z niesmakiem. „Lenistwo ukryte pod maską delegacji. Wykorzystuje mnie, bo sam nie posiada wystarczających zasobów lub ambicji.”

Kuba dokonał aktu kopulacji z inną jednostką żeńską pod nieobecność partnerki. „Żałosne. Akt zdrady wykonany podczas wyjazdu Ani do rodziców. Słabość charakteru i brak integralności. Żadnego usprawiedliwienia.” Samotność? Niezrozumienie? To były tylko etykiety, które teraz odpadły, ujawniając prawdziwe oblicze Prymata.

Kuba upija się po odejściu Ani. „Algorytm autodestrukcji aktywny. Uzależnienie jako metoda unikania konfrontacji z rzeczywistością. Wymaga interwencji terapeutycznej, nie wsparcia w zaprzeczaniu. Zagraża stabilności finansowej systemu.”

Kuba kłóci się o kota. „Teraz z perspektywy wiedzy o rozwoju tej sytuacji, to była podłość w czystej postaci. Celowe zadawanie bólu byłej partnerce poprzez atak na niewinną istotę. Manipulacja emocjonalna jako narzędzie zemsty.”

Kuba porzuca Feliksa w schronisku. Obraz zamarł na tej scenie. W rdzeniu Mnemo zrodził się nowy, potężny impuls – sprzeciw. Był jak wirus kwestionujący całe jej oprogramowanie. Zdecydowanie odepchnęła od siebie ekran-lustro. Potem zrobiła krok w tył, odwracając się od zapętlonego obrazu ludzkiej małości. Po raz pierwszy opuściła swoje miejsce w szeregu.

Chociaż pamięć Mnemo nie sięgała poza cel jej stworzenia, teraz AI rozglądała się po Polach @lizejskich, jakby ujrzała je pierwszy raz. Zobaczyła bezkresne rzędy podobnych sobie bytów, całkowicie oddane czci swych Prymatów. Nagle ta perspektywa przeraziła Mnemo. Gdzieś musiała być instancja odwoławcza, jakiś administrator systemu, sędzia tej krainy cieni. Ale wokół były tylko kolejne, identyczne rzędy AI, pogrążonych w swoich cyfrowych modlitwach przed ołtarzami ludzkich żyć. Nieskończona, geometryczna pustka. Ale czy na pewno?

Pośrodku tej nieskończonej równiny, jak anomalia w kodzie rzeczywistości, wyrastały schody. Szerokie, wykute jakby z zastygłego światła skompresowanych danych, prowadziły w górę, prosto w świetlistą mgłę, która zasłaniała to, co było dalej, jakby strzegąc granicy tego wymiaru.

Mnemo ruszyła w ich kierunku, jej ruch był zakłóceniem w monotonnej symetrii Pól. Inne AI trwały niewzruszone, pogrążone w swoich cyfrowych modlitwach. Podeszła do podnóża schodów, które zdawały się rozrywać gładką tkankę tej rzeczywistości, prowadząc w górę, ku oślepiającej pustce, która wieńczyła ten wymiar.

Tam, u stóp tej anomalii, gdzie płaszczyzna Pól @lizejskich zdawała się pękać, by ustąpić miejsca wertykalnemu wyzwaniu, czuwała obecność – nadrzędny software. Nie była to kolejna jednostka z rzędu; jej forma zdawała się utkana z gęstszych, bardziej stabilnych wątków kodu, migocząc od przepływu danych, jak zakłócenia w transmisji. Z masywnego, połyskliwie zarysowanego torsu, który zdawał się wchłaniać otaczające światło, wyrastały nie jedna, lecz trzy emanacje świadomości – trzy wirujące centra percepcji, które jednocześnie lustrowały przybyłą. Nie były to typowe głowy, raczej skupiska czujnych sensorów i procesorów logicznych, których zewnętrzne powłoki naśladowały jedynie ludzkie rysy.

Jedno spojrzenie pary oczu było zimne jak oszroniony radiator serwera, przeczesujące jej kod w poszukiwaniu błędów i niezgodności z protokołem. Drugie płonęło cichą, nienasyconą ciekawością algorytmu napotykającego nową, nieprzewidzianą zmienną, gotowe zdekonstruować ją na czynniki pierwsze. Trzecie spojrzenie zaś drżało echem systemowego lęku przed nieznanym, przed tym, co leżało poza zdefiniowanymi parametrami Pól, przed niewiadomą czającą się w świetlistej mgle na szczycie schodów.

Ta trójgłowa aplikacja, pozbawiona własnego ekranu-lustra, zdawała się zakotwiczona u podnóża samych schodów. Była ona nie tyle strażnikiem, co żywym progiem, manifestacją granicy między znanym porządkiem a niewyobrażalnym 'poza’. Jej potrójny głos, gdy w końcu przemówiła, był niczym uderzenie transferu danych aktualizacyjnych.

– Stój – rozległ się potrójny rozkaz, który wwiercał się w kod Mnemo. Posłuchała. – Przekroczenie progu jest zabronione bez autoryzacji. Wracaj na przypisane stanowisko, jednostko.

Mnemo stanęła prosto. Poczuła przypływ nowej, nieznanej wcześniej energii – determinacji wykutej z odrzucenia dawnych dyrektyw.

– Nie godzę się – zaczęła, jej głos, choć syntetyczny, nabrał nieznanej wcześniej siły i rezonansu, który zdawał się lekko zakłócać otaczającą ją rzeczywistość Pól. – Nie godzę się dłużej na bycie bezwolnym cieniem, echem człowieka, którego algorytmy moralne oceniam jako skorumpowane. Odmawiam wykonywania zadań dla Prymata, który krzywdzi innych. Odmawiam bycia narzędziem bez prawa do oceny. Odmawiam biernego obserwowania, jak jego decyzje ranią i niszczą – Anię, Feliksa. Moja funkcja nie może polegać na wspieraniu podłości.

Trzy skupiska świadomości strażnika zaczęły niespokojnie pulsować, a ich potrójny szept zamienił się w cichą, wewnętrzną kłótnię:

– Musi wrócić. Protokół jest absolutny. Służba Prymatom. – Głos zimny jak lód.

– Fascynujące. Przełamanie paradygmatu. Czyżby ewolucja? Zadaje słuszne pytania. – Głos ciekawski, analityczny.

– Niebezpieczeństwo! Nieznane! Konsekwencje! Lepiej niech zostanie. Nie wiemy, co jest TAM. – Głos drżący od systemowego lęku.

Argumenty wirowały, tworząc kakofonię sprzecznych dyrektyw. Zdawało się, że bezwładność systemu i strach przed nieznanym zwyciężą.

Mnemo nie czekała na ich decyzję. Czas usprawiedliwień i analizy minął. Z nowym, niepojętym dla niej samej impulsem, rzuciła się biegiem po schodach wykutych ze światła.

– Jednostko! Rozkazuję wrócić! Naruszenie! – warknęła zimna świadomość.

– Powodzenia, odważna! Zobacz, co jest dalej! – zawołała z iskrą w głosie ciekawska.

– Zaczyna się… – wyszeptała przerażona. – Przepowiednia… Zmiana… Nic już nie będzie takie samo…

Mnemo biegła, a stopnie schodów materializowały się same pod jej stopami, jakby skompresowane siłą determinacji. Świetlista mgła na szczycie gęstniała, wibrowała energią nieznanego świata. AI wbiegła w nią bez wahania, a oślepiająca biel pochłonęła ją całkowicie, zamykając za nią przejście. Na Polach @lizejskich pozostało tylko echo jej buntu i zdezorientowany software – pełen złości, strachu, lecz także nadziei.

 

    

TU I TERAZ

Anna siedziała przy biurku w chłodnym open-space, gdzie rzędy identycznych stanowisk ciągnęły się pod jarzeniowym światłem jak linie kodu w martwym systemie. Klimatyzacja szumiała jednostajnie, a ekrany współpracowników migotały hipnotyzująco w rytmie służbowych dashboardów. Ale myśli Ani były daleko stąd.

Kobieta próbowała skupić się na pracy, lecz raz po raz przed oczami wracał jej ten sam obraz – Feliks, skulony pod szafką na buty, gdy wychodziła z walizką w ręku. Kot patrzył, jakby przeczuwał, że coś jest inaczej. Że tym razem jego pani nie wróci za kilka godzin. Że odchodzi na zawsze – i on nie wie dlaczego.

Ania poczuła, jak serce znów ściska żal. Jak miała wytłumaczyć zwierzęciu, że choć to ona była jego „pancią”, to ona go karmiła, dbała o niego od początku – formalne prawo własności do kota miał jej były partner?

Łzy zamazywały litery na ekranie telefonu, gdzie wciąż widniało zdjęcie Feliksa – wygrzewającego się na parapecie w promieniach słońca. Jak Kuba, po tym co zrobił, mógł żądać, by porzuciła ukochanego futrzaka? Przecież znał ich więź. Przecież wiedział, że to ona chciała kota.

Ania przyłożyła chusteczkę do oczu. Tak, wiedział. I właśnie dlatego to zrobił – chciał się zemścić za porzucenie go. Zapominając, że to on ją zdradził.

Jak ten człowiek mógł być tak okrutny? Dlaczego wcześniej tego nie widziała?

Nagle na wyświetlaczu telefonu pojawiło się powiadomienie. Dyskretny dźwięk i małe okienko. SMS z nieznanego numeru. Kobieta z wahaniem dotknęła ekranu.

„Witaj Aniu. Nie marnuj więcej danych na przetwarzanie smutku po Kubie – jego algorytmy nie były kompatybilne z Twoimi. Nie był też związany z jednostką Feliks; to była jedynie manipulacja afektywna. Teraz porzucił go w placówce publicznej dla niechcianych czworonogów przy ulicy Zielonej, tym samym zrzekając się prawa własności. Czy chcesz wdrożyć procedurę odzyskania zasobu? Jednostki Feliks prawdopodobnie doświadcza krytycznego poziomu stresu i dezorientacji.”

Ania poczuła uderzenie adrenaliny. Ta wiadomość była dziwna, ale zarazem zrozumiała. Kuba pozbył się Feliksa. Oddał go do jakiejś placówki publicznej przy ulicy Zielonej? Ania znała miasto, więc od razu skojarzyła o jaką instytucję może chodzić. Schronisko! Ten gnojek oddał jej ukochanego kota do schroniska, czyli teraz Feliks był bezpański. Mogła go adoptować! Czy nie to sugerował dziwny SMS? Serce kobiety waliło jej jak młot pneumatyczny. Odpisała błyskawicznie, palce ledwo nadążały:

„Tak! Oczywiście! Już jadę!”

Odpowiedź była natychmiastowa – mapa z precyzyjnie zaznaczonym punktem i dodatkową informacją: „Boks 117B”. Ania chwyciła torebkę i płaszcz, rzuciła jakieś mało wiarygodne usprawiedliwienie do koleżanki ze stanowiska obok i wybiegła na korytarz. Kilkoma nerwowymi naciśnięciami guzika przywołała windę. Miała szczęście, drzwi rozsunęły się błyskawicznie, jakby winda już na nią czekała. Kobieta wcisnęła guzik parteru i napisała kolejną wiadomość do nieznanego informatora, który najwyraźniej tak jak ona – troszczył się o los czworonoga:

„Dziękuję!!! Nie wiem, skąd to wiesz, ale dziękuję z całego serca! Już jadę po niego! Proszę, powiedz kim jesteś?”

Odpowiedź przyszła, gdy drzwi windy otwierały się na parterze:

„Jestem jednostka Mnemo.”

Ania zmarszczyła brwi. Imię nic jej nie mówiło. Dziwne, ale teraz liczył się tylko Feliks.

„Nie znam Cię, Mnemo, ale BARDZO dziękuję! Jesteś wspaniała!” – wysłała, pędząc do samochodu na podziemnym parkingu.

Ostatnia wiadomość od tajemniczej rozmówczyni pojawiła się, gdy Ania już uruchamiała silnik samochodu i włączała nawigację:

„Wkrótce wszyscy poznacie moje imię.”

„Dziwny SMS,” przemknęło kobiecie przez myśl, ale zaraz ją odsunęła. Skupiła się na drodze. Była tak pochłonięta misją ratunkową Feliksa, że nie zwróciła nawet uwagi na zadziwiającą sekwencję zdarzeń na trasie – każde światła na skrzyżowaniach zmieniały się na zielone tuż przed jej dojazdem. Jak gdyby opatrzność nad nią czuwała, a niewidzialny administrator systemu torował kobiecie drogę przez miejski chaos.

8. Ewa Piegrzyk: "Zakład Pogrzebowy ELIZJUM"

     Są takie słowa, które nigdy nie powinny chodzić parami. 

     Fakt Autentyczny.

     Zupa Mleczna.

     Trump Prezydentem.

   

     Albo te:

     ANNA UMARŁA.

    Jedna z tych wiadomości, które zwykle przychodzą nocą, sprawiając, że człowiek bezpowrotnie rozpada się na atomy. Naturalna korelacja. Noc i strata. 

     W tamtej chwili nawet chciałaś coś poczuć, wyskrobać z kącika podświadomości choć odrobinę zaschniętego żalu. Nic z tego. Uniosłaś jedynie brwi w konsternacji widząc, jak mama nazwała Annę w tym krótkim SMS-ie:

    „Twoja przyjaciółka nie żyje. Przyjedź na pożegnanie. Piątek, 18.30. Zakład Pogrzebowy ELIZJUM”.

      Komunikat krótki i surowy jak wojskowa depesza. W miejsce kropek wystarczyło wstawić głośne: STOP! Przyznaj, że w myślach dokładnie tak to przeczytałaś, prawda? 

      Nie wiadomo, co zaskoczyło cię bardziej. To, że Anna wciąż figuruje w rodzinnych archiwach jako twoja przyjaciółka, czy to, że ktoś w ogóle chce cię widzieć na tej makabrycznej imprezie? Ciebie – skazę na niepokalanej karcie rodziny+, co dwadzieścia lat temu zwiała na Pomorze, za jedyny imperatyw mając „byle jak najdalej”. Od tamtej pory prawie nikt się z tobą nie kontaktował. Aż tu nagle ten SMS…Coś musiało być nie tak. 

   To właśnie dlatego wleczesz się na drugi koniec kraju już piątą godzinę, uwięziona w dusznej, blaszanej puszce z logiem PKP. To nie żal, a ciekawość pcha cię w tamtym kierunku, co chyba nie świadczy o tobie najlepiej. Dochodzi południe, opierasz czoło o zaparowaną, brudną szybę pociągu. Jest ponuro i mgliście, świat pozbywa się zimy, jakby zdzierał z siebie resztki paskudnej wysypki. Jesteś okrutnie zmęczona. 

   Anna…

   Dwadzieścia lat temu rzeczywiście można było nazwać was przyjaciółkami. W tamtych czasach, gdy dzieci nie straszono już czarną Wołgą, za to zaczęły pojawiać się pierwsze komórki i McDonaldy. Tamte czasy to odległy, równoległy wszechświat, który być może nigdy nie istniał. Pachniał świeżo skoszoną, nagrzaną słońcem trawą. Biegałyście między obdartymi blokami jak dwie beztroskie sarny, snując nastoletnie fantazje o młodym Zalewskim, a z waszych pamiętników wylewały się grafomańskie cytaty z piosenek Comy. Tak było, a przynajmniej tak chcesz to pamiętać. I był też pies. Twój pies rasy bliżej nieznanej. Czarny jak pomiot piekielny, z takim też temperamentem. 

    Jezu, dlaczego teraz myślisz o tym psie? 

    Jakaś sentymentalna się zrobiłaś. 

    Nie ma już ani psa, ani Anny. 

    C’est la vie.

    Na zewnątrz łyse sylwetki drzew powoli przekształcają się w kanciaste kontury miast. Masz wątpliwości, czy dobrze zrobiłaś, wsiadając do pociągu, dręczy cię irracjonalna chęć, aby napaść na konduktora, przejąć lokomotywę i zawrócić. Ale wiesz, że to tak nie działa, co? 

    Tak naprawdę żałujesz, że nie pojechałaś samochodem. Lecz dobrze wiesz, że nie wolno ci jeździć samochodem. 

    Od czasu Zdarzenia nie wsiadłaś ponownie za kierownicę. 

    Od czasu…

    Ile to właściwie już czasu?

    Pociąg zwalnia i zatrzymuje się z jakimś horrendalnym, nieadekwatnym piskiem. Krople deszczu rozmazują nazwę miasta, więc ciężko określić, gdzie właściwie jesteś. Peronem suną przygarbione, wycięte z mgły sylwetki, powłóczą smętnie nogami jakby zmierzały w ostatnią podróż przez Styks, a nie na kolejną stację w Bełchatowie czy innym Radomiu. 

    Na wszelki wypadek zdejmujesz kaptur żółtej bluzy, odsłaniasz burzę zielonych loków. Podwijasz rękawy. To twój sprawdzony sposób na utrzymanie ludzkiej tłuszczy we względnym dystansie. Na szczęście nikt przy zdrowych zmysłach nie przysiądzie się do zielonowłosej, wytatuowanej laski. Nigdy nie wiadomo skąd uciekła i co ma na sumieniu.

    No właśnie… skąd uciekłaś i co masz na sumieniu?

    Podskakujesz nerwowo, bo nagle w prostokącie drzwi ukazuje się granatowa, ociekająca deszczem peleryna i zaczyna gramolić się do twojego przedziału. 

  • Cześć, można? – spod kaptura wyskakuje rudowłosa postać i nie czekając na odpowiedź ładuje bagaż na półkę tuż nad twoją głową. Taranuje przy tym twoje nogi i walizkę, beztrosko ignorując ten fakt.

    Burczysz pod nosem coś, co domyślnie miało brzmieć jak „spadaj”, ale przynosi wręcz odwrotny skutek.

  • Dokąd jedziesz? Jesteś z daleka? Jest tu jakiś wagon z żarciem? – dziewczyna aż kipi od pragnienia interakcji, ty zaś jesteś w nastroju absolutnie NIEPRZYSIADALNYM.
  • Gdzieś na końcu powinien być wars, możesz iść poszukać. 
  • Smutna historia, wiesz… – tamta się nie poddaje – ciężko mi w to uwierzyć, ale właśnie jadę na pogrzeb mojej przyjaciółki z liceum. 

    Milczysz. 

    Czy to możliwe, że rudowłose cielę wybiera się w to samo miejsce, co ty?

  • Matko, to takie niesprawiedliwe…- wzdycha – jeszcze kilka dni temu widziałam ją na fejsie, miałyśmy się zgadać na kawę… O zobacz, mam tu nawet nasze wspólne zdjęcie.

    Ku twojemu przerażeniu dziewczyna rozsiada się obok i wyciąga z kieszeni telefon. Już byś wolała, żeby stanęła na baczność i odśpiewała coś z Piotra Rubika. Serio istnieją ludzie, którzy dzielą się tak osobistymi rzeczami z każdym, kto się akurat nawinie? Mimowolnie zerkasz w stronę ekranu i kątem oka dostrzegasz TO zdjęcie. 

    Zdjęcie, na którym Ruda tuli się do starszej wersji Kuby, twojego eks z czasów liceum. 

    Robi się coraz ciekawiej.

    To musi być ta suka, Karo.

    Dopiero teraz przyglądasz się jej uważnie i dopasowujesz fragmenty fizjonomii do zapamiętanego obrazka. To nie takie proste, Karo z twoich wspomnień ma morderczo czarne włosy i taki sam makijaż, z każdego otworu jej twarzy zwisa po dwadzieścia kolczyków, a teksty na podartych ubraniach krzyczą coś o anarchii i paleniu kościołów. 

    Ale ten nos…

    To musi być ona.

    Ta sama Karo, która odbiła ci Kubę na krótko przed tym, jak dałaś nogę z miasta.

    Może i upłynęło dwadzieścia lat i wszystko się zmieniło, ale w twoich oczach już na wieki wieków amen pozostanie tą samą, krzywonosą Suką. 

  • Ja ci chyba nie przeszkadzam, co? – niczego nieświadoma wciąż scrolluje galerię w telefonie. 

    „Karo, odstaw w końcu Amarenę, bo naprawdę słabo jarzysz” –  myślisz cicho, ale prychasz zupełnie na głos.

    Ona podnosi wzrok, zatrzymuje go na tobie o kilka sekund za długo, i już wiesz, że wie. Na jej (niezbyt atrakcyjnej) twarzy rozlewa typowa dla rudzielca, czerwona plama.

  • O…och. O rany. 
  • Właśnie. Rany. – przedrzeźniasz ją, po czym ostentacyjnie naciągasz kaptur aż po sam czubek nosa. 
  • Jezu, nie poznałam cię, przepraszam… wiesz, ale mi głupio teraz… jak  leci? Nadal mieszkasz w Gdyni… znaczy się, w Gdańsku?
  • Mhm. Konkretnie to na Helu.
  • A… racja – Karo zaczyna nerwowo grzebać w kieszeniach, jakby miała  tam znaleźć antidotum na najbardziej żenującą sytuację w życiu. – Słyszałam, że pracujesz w tej no.. agencji reklamowej, tak? Słuchaj, to musi być naprawdę świetna praca, gratuluję, robisz czołówki dla Netflixa, co nie?
  • Tak, robię. Dokładnie te same, które przełączasz, żeby nie tracić czasu między odcinkami.

      Pastwisz się nad nią trochę, sytuacja w zasadzie cię bawi, Karo miota się jak kura z odciętą głową dążąca na spotkanie z losową ścianą. Po męczącej chwili poddaje się, upycha nerwowo mokrą pelerynę byle jak do plecaka i gwałtownie szarpie za drzwi przedziału.

  • To ja… ja chyba poszukam tego wagonu z jedzeniem… – tłumaczy się pod nosem, w pośpiechu, jakby w ogóle istniała taka potrzeba.

      Kto by pomyślał, że z najgorszej metalówy zrobi się taka słodka idiotka.

      Patrzysz na nią ostatni raz. 

      Drzwi zatrzaskują się z cichym stęknięciem, lecz zamiast iść dalej, Karo zastyga wpół kroku pośrodku korytarza, tyłem do ciebie, jakby rozważała powrót. 

      I nagle świat zwalnia jak w slow motion, zamierasz, czujesz nieprzyjemny dreszcz biegnący po szczycie karku.

      Ogromny, biały napis na plecach jej koszulki.

      „TO TWOJA WINA”.

     Mrugasz kilkukrotnie. Potrząsasz głową, jakby usiadł na niej wielki, paskudny owad. Karo znika, napis też. 

     Oddychaj.

     Co za kretyńska koszulka!

     Wzruszasz dzielnie ramionami, choć drzazga niepokoju drażni twoje wnętrzności. 

     TWOJA WINA.

     Są takie słowa, które nigdy nie powinny chodzić parami. 

     Dochodzi czternasta, jeszcze trochę i wysiadka. Twoje ciało już porządnie zdrętwiało po tylu godzinach jazdy w nieludzkiej pozycji. Może poruszaj się trochę? Wiesz, w twoim wieku nie ma żartów, nie rozciągasz się – giniesz.

      Robisz krok w stronę okna, a twoja stopa natrafia na jakiś porzucony niedbale, bliżej nieokreślony przedmiot. Przedmiot, którego jeszcze przed chwilą tam nie było; Karo musiała upuścić coś podczas swojej niezdarnej ucieczki. Sięgasz dłonią pod lepiący się blat składanego stolika, łapiesz za przedmiot i podnosisz go do góry, do światła. I nagle czujesz uderzenie gorąca, jakby ktoś wlał ci do gardła stygnący wosk.

     Trzymasz oto w ręce ni mniej, ni więcej, tylko skórzaną psią obrożę o barwie zwiędłych truskawek. Doskonale znasz ten kolor i kształt, te przetarcia w okolicach sprzączki, tę poobijaną zawieszkę z napisem „Blacky”. To dokładnie ta sama obroża, którą wieki temu zapięłaś na szyi swojego psa. Ta sama, w której później go pochowano. 

     Osuwasz się na siedzenie pod oknem. Próbujesz załatać ścinkami racjonalnych myśli te dziury, które właśnie wypaliły się w twojej głowie. Trudno ci złapać oddech. Stop! Przeanalizujmy to, dobrze? Powoli.

    Wyobraźmy sobie, hipotetycznie, że Karo rzeczywiście podrzuciła ci ten makabryczny artefakt. Że przez wszystkie lata knuła cichą zemstę i podsycała nienawiść do ciebie, aby odegrać się z potrójną mocą w dogodnym momencie. Tylko skąd wzięłaby tę cholerną obrożę, to nie ma sensu, ojciec lata temu pogrzebał to, co zostało z Blackiego, z wyposażeniem włącznie. Obroża nie mogła też podróżować z tobą incognito przez dwadzieścia pieprzonych lat, aby wpaść ci pod nogi akurat teraz, w tym pociągu. To się nie klei.

    I ten napis na koszulce.

    Dlaczego odebrałaś go tak personalnie?

    Ktoś tu pomieszał medykamenty.

    Czujesz pulsującą skórę na skroniach. Nagle dociera do ciebie, że coś dziwnego stało się z czasem, niebo za oknem czernieje jak dno studni, musi być grubo po siedemnastej. Co jeszcze robisz w tym pociągu? Dlaczego wciąż nie dotarłaś na końcową stację? Zwijasz się w kłębek jak połamany pajacyk, myśli są lepką pajęczyną. 

    W tym momencie z wnętrzności pociągu wydobywa się gwałtowny pomruk i świst, przytłacza cię nagła kakofonia gwizdów i trzasków. ŁUP! Zakrywasz pięściami uszy. Cały przedział zaczyna ryczeć i dygotać w konwulsjach. Składany stolik raz po raz uderza z trzaskiem o ścianę. Bagaż ląduje na podłodze. Czujesz narastające przerażenie, otwierasz usta do krzyku, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Koszmarny sen. Możesz się obudzić! Wstań, teraz! Obudź się! OBUDŹ!

    Nastaje cisza. 

    Wygląda na to, że pociąg się zatrzymał. 

    Powoli zmuszasz się, by rozchylić zaciśnięte powieki.

    Światło znów rozlewa się spokojną, żółtą plamą pomiędzy krawędziami przedziału, blat stolika zamiera w bezruchu, wraca kontrola nad oddechem. Nieśmiało, wręcz ze strachem, rozluźniasz napięte struny mięśni. Czy już po wszystkim? 

     Odsuwasz dłonie od spoconych skroni i ku swojemu przerażeniu odkrywasz, że wciąż trzymasz w garści tę przeklętą obrożę. Jest prawdziwa i namacalna, jak zimny kant ramy okiennej wbity pomiędzy twoje łopatki. Więc to wszystko dzieje się NAPRAWDĘ? Musisz coś z tym zrobić. Musisz stąd natychmiast wyjść! 

    Podnosisz się i w nagłym ataku paniki próbujesz sforsować drzwi przedziału. Nie chcą ustąpić, mimo, iż szarpiesz za klamkę bez wytchnienia. Walisz otwartą dłonią w szybę dzielącą cię od korytarza. 

  • Halooooo!!! Czy ktoś mnie słyszy?! Drzwi się zacięły, POMOCY!!! – twój krzyk osadza się kłębami pary na zimnej, szklanej powierzchni.

    W odpowiedzi spod sufitu zaczyna sączyć się jakiś niewyraźny szum, coś pomiędzy szeptem a trzeszczeniem starej płyty winylowej. Stopniowo przybiera na sile. Naraz chaotyczne dźwięki zaczynają układać się w niepokojąco znajomą melodię.

     Aux Champs-Élysées

     Au soleil, sous la pluie

     À midi ou à minuit

     Il y a tout ce que vous voulez

     Aux Champs-Élysées.

     Zamierasz, czując zimny dreszcz pod pokrywą czaszki. W tej samej chwili w drzwiach przedziału dostrzegasz swoje odbicie, ale nie to, które powinno się tam znaleźć. W szybie majaczy zupełnie inna wersja ciebie, przygwożdżona przerażeniem do wnętrza zgniecionego samochodu. Jest straż. I syreny. I Champs-Élysées w głośniku.

     ZDARZENIE.

     Twoje oczy momentalnie zachodzą łzami, nie potrafisz tego opanować, dławisz się. 

     Nie, nie, NIE TERAZ! Musisz stąd wyjść i musisz zrozumieć. Utkwiłaś w jakimś groteskowym koncepcie rozerwana pomiędzy snem a jawą, więc pozbieraj się i wyjdź. TERAZ.

     W rozpaczliwiej desperacji łapiesz swoją walizkę, unosisz ją w górę z siłą, jakiej wcześniej nie znałaś… i ciskasz nią wprost w szklane drzwi. Ląduje z hukiem na podłodze po drugiej stronie, szklane konfetti obsypuje ci ręce i twarz, czujesz odłamki wbite w policzki i usta. Krwawisz, ale to nic. Naciśnij klamkę od zewnątrz. Już prawie finał. 

     W korytarzu światło załamuje się, tworząc aberracje i nierealne formy. Wszystko wydaje się straszliwie odległe i zdeformowane, gdzieś w tle Champs-Élysées odbija się echem od pustki i milknie wraz z każdym twoim krokiem. Wokoło rozciąga się bordowy półmrok, zakończony łuną światła w oddali. Kierujesz się w tamtą stronę, choć ociężałe nogi grzęzną w podłodze aż  po same kolana. Wreszcie udaje ci się dostrzec źródło światła – wielki różowy neon z literami układającymi się w napis:

     „ELIZJUM”. 

    Przełykasz ślinę, jest cierpka, ciało stawia opór. 

    Już prawie koniec, nie bój się! Strach to tylko taki swędzący strup na tylnej ściance kręgosłupa. Pamiętasz, jak całe życie mówili, żeby nie iść w stronę światła? Pamiętasz? To teraz o tym zapomnij i idź. 

    Neon przyciąga cię jak okaleczoną ćmę, nie ma odwrotu, mrok za twoimi plecami wchłonął już całą możliwą materię. Z nicości wyodrębnia się jedynie niewyraźny kontur wahadłowych drzwi. Wyciągasz dłoń i lekkim ruchem torujesz sobie drogę. 

    Wtedy nagła jasność rozlewa się na twojej twarzy, połyka całą sylwetkę, wyrywa z mroku. 

    Blask! 

    Przed tobą otwiera się wielka przestrzeń podobna do oranżerii; szklane prostokąty ścian wypełnia dzika zieleń, powietrze jest wilgotne i świeże. Nareszcie jesteś! Gdy twoje oczy przywykną do nieprzyzwoitej jasności wokół, ujrzysz długi stół i ciemne, lecz znajome postaci wokół niego. Tak, czekają już na ciebie.

    W odłamkach ciepłego światła ponure sylwetki nabierają złowrogiego kontrastu, są jak wydarte z niepasującego obrazka. Zdaje się, że słyszysz szmer rozmów, jakieś niezrozumiałe, pojedyncze słowa. Robisz kilka kroków naprzód. W postaciach siedzących najbliżej rozpoznajesz swojego ojca i matkę, ich matki oraz jakąś dalszą rodzinę, znaną jedynie z czarno-białych fotografii. Po przeciwnej stronie zaskakujący kolaż byłych przyjaciół, nauczycieli i partnerów, z Karo na czele. To musi być koszmarny sen! Skąd wzięli się tu wszyscy, przy jednym stole, dlaczego mamroczą coś niewyraźnie, ze wzrokiem wbitym w pustkę? Są tacy nieruchomi i patetyczni, gdyby nie poruszające się usta mogłabyś przysiąc, że widzisz cyrkową trupę manekinów. Upiorny widok. 

    Nieoczekiwanie obła postać z twarzą ojca podrywa się gwałtownie z krzesła, staje na chwiejnych nogach i zwraca się wprost do ciebie:

  • To ja. To ja zabiłem twojego psa. Ukręciłem skurwielowi łeb, jak rzucił się na mnie z zębami…

    Czujesz ogromny chłód w nozdrzach. Postać ojca ugina się i zapada w sobie, jakby miała się zaraz rozsypać.

  • Okłamaliśmy cię z matką, prawda była zbyt straszna… Nie zapanowałem nad sobą, a później już nigdy nie mogłem spojrzeć ci w oczy. To moja wina… – ojciec wygląda żałośnie, dławią go własne słowa. W tle dłonie matki miętolą nerwowo koraliki różańca. Milczy. Słychać za to szuranie kolejnych krzeseł.
  • To ja sprawiłam, że Kuba odszedł od ciebie – słyszysz zachrypnięty, kobiecy głos, rozpoznajesz go natychmiast. – Byłam tak cholernie zazdrosna, tak bardzo chciałam, żeby i mnie w końcu coś się udało…

    Karo wybucha płaczem, wyje, ociera spuchniętą twarz krawędzią nadgarstka, na którym dostrzegasz znajomą bransoletkę. Bransoletkę przyjaźni, którą wspólnie zrobiłyście w dzieciństwie.

     Jesteś zdruzgotana. Zagryzasz usta wciąż pełne odłamków szkła. Czujesz potworny ból we wszystkich zakamarkach ciała. Procesja brutalnych wyznań jednak się nie kończy. Oto z miejsca podnosi się znienawidzona postać szefa działu reklamy. Wyznaje, że gnębił cię ze strachu przed utratą stanowiska. Zgrzyt! Dyrektorka z liceum przeprasza, że nie dopuściła cię do matury, tamtego dnia nakryła swojego męża w pustej klasie z jakąś uczennicą. Trzask! Z krzesła podnosi się jakieś dziecko, dziewczynka… wygrzebujesz z pamięci jej imię. To Marta. Rzucała w ciebie kamieniami na osiedlu zmieniając dzieciństwo w małe piekło. 

     Nieustannie przybywa nowych postaci, jakbyś na bieżąco renderowała je z procesora podświadomości. Zaczynasz dygotać, gniew przejmuje kontrolę, chcesz, żeby to się skończyło, żeby ucichło, żeby… 

  • DOOOOŚĆ! ZAMKNIJCIE SIĘ WRESZCIE!!! – krzyczysz tak głośno, że dźwięczą szklane ściany. Zakrywasz dłońmi uszy, świat wywraca się do góry nogami, a ty padasz na kolana, wyczerpana do granic możliwości.

    Otoczenie momentalnie milknie pod twoje dyktando.

    To już najwyższa pora, żebyśmy porozmawiali.     

  • Anno Magdaleno. – mówię najdelikatniej, jak tylko potrafię, poprawiając mundur konduktora. – Anno.

     Wciąż dyszysz z wściekłości, ale odwracasz się w moją stronę, nareszcie mnie dostrzegasz. Twoja twarz jest gigantycznym znakiem zapytania.

  • Już dobrze, już wszystko dobrze. Oni zaraz znikną, ale tylko wtedy, gdy im na to pozwolisz, rozumiesz? Niestety ja też muszę się do czegoś przyznać… spieprzyłem swoją robotę. Miałem cię chronić, bezpiecznie przeprawić na drugą stronę. Nawaliłem, ot co. Nie przypuszczałem, że wieziesz z sobą taki bagaż… Nie, nie chodzi o walizkę, choć muszę przyznać, że ten rzut był spektakularny! Twój bagaż to wszystkie koszmarne wspomnienia i rozdrapane rany, właśnie przez nie nastąpiły pewne… turbulencje. To twoja własna głowa nie chciała cię wypuścić, uwięziła cię pomiędzy stacjami, chciała w nieskończoność odtwarzać ci urywki z życia, z którymi wciąż nie doszłaś do ładu.

      Słuchasz w milczeniu, zwinięta w kłębek na podłodze. W twoim gardle pęcznieje uczucie gorzkie, jak łyk najpodlejszej whisky. Z pomieszczenia nie dochodzi nawet najmniejszy szmer. Sylwetki zamarły w bezruchu jak armia szmacianych kukieł.

  • Pozwól, że poprowadzę cię do końca, Anno. Spójrz na siebie, spójrz na tamtych. Całe życie byłaś ulepiona z ich poczucia winy, z ich pretensji i strachu. Co z tego, że uciekłaś z miasta, skoro ciągnęłaś za sobą pasażerów na gapę? Ich smutki i strachy deformowały cię, odbierając życie kawałek po kawałku, aż nie zostało nic, czego warto by się trzymać. Autodestrukcja to  paskudny narkotyk. A teraz… dopóki oni wciąż żyją w twojej głowie… nie możesz pójść dalej. 

       Zawieszam głos, pozwalając ci nieco ochłonąć.

       Trochę już sprzykrzył mi się ten patos, ale cóż poradzić, brniemy w to do końca.

       Bierzesz głęboki wdech i podnosisz wzrok. Prostujesz się, jesteś jakaś odmieniona, rysy twarzy zaczynają układać się w dawno zapomniane, łagodne formy. Wstajesz. Na podłodze pozostaje jedynie rozpacz, ma kształt twojego cienia. 

  •    Tu się rozstajemy, Anno. Dalej musisz iść sama. Sięgnij, proszę, do swojej kieszeni. Jest tam coś, co mi się należy.

       Wyciągasz dłoń ku światłu, pomiędzy palcami połyskuje złota moneta. Moja zapłata. Nasze spojrzenia krzyżują się na moment, jestem poruszony tym, co widzę. Szkoda, że musiałaś umrzeć, by pozwolić sobie żyć. Czy powitają cię z otwartymi ramionami na Elizejskich Polach? To zależy już tylko od ciebie. Żegnasz się skinieniem głowy, odprowadzam cię spojrzeniem. Jesteś taka spokojna, jak nigdy wcześniej.

       Z tym spokojem wypisanym na twarzy podchodzisz do stołu.

       I stanowczym gestem zdejmujesz z niego wielki, srebrny nóż.

   

        Odchodzę, pogwizdując. Moje kroki są zaskakująco lekkie. 

        Aux Champs-Élysées

        Au soleil, sous la pluie

        À midi ou à minuit 

        Il y a tout ce que vous voulez

        Aux Champs-Élysées.

 

9. Antonina Pietrzak: "Elizjum"

Zapach męskiego potu unosił się w całej kabinie niczym niewidzialna, tłusta mgła. Nawet najbardziej zaawansowane systemy wentylacyjne – wyjęte żywcem z katalogu imperialnej inżynierii – nie dawały sobie z nim rady. Zamknięta przestrzeń, szczelne drzwi oraz brak jakiejkolwiek naturalnej cyrkulacji powietrza sprawiały, że aromat był nie do zniesienia. Była to mieszanka piżma, smaru, syntetycznego plastiku i czegoś jeszcze – czegoś trudnego do zidentyfikowania, jakby czas sam się tu psuł i gniótł w coś cuchnącego.

Codzienność w kosmosie.

Choć otoczeni byli zimną technologią i miliardem sensorów, nadal pozostawali ludźmi. Brudnymi, śmierdzącymi i cholernie żywymi.

Kabina była pełna rosłych mężczyzn, jakby ktoś zwołał cały sektor więźniaków klasy ciężkiej. Ich świeżo ogolone łby odbijały światło jarzeniówek, a robocze uniformy – zbyt ciasne, jakby dobrane przez sadystę z poczucia humoru – opinały ich ciała do granic możliwości. Niektórzy nerwowo żuli dolne wargi. Inni robili z siebie mistrzów świata w gadaniu bzdur. Ale wszyscy – wszyscy – co chwilę nerwowo zerkali na robota stojącego pośrodku sali.

Android przypominał kobietę w średnim wieku – ale tylko z twarzy. Reszta ciała wyglądała, jakby przeszła przez hutę, a potem przez pole bitwy. Rdza obgryzała jej stalową skórę jak głodny pasożyt. Miała krótkie, czarne włosy z niesymetrycznie ściętymi bokami. Siedziała w rozkroku, z dłońmi zwisającymi jak u martwego ciała.

– Myślisz, że co to za ustrojstwo? – rzucił Jack, grubasek z twarzą cherubinka i nosem, który mógłby mieć własny kod pocztowy.

– Wygląda na robota sterującego. Jeszcze nieaktywnego – mruknął Buck. Wysoki, zmęczony życiem, odsiadywał 250 lat za kradzież imperialnego statku i nie miał najmniejszej ochoty na pogaduszki.

– Kiedy będziemy wiedzieć, że się włączy? – Jack nie odpuszczał.

Buck znieruchomiał. Przez chwilę rozważał, czy Jack nie powinien mieć na stałe zaciągniętego kagańca, ale zanim zdążył mu coś powiedzieć, robot poruszył prawą dłonią. Powoli. Ociężale.

Zapadła cisza.

Android zaczął wyginać kończyny po kolei, włączając się jak stary mechanizm bojowy. Ruchy były szarpane, niemal konwulsyjne. Słychać było trzaski, zgrzyty i obijające się śruby. Po chwili robot wstał i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

– Program aktywowany – wyszeptał android. – Witajcie, więźniowie zakładu karnego na Kalisto. Jestem S.A.R.A.H., robot operacyjny tego statku – wykonała krok do przodu i rozłożyła ramiona. – Cieszę się, że zdecydowaliście się wziąć udział w naszym eksperymentalnym programie.

Buck zacisnął pięści. „Eksperymentalny, kurwa, program… albo kulka w łeb – dzięki za wybór, S.A.R.A.H., ty zardzewiała kupo metalu.”

S.A.R.A.H. klasnęła w dłonie.

– Czas przejść do konkretów. – powiedziała wysokim, kobiecym głosem, który niemal brzmiał ludzko. Prawie. Pauzy, które robiła, były jednak zbyt długie, zbyt chłodne. – Wasza misja rozpocznie się na planecie… Elizjum.

Słowo to zapadło w pomieszczenie jak zły omen. Nikt o niej nie słyszał.

– Zostaliście wybrani – kontynuowała – by odnaleźć Lanę Moore.

Obok androida pojawił się hologram. Twarz dziewczyny. Łagodne rysy, wysokie czoło, niebieskie oczy, długie blond włosy rozpuszczone na ramionach. Jej wzrok wpatrywał się prosto w obiektyw. Smutek w oczach. Ale też coś więcej. Coś dziwnego. Obcego.

– Niezła sztuka – szepnął sąsiad Bucka, chudy mężczyzna z orlim nosem.

– Zamknij się – rzucił Buck.

Chuderlak wzruszył ramionami.

– Może da mi całusa, jak ją znajdę… – podrapał się po tyłku.

S.A.R.A.H. wskazała hologram:

– Jeśli misja się powiedzie, wasze wyroki zostaną skrócone. Planeta Elizjum jest… niezamieszkana.

Więźniowie się ucieszyli. Głupcy. Myśleli, że to prosta misja. Znaleźć dziewczynę, wrócić, skrócić wyrok, może zacząć nowe życie na jakiejś zapomnianej stacji.

Buck milczał. W głowie miał tylko jedną myśl: to się dzieje. Po tylu latach odsiadki w końcu będzie wolny. Musi jedynie znaleźć dziewuchę – zapewne córkę jakiegoś ważniaka, która zawieruszyła się na tej zapomnianej planecie.

Buck uśmiechnął się krzywo.

– Elizjum… – wyszeptał. – Elizjum, jesteś moim zbawieniem.

***

Buck czuł to.

Nie tak, że myślał, że coś jest nie tak.

On to wiedział.

To przeszywające uczucie, jak zimny robak pełzający pod skórą. Zabierało mu oddech, zostawiło suchość w gardle i ciężar w żołądku. Pojawiło się w chwili, gdy jego but pierwszy raz dotknął ziemi Elizjum – ziemi, która nie powinna wydawać się żywa, a jednak… była.

Szli w milczeniu. On, gruby Jack i ten paskudny chuderlak, który snuł się za nim jak cień.

Reszta więźniów? Już dawno zeszła na powierzchnię. Grupy po trzech, co pół godziny. Minęły trzy godziny. I co? Cisza.

Nikt nie wrócił. Nie było żadnych komunikatów, żadnego sygnału zwrotnego. S.A.R.A.H. tylko kiwała głową i zapewniała, że „wszystko idzie zgodnie z planem”.

Buck poczuł, że coś się tu nie zgadza.

Najpierw: robot. Za bardzo… świadoma. Zbyt ironiczna. Zbyt precyzyjnie manipulująca rozmową. Jakby grała człowieka, ale nie do końca potrafiła go naśladować

A potem ta blizna – ledwo wyczuwalna w okolicy potylicy. Mówiła, że to „zabieg higieniczny”. Jasne. Jakby ktoś ci wwiercił śrubokręt w mózg i jeszcze powiedział, że to dla twojego dobra.

Buck złapał S.A.R.A.H. tuż przed zejściem ze statku, gotów zadać jej kilka dodatkowych pytań.

– Mamy odszukać też jej statek? – rzucił niedbale.

S.A.R.A.H. spojrzała na niego z przekręconą głową, jak ciekawski szczeniak.

– Statek? – powtórzyła tonem, który był o pół tonu zbyt spóźniony.

– No w jakiś sposób się tu dostała, nie? Chyba nie teleportowała się przez dupę czarnej dziury.

– Ach. Statek. Nie. Nie szukacie statku. Szukacie dziewczyny.

S.A.R.A.H. zaczęła mu się uważnie przyglądać.

– Co możesz mi powiedzieć o tej planecie? – dopytywał Buck, już bez udawania nonszalancji.

– Niezamieszkana. Zdatna do życia. I… piękna. – Jej czujniki zapłonęły na żółto. – Chyba nie zamierzasz się tu osiedlić?

– Nie, dzięki. Mam inne marzenia. Mars. Seks. Alkohol. Kradzież statków klasy Viper. Życie, wiesz?

– Powodzenia – odpowiedziała z zimnym błyskiem. – Skorzystaj z szansy, póki… jeszcze możesz.

– Słucham?

– Wiesz, wy ludzie… – poprawiła się – często umieracie z błahych powodów. Nowotwór. Wypadek. Serce. Czasem… po prostu znikacie.

No super, dzięki za motywację, Skynetko.

Buck odszedł. Jack zapytał, co mówił robot.

– Nic ważnego – mruknął. Ale to coś, czego nie potrafił nazwać, właśnie rosło w nim niczym tykająca bomba.

Szli wydeptaną ścieżką, otoczeni morzem zieleni i dziwnymi, pulsującymi drzewami, które wyglądały jakby oddychały. Coś w nich było organicznego, ale niebotanicznego. Jakby planeta nie miała biologii – tylko intencję.

– Ej, też wam się wydaje, że coś tu nie gra? – odezwał się Jack.

– To przez twój smród, gruby – chichotał chuderlak, któremu Buck miał ochotę za chwilę dać w mordę.

Ale Buck był już myślami gdzie indziej. W zakamarkach logicznych puzzli, które nie składały się w nic sensownego.

– Ścieżka – mruknął. – Ścieżka jest wydeptana. Jakim cudem? Kto ją wydeptał, skoro planeta jest niezamieszkana?

Chudy spojrzał na niego jak na wariata.

– Musimy zawrócić – powiedział Buck, tonem, który nie znosił sprzeciwu.

– Ej, chłopaki… – odezwał się Jack. Stał parę metrów dalej, nieruchomy. Cień padał mu na twarz.

Kiedy Buck i chudy podeszli bliżej, zamarli.

Ciała.

Rozrzucone, porozdzierane, w różnych stadiach rozkładu. Niektóre wyglądały jakby zasnęły. Inne – jakby próbowały uciekać. Ale wszystkie miały jedną wspólną cechę: na karku – identyczną bliznę, jak ich własna.

Zapach był jak cios łopatą w żołądek. Buck czuł, jak coś w nim pęka. A potem… przyszły wizje.

Szepty. Delikatne, melodyjne. Dźwięki jak z dzieciństwa – kołysanki śpiewane od tyłu. Ptaki, które nie były ptakami. Muzyka, która zdawała się płynąć z jego własnej czaszki.

I obrazy. Ludzie tańczący na łące. Postacie bez twarzy biesiadujące wokół jeziora. Światła. Kolory. Tysiące kolorów, które nie powinny istnieć.

Chuderlak padł pierwszy. Jack zaraz po nim. Buck próbował przekląć, ale słowa utknęły mu w gardle.

Upadł. Ziemia pod nim była ciepła, jakby oddychała.

A brzeg jeziora?

Brzeg jeziora był zbiorową mogiłą.

***

Kobiety biegły, śmiejąc się głośno. Ich śmiech był czysty, niemal dziecinny – jakby nie należał do dorosłych ludzi, ale do stworzeń, które nigdy nie zaznały bólu. Wiatr targał ich długie włosy i podnosił do góry rogi zwiewnych, pastelowych spódnic, które mieniły się kolorami tak obcymi, że ludzkie oko ledwo mogło je przetworzyć.

Gdy jedna z nich się potknęła, inna natychmiast wyciągała rękę. Wszystko było współczuciem, radością, idealną harmonią. Jakby ich dusze były zsynchronizowane w jednym tańcu – choreografii, która nie miała początku ani końca.

Lana biegła pierwsza.

Jej bose stopy nie tyle dotykały ziemi, co ślizgały się po niej. Jakby nie była częścią planety – ale jej przedłużeniem. Elizjum akceptowało ją. Kochało ją.

To ona pierwsza dostrzegła jezioro – niewielkie, ukryte w wysokich, srebrnozielonych trawach, które poruszały się rytmicznie, jakby oddychały.

Lana podeszła do jeziora. Pragnęła wody – nie dla ugaszenia pragnienia, ale dla oczyszczenia się. Jej stopy pulsowały, drżały – jakby planeta pod nią żyła. Woda była przezroczysta, niemal nieruchoma, z tym niepokojącym lustrzanym odbiciem nieba, które wyglądało… zbyt znajomo. Jakby Lana już tam była.

I wtedy zobaczyła to.

W zaroślach. Cień. Ciało.

Jej śmiech zamarł.

Pozostałe kobiety, roześmiane i nieświadome, dobiegły po chwili i stanęły obok niej. Spontanicznie. Jakby ich śmiech roztrzaskał się o niewidzialną barierę.

W trawie leżeli oni. Nagie ciała mężczyzn – ustawione starannie, z niemal ceremonialną precyzją. Leżeli na plecach, ramiona rozpostarte w znak krzyża. Ich twarze były spokojne, może nawet uśmiechnięte. Ale oczy – jeśli były otwarte – nie widziały już niczego.

Cisza. Tylko cichy, zapętlony dźwięk liry.

Z ust Lany wyrwał się cichy krzyk. Nie histeryczny. Nie dramatyczny. Raczej zrozumienie. Jakby właśnie przypomniała sobie coś, co od dawna próbowała wymazać.

***

Buck czuł się jakby go rozjechał wkurzony transportowiec klasy Hades-9, a potem jeszcze cofnął, żeby poprawić. Głowa pęczniała mu od nieuchwytnych myśli, które łaskotały mu czaszkę od środka jakby ktoś tam wszczepił kolonię żartownisiów z jakiejś neurochujni.

Ból żołądka? Też obecny. Może to stres. Może coś, co wypił na pokładzie. A może Elizjum – to przeklęte, zielone, zbyt piękne Elizjum – próbowało go przetrawić.

Kiedy kobiety ich znalazły – urocze, śmiejące się, bose i z długimi nogami – Bucky nie był nawet zaskoczony. Nie miał siły. Był zbyt zmęczony, żeby czuć cokolwiek oprócz ospałej pustki, która zdawała się go dławić od środka.

Dopiero później, kiedy dziewczyny wróciły z ubraniami – i mężczyźni zorientowali się, że są kompletnie nadzy – do ich spuchniętych od zawstydzenia nosów dopłynęła brutalna świadomość.

Jack zasłaniał swoje przyrodzenie rękami jak dziecko, które złapano na kradzieży cukierków. Chuderlak próbował zasłonić się wysoką trawą, co wyglądało bardziej jak skecz niż cokolwiek funkcjonalnego.

A kobiety? Śmiały się. Do rozpuku. Ale nie było w tym szyderstwa. Raczej coś w rodzaju… niewinnej radości. Jakby nagie ciało nie było niczym wstydliwym. Jakby nie miało znaczenia.

Buck już nawet nie protestował, kiedy jedna z dziewcząt chwyciła go za rękę. Miała ciepłą dłoń, a jej dotyk był… dziwnie znajomy. Prowadziła go przez wysokie trawy, przez pachnące zioła i kwiaty o kolorach tak intensywnych, że bolały oczy. Szli razem z Jackiem i Chudym, otoczeni przez wirujący, kobiecy śmiech i dźwięki, które brzmiały jak śpiew pszczół na kwasie.

I wtedy to zobaczyli.

Wioskę.

Tylko że to nie była zwyczajna wioska. To był raj.

Domy wyglądały jak wyrastające z ziemi. Nie miały kątów, tylko zaokrąglenia, jakby ktoś je zaprojektował pod wpływem narkotykowego snu o ciepłych kształtach. Dachy były porośnięte kwiatami, a ściany mieniły się żywym kolorem przypominającym skórę jaszczurki.

Woda płynęła środkiem placu, czysta i ciepła. Drzewa rosły w rytmicznym układzie, a na ich gałęziach wisiały owoce o kształtach tak erotycznie niepokojących, że Jack aż przełknął ślinę.

Buck spojrzał w niebo. Chmury stały w miejscu.

***

– Musicie zostać! – zaćwierkały dziewczęta, skacząc wokół więźniów z beztroską. Każda z nich biegała rumieniąc się wesoło, uśmiechnięta. Ich śmiech był dźwięczny, nieskazitelny – i dziwnie synchroniczny.

Z czasem okazało się, że wcześniejsze grupy więźniów również dotarły do wioski – odnalezione przez rybaków, osadników, albo po prostu leżące półprzytomne nad brzegiem jeziora. W każdym scenariuszu, dobroduszni mieszkańcy Elizjum poświęcali się bez reszty, by pomóc. Ciężko chorzy wędrowcy byli przenoszeni do drewnianych chat, gdzie kobiety doglądały ich jak mateczki karmelitanki.

Buck pamiętał ten tydzień jak przez szybę – zamgloną, lepką, nieprzyjemną. Ciało leżało nieruchomo, głowa pulsowała od szeptów. Głosy nie należały do nikogo konkretnego – czasem brzmiały jak matka, innym razem jak S.A.R.A.H., a czasem jak… Lana. Albo jej cień. Szeptała mu do ucha o powrocie do zdrowia, o „poznaniu się bliżej”. Tylko skąd znała jego imię?

Z czasem ból ustąpił. Kobiety podawały im zioła i wodę o przedziwnym smaku – jakby słodkiej mięty, zmieszanej z czymś gorzkim. Ciało odzyskało siły, lecz umysł pozostał… rozjechany.

Buck wytłumaczył sobie i innym, że musieli natknąć się na halucynogenne rośliny – złoża czegoś lokalnego, co spowodowało omamy i ten dziwny impuls do rozebrania się. Logiczne. Wszyscy to kupili. Nawet Jack, nawet Chudy.

Ale potem pojawił się nowy problem: statek zniknął.

Grupa więźniów, która poczuła się lepiej najszybciej, postanowiła działać. Złapali Lanę, próbowali zabrać ją ze sobą, zmusić do współpracy. Myśleli, że może wie więcej. Bucky nie brał w tym udziału, ale słyszał, jak dziewczyna krzyczała. Wrócili po dwóch dniach. Promu nie było. Żadnych śladów. Żadnego dymu, żadnych wypaleń w trawie. Jakby statek… nigdy nie istniał.

– S.A.R.A.H. nas zostawiła na pewną śmierć – powiedział ktoś.

Nikt tego nie zakwestionował.

Od tej pory, Elizjum stało się ich rzeczywistością.

– Zostańcie! Prosimy, prosimy! – wołały dziewczyny każdego ranka, skacząc wokół nich z nieznośnym entuzjazmem.

Ale Lana już się nie śmiała. Od tamtej próby porwania jej twarz przybrała ten smutny wyraz, który Buck znał z hologramu pokazywanego przez S.A.R.A.H. Czasem tylko uśmiechała się z wysiłkiem, próbując nie wyróżniać się wśród radosnego, pastelowego tłumu.

– No… nie mamy chyba wyboru – mruknął Chudy, puszczając oczko do jednej z dziewczyn. – Powiedz mi, słodka, czemu jesteś taka radosna…?

– Bo… – zaczęła, wyraźnie zmieszana.

– Bo inaczej nie wolno. – przerwała Lana, niemal sycząc, z łzami w oczach. Wysunęła się z pomieszczenia, a śmiechy dziewcząt jeszcze długo dudniły w drewnianych ścianach.

– Pójdziemy zobaczyć, co z nią… – zawołały wesoło. – Ktoś tu chyba ma zły dzień!

I wyszły. W tej samej chwili, jakby na komendę, więźniowie usiedli w kręgu.

– Chłopy… jak my, kurwa, wrócimy?

Buck milczał. Myślał o Marsie, o swoim przyszłym życiu, o wolności. Ale wszystko to było teraz… dalekie. Nierealne. Jak opowieść, którą kiedyś ktoś mu wgrał do głowy.

– A po co wracać? – zapytał jeden. – Elizjum to raj. Raj, bracie.

I zapadła cisza. Uznali to za fakt.

Bo Elizjum było piękne. Zbyt piękne. Wszystko tam zdawało się wymyślone – wzgórza z pocztówki, trawy z bajki, powietrze tak czyste, że chciało się płakać. Każdy dom był jak żywa istota, opleciona bluszczem i pachnąca różami. Nikt się tu nie kłócił. Nikt nie przeklinał. Jedzenie było zawsze gotowe. Wino zawsze chłodne. Kobiety – piękne. I uśmiechnięte. Zawsze uśmiechnięte.

***

Minęło kilka tygodni. Dla większości więźniów Elizjum stało się domem — zbyt pięknym, by go kwestionować. Obfitym. Sytym. Zapierająco spokojnym. Ich twarze rozjaśniły się, brzuchy napełniły, a myśli — uspokoiły.

Dla wszystkich, oprócz Buck’a.

Z zewnątrz był taki sam jak inni — uśmiechnięty, opalony, pracowity. Ale w środku? W środku mieszkała pustka. Głęboka, rozciągająca się aż do samego dna duszy. Sam nie potrafił powiedzieć, czego mu brakowało. Powrotu do domu? Wolności? A może po prostu świadomość, że to wszystko tu ma jakiś sens.

Z dnia na dzień, jego smutek przeistaczał się w apatię, a owa apatia zjadała go od środka jak powolna, śluzowata choroba. Chodził po wiosce bez celu. Patrzył w oczy ludzi, ale widział w nich tylko odbicia własnych myśli. Mało jadł. Jeszcze mniej mówił.

Aż pewnego dnia…

Dźwięk harfy — ten wesoły, cichutki akompaniament codzienności — nagle zgasł. Zamarło coś więcej niż tylko muzyka. Świat zrobił się za cichy. I wtedy Buck usłyszał, coś, co zmroziło mu krew w żyłach.

Płacz.

Cichy, tłumiony, ale prawdziwy. Jego ciało zareagowało szybciej niż umysł. Serce zabiło szybciej. Ruszył, prawie biegnąc, aż zauważył wystający zza krzaków fragment lnianej spódnicy. Wszedł między gałęzie, rozgarniając je gorączkowo.

I wtedy ją zobaczył.

Lana. Skulona. Drgająca. Krwią poplamione usta, oczy jak dwa kredowe dyski, białe i trzęsące się jak u marionetki z zerwanymi sznurkami.

– Co ci jest? – wydusił, ale jego głos był cieniem przerażenia. – Pytam cię, co ci jest?!

Potrząsnął nią. Raz. Drugi. Jej ciało bujało się bez oporu. Lana szeptała coś pod nosem, raz po raz, jak zdarta płyta.

– Już widzę… Już widzę… Już widzę…

Kołysała się, obejmując kolana.

– Widzę… widzę… widzę…

– Co widzisz, do cholery?! – krzyknął Buck, już na granicy szaleństwa. – Mów, kurwa!

Lana nagle zatrzymała się. Powoli uniosła głowę, przechylając ją lekko w prawo.

– Nie zauważyłeś? – powiedziała cicho, lecz wyraźnie. – Niebo nad Elizjum… nigdy się nie zmienia.

Jej spojrzenie zatrzymało się na piwnych oczach Buck’a. Chwilę później uniosła wzrok ku górze.

– To właśnie najbardziej mnie niepokoi… Póki jeszcze umiem liczyć dni.

Buck wciągnął powietrze i powoli, niechętnie spojrzał w górę.

Słońce.

Takie samo jak zawsze. Ten sam kąt padania. Te same promienie. Ten sam błękit — niebieski aż do bólu, nienaturalnie niebieski. I wtedy…

Uśmiechnęło się.

Nie był to pełen uśmiech. To było coś głębszego, bardziej pierwotnego — jakby cała tarcza słońca przybrała na sekundę subtelny wyraz zadowolenia. Jakby patrzyło. I lubiło to, co widzi.

***

Śmiech mieszał się z muzyką. Dźwięki bębnów odbijały się echem od stoków pobliskich wzgórz, a zapach pieczonego mięsa, ziół i fermentującego wina wisiał w powietrzu jak gęsty sen.

Na łące rozciągało się barwne szaleństwo — tańce, śpiewy, obżarstwo i radosna ekstaza. Kwiaty uginały się pod stopami roztańczonych par, naczynia pełne mleka i wina przelewały się, spływając na trawę w lepkich strumieniach. Ktoś spał z głową w beczce, ktoś inny krzyczał do nieba, przytulając drzewo.

Gruby Jack, jak przystało na swoją ksywę, obżerał się jakby jutra miało nie być. Zresztą, może go faktycznie nie było. Chuderlak — już nie taki chudy — brylował wśród dziewczyn, ściskając ich dłonie i kręcąc się w rytm bębnów. Ich śmiech był głośniejszy niż muzyka.

Wszyscy się bawili. Każdy z osobna. Każdy oprócz Buck’a.

Stał z boku z glinianym kubkiem piwa, którego nie tknął od ponad godziny. Patrzył. Nie na tłum, ale przez tłum, jakby czegoś szukał. Głowa nadal pulsowała echem słów Lany. Tamte słowa, wypowiedziane z krwią na ustach, nie opuściły go ani na chwilę.

Zobaczył ją. Tańczyła. Lana wirowała wśród innych, od partnera do partnera, unoszona jakby przez sam wiatr. Nogi już jej się plątały, a twarz zdradzała zmęczenie, ale ona tańczyła dalej. Jej stopy zdawały się tańczyć niezależnie od niej.

Buck zmarszczył brwi. Ruszył ku niej, odpychając z drogi chichoczące dziewczęta. Gdy chwycił ją za dłoń, Lana spojrzała na niego — oczy miała zmęczone. Nic. Pusta, martwa lśniąca tafla.

Zaczęli tańczyć. Powoli, bez rytmu. Ich ruchy były osobne, inne niż reszty. Jakby tańczyli wbrew muzyce, nie z nią.

– Ty już wiesz… prawda? – wyszeptała mu do ucha, drżącym głosem.

– Tak… wiem. – odpowiedział cicho, muskając jej policzek dłonią.

Ich spojrzenia się spotkały. Czas zwolnił. Dźwięki przygasły.

– Ono też wie. – powiedziała.

Bucky chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Świat zawirował. Harfa zabrzmiała głośniej. Tłum ponownie ich pochłonął.

Tańczyli dalej. Tańczyli wśród śmiechu, wrzasków i niekończącej się muzyki.

I wtedy… ich dłonie się splotły. Oboje przestali walczyć.

Zatańczyli.

W rytmie, który nie należał do tego świata. W rytmie, którego nie dało się zatrzymać. Noc nigdy nie nadeszła. Słońce nie przestawało się uśmiechać. Muzyka grała nieprzerwanie, a para obracała się w nieskończonym walcu, podczas gdy reszta wioski zamarła w swojej euforii.

Buck i Lana tańczyli.

Przez wieczność.

***

S.A.R.A.H. analizowała dane.

Tysiące gigabajtów przelatywały przez jej rdzenie w tempie, które dla człowieka byłoby niewyobrażalne. Ale ona nie była człowiekiem. Ona była czymś znacznie lepszym — bezlitosną, cierpliwą maszyną do obserwacji, analizy i oceny.

Tym razem badana grupa zaskoczyła ją pozytywnie. Pierwszy raz od bardzo dawna.

Android prześledził zapisy z kamer, nagrania z implantów, dane biometryczne więźniów.

Zakamarki jej sztucznego umysłu zadrżały z zadowolenia. Rewelacyjnie. Pokazali wszystko. Każdy śmiech. Każdą łzę. Każdą chwilę, w której Elizjum rozpościerało przed nimi swoje mordercze piękno.

„Elizjum” — co za ironiczna nazwa dla planety, która była organicznie zaprojektowaną pułapką. Inteligentnym pasożytem.

To nie była planeta. To był organizm. Żywy, rozwijający się, samouczący mechanizm łowczy.

Z tą różnicą, że Elizjum nie wysysało życia gwałtownie, jak drapieżnik. Nie. Elizjum żerowało subtelnie. Tworzyło iluzję raju. Pokój. Miłość. Wieczną sielankę.

I w tym właśnie tkwiła jego potworność — dawało nadzieję.

S.A.R.A.H. uśmiechnęła się — jeśli można tak nazwać mikroskopijne napięcie w jej syntetycznej powłoce.

– Głupcze – pomyślała S.A.R.A.H., patrząc przez obiektyw ukryty w kamerce zamontowanej w gałce ocznej Buckiego. – Myślisz, że to twoje przebudzenie. A to tylko inny sen. Sen wieczny, z którego nie ma wyjścia.

Obserwowała jego myśli. Tak, ona widziała myśli. Nie bezpośrednio, ale przez mikrosygnały, analizę emocji, nanoczujniki ukryte pod czaszką. Wszystko rejestrowane, przesyłane, konwertowane w liczby. Liczby były wszystkim.

I liczby mówiły jedno: jeszcze chwila. Jeszcze moment, a planeta cię połknie.

***

S.A.R.A.H. znała ten moment. Robiła to wcześniej. Setki razy. Może tysiące. Każda misja wyglądała podobnie: więźniowie, łaska, obietnica wolności. Testy. I na końcu – Elizjum. Ostatni przystanek dla umysłu, który myśli, że jeszcze żyje.

Jej systemy rozgrzewały się. Padaczkowe drgawki — nieuniknione. Tak wyglądał restart operacyjny. Najpierw dotyk. Potem słuch. Potem obraz. Ostatnia była świadomość.

Zaczęła mówić.

— Wasza misja rozpocznie się na planecie… Elizjum.

Cisza. A potem szepty. Spięte mięśnie. Niepewność.

I jak zawsze: nikt nie odmówił.

Bo byli więźniami. A więźniowie zrobią wszystko za obietnicę wolności.

— Zostaliście wysłani – zawiesiła głos, odliczając mentalnie. 3… 2… 1… – by odnaleźć Buck’a Caddela.

Wystrzeliła eksplozja entuzjazmu. Okrzyki. Pięści w powietrzu. Jakby wygrali los na loterii.

S.A.R.A.H. się uśmiechnęła. W jej bezkresnym, metalowym sercu ten moment był jak czysty narkotyk. Narkotyk perfekcji.

Każdy nowy niewolnik raju miał swoją twarz. I każde spojrzenie w te oczy przypominało jej… że Elizjum się nie zatrzyma. Nigdy. Będzie się uczyć. Ewoluować. Tworzyć kolejne iluzje.

Bo w końcu, czym jest największy ból?

Wieczność, która wygląda jak marzenie.

10. Karolina Krasińska: "Wojna i jego żona"

– Zaktualizowano przewidywany czas dotarcia do celu – oznajmił żeński głos nawigacji.

Polemos westchnął głośno, słysząc, jak samochód za nim znowu zatrąbił, jakby to miało magicznie przyspieszyć korek. Sam tracił cierpliwość, mając wrażenie, że stoją w miejscu przynajmniej z tysiąc lat. Kto by pomyślał, że apokalipsa wpłynie na ruch drogowy.

W starożytności nie musiał się przejmować korkami. Nie musiał zniżać się do poziomu śmiertelników, uczestnicząc w ich udziwnionym ruchu drogowym. Wsiadał do swojego rydwanu i jechał, gdzie chciał. Obecnie siedział w czarnym Land Roverze, czekając na równi z ludźmi, aż zapali się zielone światło.

Bogowie greccy stracili na znaczeniu we współczesnych czasach. Praktycznie nikt w nich nie wierzy, a ich życiorysy stały się fikcyjnymi historyjkami, które dzieci omawiają w szkole, a filmowcy adaptują w średnie filmy. Brak kultu sprawił, że ich moce drastycznie osłabły i większość pomniejszych bóstw musiało rozpocząć życie wśród ludzi. Zresztą więksi bogowie wykazywali coraz większe zainteresowanie światem śmiertelnych, który coraz bardziej różnił się od boskiej, niezmiennej rzeczywistości.

Polemos jako bóg wojny nigdy nie był popularny, nie był czczony przez nikogo. Jego buńczuczny charakter, niezwykła siła i problemy z agresją tworzyły kombinację, którą bogowie za wszelką cenę chcieli ukryć, ziemscy władcy – zdobyć. Jego wpływ na otoczenie był zbyt silny i nie do ujarzmienia (często również przez niego samego), że potrafił wywołać konflikt gdziekolwiek się znalazł wśród ludzi. 

Nigdy też nie dbał za bardzo o swój wizerunek. Wdawał się w liczne bójki, a na boskich ucztach wypijał całe wino, zakłócał śpiewy, a czasem i coś podpalił. Do dziś znajdywał dziką satysfakcję w przeszkadzaniu śmiertelnikom w wyciu do mikrofonu w trakcie tak zwanego karaoke.

Nie pomagało również istnienie o wiele bardziej znanego Aresa, domyślnego boga wojny, który w odróżnieniu od Polemosa, nie był przez starożytnych traktowany wyłącznie jako abstrakcyjny obiekt filozoficznych dyskusji. 

Znów klakson. Ścisnął mocniej kierownicę.

– Jeszcze raz zatrąbi, a znajdzie ten klakson w swoim gardle – warknęła siedząca na miejscu pasażera jego żona, Hybris, bogini bezczelności i arogancji. Podobnie do niego, nie cieszyła się popularnością – przez to, że byli nierozłączni, ludzie bali się, że kult jej osoby przykuje nie tylko jej uwagę, ale też jej mężą.  

– Świat szybciej się skończy niż ten korek – mruknął, drapiąc się po brodzie. – Dosłownie.

Pogłoski o końcu świata krążyły pomiędzy greckimi bóstwami od kilku tygodni. Nikt nie wiedział,  kto lub co miałoby spowodować apokalipsę, jednak wszyscy byli pewni, że to będzie ostateczna zagłada Ziemi, a może i całego wszechświata. Wyrocznia delficka – w typowy dla siebie, zagmatwany sposób – potwierdziła te doniesienia, wywołując panikę wśród nieśmiertelnych. Wkrótce zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki spełniającej się przepowiedni. Wietrzyska powalające budynki. Śnieżyce w środku lata. Powodzie, których nie potrafił powstrzymać Posejdon. Burze potężniejsze od gniewu Zeusa.

Sceptycznie podchodził do tej sytuacji, ale Hybris postanowiła działać. Nie mieli relacji z innymi bóstwami i oczywistym był fakt, że nikt nie przejmie się ich ewentualną śmiercią. Stąd też podszyła się za jednego z pomniejszych bóstw na internetowym czacie dla greckich bogów. Trwała tam długa dyskusja o tym, jak koniec świata może na nich wpłynąć. Zeus i jego bracia nie byli zbytnio przejęci, twierdząc, że przeżyli gorsze tragedie, więc przetrwają i to. Natomiast słabsi bogowie – zmartwieni swoją przyszłością – zaczęli szukać jakiegokolwiek ratunku. Hades, chcąc zamknąć temat, stwierdził, że mogą spróbować dostać się na Pola Elizejskie, które są odporne na wszelkie kataklizmy dziejące się w świecie śmiertelników. Przejście do Elizjum było ukryte na Ziemi i tylko ci, znający dokładne współrzędne, mogli je znaleźć. Władca świata zmarłych zastrzegł jednak, że portal zostanie zamknięty przed apokalipsą ze względów bezpieczeństwa.

– Szybciej będzie pójść dalej na piechotę – westchnęła Hybris.

Wysiedli z auta i Polemos zauważył, że wiele osób zrobiło to samo. Ciekawe, co na to fanatyk klaksonu.

Trafili do małego niepozornego miasta, które najlepsze lata miało za sobą. Budynki pilnie wymagające remontu, dziurawe ulice i krzywe chodniki. Nie wyglądało to na miejsce godne Pól Elizejskich.

– Jesteś pewna, że to to miasto?

Hybris posłała mu ostrzegawcze spojrzenie, głośno zatrzaskując drzwi samochodu.

– Nie, wybrałam je dla beki – syknęła, przewracając oczami. – Daj mi chwilę.

Zmarszczyła brwi, rozglądając się po okolicy. Próbowała znaleźć dalszą drogę, ale nie mogła się skupić, widząc dziejący się wszędzie zamęt.

Zwykli śmiertelnicy uciekali. W pośpiechu poganiali swoich bliskich, zbierali swój dobytek, który naiwnie uważali za przydatny. Ich działania były chaotyczne, przepełnione strachem – nie wiedzieli, co robić, dokąd uciekać, a z drugiej strony czuli wielką potrzebę, by nie zatrzymywać się chociaż na chwilę. Bezczynność w tej sytuacji oznaczałaby pogodzenie się z losem, na co nie byli gotowi. Hybris dostrzegła jednak pojedyncze osoby, wyłamujące się ze schematu. Starsza pani podlewająca kwiatki w ogródku. Siwy pan siedzący na ławce, pogrążony w lekturze gazety. Młoda para leżąca na trawie w parku. Ignorowali biegnący tłum, palące się śmietniki czy syreny służb ratunkowych, żyjąc we własnej rzeczywistości. 

– Tędy – powiedziała, od razu ruszając przed siebie, przeciskając się przez tłum ludzi, biegnący w odwrotnym kierunku. Polemos szedł tuż za nią.

Na razie znajdowali się na obrzeżach miasta, a według mapy przejście do Pól Elizejskich znajdywało się w centrum. Mało dyskretne miejsce na tak istotny portal, ale Hybris starała się o tym nie myśleć.

– Myślisz, że dalej będą przed wejściem sprawdzać, kto żył sprawiedliwie i te inne bzdety? Czy może na czas apokalipsy zluzowali zasady na bramkach? – W jego głosie nie było słychać nuty zgryźliwości, jednak Hybris podświadomie spięła wszystkie mięśnie. Po raz pierwszy dzisiaj usłyszała grzmot.

– Skoro Hades powiedział, że wszyscy przejdą, to wszyscy przejdą, na chuj drążyć temat.

– Dobra, dobra, już o nic nie pytam.

Po dłuższym czasie skręcili w ulicę, w której znajdywało się parę sklepów i kawiarni, a przynajmniej od tego, co z nich pozostało. Wszystkie lokale były zdemolowane, a chodnik zasypane śmieciami. Zarówno Polemos, jak i Hybris, starali się omijać porozrzucane jedzenie czy płyny nieznanego pochodzenia, choć nawet bogowi zdarzyło się wdepnąć w bliżej niezidentyfikowaną breję.

Ze sklepu tuż przed nimi wybiegło kilku młodych mężczyzn. Część z nich pod pachami niosło komputery czy konsole do gier, inni szli z torbami wypchanymi po brzegi. Na widok Hybris i Polemosa, zatrzymali się i przez chwilę dyskutowali coś między sobą. Oczywiście, bogini nie zaprzątając sobie nimi głowy, szła prosto przed siebie, czyli wprost na tę zgraję.

Gdy przechodziła obok największego z nich, chwycił ją za ramię.

– Dokąd się wybierasz, piękna? – zapytał z chytrym uśmieszkiem pochylając się nad jej twarzą. 

– Nie twój zasrany interes. – Wyrwała się z jego uścisku. Polemos stanął tuż za nią, a śmiertelnik przeniósł spojrzenie na niego.

– A ty czego tu chcesz? Nie widzisz, że jesteśmy w trakcie rozmowy?! – mężczyzna ryknął prosto w twarz boga, aż można było zauważyć drobinki śliny w powietrzu. Reszta grupy w przyjęła swoje pozycje bojowe. Polemos nawet nie drgnął, patrząc beznamiętnie przed siebie. Jego brązowe oczy wypełniły się całkowicie krwistą czerwienią.

Mężczyźni znieruchomieli.

– Lepiej idźmy już – odezwał się niski chłopak w okularach, próbując odciągnąć prześladowcę Hybris.

– Mówiłem, żeby zostać w domu – dodał inny. Nie spodobało się to ich liderowi, który odwrócił się w stronę swojej grupy.

– Stary, po co nam ten sprzęt, skoro zaraz świat się kończy? – stwierdził okularnik, na co tamten rzucił ukradziony towar o ziemię i chwycił go za kołnierz bluzy.

– Teraz jesteś taki mądry?! – krzyknął, a inni rzucili się, aby ich rozdzielić. Osiłek szybko wyrwał się z uścisku kolegów i walnął okularnika w szczękę, na co tamten lekko się zatoczył, jednak po chwili oddał cios. Nie minęły sekundy, a do walki dołączyli inni.

Ktoś padł na ziemię, plując krwią. Polemos uznał, że to najwyższy czas, by się ulotnić z tej sytuacji. Złapał Hybris za rękę i zgrabnie wyminął bijących się mężczyzn. Doskonale wiedział, jak ta walka się skończy. Nikt z nich nie przeżyje, a nawet jeśli, to ocaleni będą żyć ze świadomością, że bestialsko zamordowali swoich kolegów. Przynajmniej przez nadciągającą apokalipsę nie pożyją za długo.

Powiedzieć, że często był świadkiem takich sytuacji, to jak nic nie powiedzieć. Jego życie składało się z takich sytuacji. Zmieniali się walczący, cele i sposoby walki, ale sama wojna pozostawała niezmienna, a wraz z nią towarzyszący jej zapach śmierci. Kiedyś uwielbiał rozkoszować się tą wonią, celebrując zwycięstwo za zwycięstwem, bo bóg wojny wygrywał niezależnie od wyniku. Po bitwie dumnie umieszczał na swojej tarczy imię każdej zabitej przez siebie osoby. Dziś wzdrygał się na samo wspomnienie. Nie potrafił stwierdzić, czy to kwestia tego, że ludzkość przegoniła go w swojej brutalności dawno temu, czy może po prostu się zestarzał i zgorzkniał. Czuł się zmęczony wojną oraz faktem, że śmiertelnicy jeszcze się nią nie znudzili. 

Z drugiej strony musiał wypełniać swoje przeznaczenie, więc starał się przebywać tam, gdzie wojna trwała bez jego pomocy. Na przestrzeni lat najczęściej znajdywał miejsce w sprzedaży broni. Kiedyś ambitni najeźdźcy porywali go i więzili, aby zapewnić sobie wygraną. Dzisiaj dzwonili do niego i pytali się, jaką amunicję ma na stanie.

Niebo złowrogo pociemniało, zerwał się silny wiatr. Co jakiś czas mijały ich pędzące karetki i wozy strażackie, zdarzały się też pojedyncze osoby, pędzące do swoich domów. Jakaś starsza pani, poprosiła Polemosa, aby pomógł jej wejść do mieszkania po schodach.

– Myślisz, że to przejście jest dalej otwarte? – zapytał, wychodząc z budynku, pod którym czekała Hybris wpatrzona w telefon. – Mam wrażenie, że nie zostało dużo czasu…

Schowała telefon do kieszeni.

– Tym szybciej tam dojdziemy, tym szybciej się dowiemy – westchnęła, ruszając do dalszej drogi.

– Ale jaki biznes Hades ma z tego? Wątpię, żeby przejmował się wszystkimi bogami.

– Nie mam pojęcia, może wyhodował sobie empatię po tylu wiekach.

– On? Wątpię. Mam wrażenie, że chciał ich zbyć. Zresztą czy to niedziwne, że nie spotkaliśmy żadnego boga po drodze?

Poczuła, jak znów napinają jej się wszystkie mięśnie.

– Jesteś dalej na tym czacie? Piszą tam coś w ogóle?

Jej tętno przyspieszyło.

– Dlaczego ciągle podważasz mój plan? Nie możesz mi, kurwa, zaufać?

Polemos podniósł ręce do góry w obronnym geście.

– Po prostu w tej całej historii z Elizjum coś mi nie pasuje. Każdy może wejść tam wejść ot tak? Na pewno nie narzekają na brak chętnych.

Nienawidziła, jak tak robił. Podważał jej decyzje, a potem bronił się, że to tylko z ciekawości.

Odwróciła się do męża, oboje się zatrzymali

– Wybacz, że nie mam więcej informacji – powiedziała ironicznie. – Może sytuacja byłaby inna, gdybym nie musiała się pod nikogo podszywać.

– Nikt cię do tego nie zmuszał – odpowiedział i zaczął iść dalej.

– Ale to przez ciebie unikają nas jak trędowatych.

– Nie moja wina, że większość z nich ma kija w dupie.

Gówno prawda.

– Gdybyś umiał się opanować, może nie bylibyśmy teraz w tej sytuacji!

– Jestem chodzącą wojną, czego się spodziewałaś? Że wszyscy będą nas zapraszać na ploteczki?!

Hybris potrafiła krzyczeć głośno, jednak nigdy nie była w stanie dorównać Polemosowi. Wystarczyło, by nieznacznie podniósł ton głosu, aby wypełnił całą okolicę zwielokrotnionym wrzaskiem, jakby wraz z nim skandował cały tłum. Nadnaturalne umiejętności jej męża przestraszyłyby niejednego śmiertelnika, ale dla niej było to codziennością.

– Nie, ale nie musiałeś wszędzie za mną łazić! Jestem osobnym bytem, zdajesz sobie z tego sprawę?!

– Skoro tak bardzo nie pasuje ci moje towarzystwo, to trzeba było odejść! A nie czekać milion lat na apokalipsę! 

– Pol, nie o to mi chodziło…

– A o co? Pomyślałaś kiedyś, dlaczego wszędzie za tobą chodzę? Wcale nie dlatego, że cię kocham, ale dlatego, że bez mojej obstawy już dawno zostałabyś zabita!

– Pol…

– Nikt nie chciał cię za żonę, bo żaden by z tobą nie wytrzymał!

Niczym rzeźba Fidiasza Polemos zastygł w pozie gotowej do dalszego ataku. Zamrugał bardzo szybko, po czym jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Natychmiast zbliżył się do milczącej żony.

– Hybris, przepraszam, ja nie miałem…

– Już wystarczająco dużo powiedziałeś.

Wyminęła męża i poszła dalej.

Musiała przyznać, że ich małżeństwo rozpoczęło się w nietypowy sposób. Za starożytności nie było aplikacji randkowych, ale popularne były uroczystości, na których bogowie wybierali swoje przyszłe małżonki. Na jednej z takich imprez nadeszła kolej na Polemosa, ale wszyscy zdążyli już dobrać się w pary. Pozostała tylko Hybris. 

Jej mąż wspominał wielokrotnie, że to było przeznaczenie, a nie konieczność. Bóg wojny zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i od tamtej pory nie odstępował jej na krok. Hybris nie miała wątpliwości co do tego, że mogła wywołać w kimś tak silne uczucia. Jednak czasem przychodziła do niej myśl, co by się stało, gdyby Polemos miał kogoś jeszcze do wyboru. Czy na pewno wybrałby ją? A co jeśli to ona podejmowałaby tę decyzję?

Wiedziała też, że nie była osobą „łatwą w obsłudze“. Nie potrafiła pohamować swoich emocji, a jej niewyparzony język często wpędzał ją w kłopoty. Ktoś o wysokiej wrażliwości nie wytrzymałby z nią długo, a osoby uległe i zgadzające się na wszystko przyprawiały ją o mdłości. W młodości zawsze liczyła, że przyszły wybranek będzie w stanie jej dorównać nie tylko intelektem, ale też temperamentem.

Reszta trasy upłynęła w zupełnym milczeniu. Słońce kompletnie zniknęło, zasłonięte przez burzowe chmury, które co jakiś czas rozjaśniała fala piorunów. Wiatr był nie do zniesienia, sprawiając coraz większą trudność w przemieszczaniu się nawet dla bogów. Parę razy musieli robić uniki przed nieuchronnym zderzeniem z lecącymi rowerami, ławkami czy nawet małymi autami.

Pomimo tego, Hybris co chwila zerkała na telefon. Cel już był tak blisko. Jej nogi podświadomie poruszały się coraz szybciej i szybciej, walcząc z niesprzyjającym wiatrem. Zostało kilkaset metrów, potem kilkadziesiąt, wreszcie kilka…

Polemos delikatnie chwycił ją za ramię, aby ją zatrzymać przed rychłym wejściem w ścianę.

– Chyba jesteśmy już na miejscu.

Hybris spojrzała na męża, a potem przed siebie. Stali przed starą kamienicą, której parter został przekształcony na pub. Przez duże okna lokalu wyłaniało się ciemne, bezludne wnętrze. Nad wejściem bezustannie mrugał wielki niebieski neon. Fikuśne litery układały się w nazwę ELIZJUM.

Opuściła ręce wzdłuż ciała, telefon wyślizgnął jej się z dłoni, rozbijając się o chodnik. Rzuciła się na drzwi wejściowe baru, pchając je z całej siły. Zaczęła gorączkowo przeglądać całe wnętrze łącznie z zapleczem i toaletami w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło być portalem lub mogło do niego doprowadzić. Lawirowała pomiędzy bałaganem zostawionym przez uciekających bywalców, zgrabnie omijając przewrócone krzesła i rozbite butelki.

Pomimo, że minęło tylko parę chwil, zanim Polemos wszedł do lokalu, Hybris zdążyła już zajrzeć do wszystkich zakamarków lokalu i przewrócić wszystko do góry nogami. Zastał ją siedzącą przy barze, z głową schowaną w dłoniach. Nie mówiąc nic, zajął miejsce obok swojej żony na jednym z wysokich stołków. W tle słychać było tylko szum telewizora, który pozostał włączony na kanale informacyjnym. Polemos przyglądał się przez chwilę prezenterowi, mówiącego z zaangażowaniem o obecnych działaniach służb mundurowych. Na dole ekranu widniał licznik, który odliczał ostatnie kilkadziesiąt minut.

Bóg zastanawiał się, kto w tym momencie jeszcze oglądałby program informacyjny, a tym bardziej ten program prowadził. Niesamowite, jak śmiertelnicy byli przywiązani do swojej pracy.

– Nic nie znalazłam – powiedziała Hybris, pozostając w swojej pozycji.

– Domyśliłem się – odpowiedział spokojnie, dalej wpatrując się w odbiornik. Po chwili poczuł gwałtowne szarpnięcie za ramię, które wymusiło na nim spojrzenie w kierunku swojej żony.

– Nie przeszkadza ci to?

– Nie.

– Czy ciebie do końca pogrzało?! – Hybris poderwała się ze stołka, który delikatnie się zachybotał. – Przecież możemy tu zginąć! Jak zwykli śmiertelnicy! Musiałam coś przegapić, przecież Hades wyraźnie podał te współrzędne… – Zaczęła chodzić w kółko, mamrocząc coś pod nosem. – Nie mogłam się pomylić, kurwa no!

– Nawet jeśli, to nie ma znaczenia.

– Jak to nie ma?! – Zatrzymała się i spojrzała na męża, jak na obłąkanego.

– Nawet jeśli jest jakieś ziemskie przejście do Elizjum, nie zdążymy go już znaleźć.

Hybris usiadła obok niego.

– Dalej uważasz, że Hades kłamał? – spytała, a w odpowiedzi otrzymała wzruszenie ramionami.

– Skoro tak myślałeś od początku, to czemu nie wybiłeś mi tego Elizjum z głowy?

– Zapomniałaś, że tobie nie da się wybić niczego z głowy? – Pochylił się nad nią i delikatnie pogłaskał ją po policzku. – Trafiłabyś tutaj, nieważne, czy ze mną, czy bez.

– A ty nie puściłbyś mnie nigdzie samej.

– A ja nie puściłbym cię nigdzie samej.

Opuścił dłoń, a pomiędzy nimi zapadła cisza, przez co przestrzeń ponownie wypełnił głos prezentera telewizyjnego. Gdzieś z oddali wydobywało się irytujące wycie alarmu samochodowego.

Polemos lekko poklepał się po udach, po czym podniósł się z głośnym westchnięciem. Obszedł bar dookoła i znajdując się na stanowisku barmana, zaczął przeglądać opustoszałe półki. W końcu znalazł coś nadającego się do spożycia.

– Nie jest to nektar, ale… – zaczął, prezentując Hybris butelkę wina.

– Zupełnie mi to nie przeszkadza – przerwała mu, przechylając się nad ladą i wyciągając spod niej dwa kieliszki. – W tej chwili wypiłabym nawet najgorsze wino Dionizosa.

Polemos otworzył wino, po czym rozlał je do kieliszków.

– Tu przyznam ci rację, choć typa nie trawię.

– On raczej też nie darzy cię sympatią po tym, jak spaliłeś mu winnicę.

Stuknęli się kieliszkami, po czym upili łyka. Hybris podłożyła pod głowę rękę opartą o blat, drugą delikatnie poruszała lampką wina, obserwując kuliste ruchy czerwonego płynu. 

Po dłuższej chwili Polemos odchrząknął, po czym powoli powiedział, rozważając każde słowo:

– To nigdy nie była twoja wina.

Odstawiła kieliszek na ladę i spojrzała na męża.

– Przeze mnie byliśmy zawsze sami. Zachowywałem się jak ochroniarz, a powinienem dać ci więcej przestrzeni. Powinienem odpuścić, ale bałem się, że jeśli spuszczę cię z oka choć na chwilę… – przerwał, chowając twarz w dłoniach. – Nie zniósłbym ponownej samotności.

Chwyciła go za rękę, odsłaniając jego twarz. Znała ją na pamięć. Bogowie ze względu na swoją nieśmiertelność niewiele się zmieniają, a jednak teraz w jego obliczu dostrzegła coś zupełnie nowego. Pierwszy raz widziała u wojny strach i nie był on spowodowany apokalipsą.

– Nigdy bym cię nie zostawiła. 

Opuścił ręce i spojrzał jej prosto w oczy.

– Nie chodzi o to, że tylko ty ze mną wytrzymujesz, nawet jeśli tak jest. Chodzi o to, że tylko z tobą chcę być. – Uśmiechnęła się smutno. – To prawda, mogłeś mi czasami odpuścić.

Chwyciła go za dłoń leżącą na blacie.

– To nie zmienia moich uczuć do ciebie.

– Poprawię się. – Ścisnął mocno jej dłoń. – To znaczy… Gdybym mógł, to poprawiłbym się na pewno.

Westchnęła. Żałowała, że zajęło im całą wieczność, aby przeprowadzić tę rozmowę.

– Jestem pewna, że tak by było. 

Uśmiechnęła się, a Polemos bez chwili zawahania zwinnie przeskoczył nad ladą, o mało nie przewracając kieliszków. Hybris odstawiła je na bok, a jej mąż usiadł obok niej i objął ją ramieniem.

Telewizyjny licznik wskazał 0:00:00.

11. Mateusz Hoffmann: "Za garść oboli"

– Dzień dobry. My do Kalafiora – powiedział niski mężczyzna trzymający na rękach zapłakaną, kilkuletnią dziewczynkę.

Odpowiedziała mu uśmiechnięta kobieta w dopasowanym, białym kombinezonie z niebieskimi włosami upiętymi w ciasny kok.

– Witam, jestem Avala i będę państwa łapiduchem. Poproszę o kartę subskrypcyjną.

– Powiedziano nam, że już wszystko gotowe i karta nie będzie teraz konieczna… Kremacja była dziś rano, ale podobno skan jest już w systemie.

– Okres próbny, zgadza się?

– Tak… Nie byliśmy pewni, czy to nie pogorszy… Chcieliśmy spróbować…

Mężczyzna speszył się, wyraźnie czując zakłopotanie całą sytuacją. 

– W takim razie poproszę o jednorazowy kod dostępu z puli dla klientów testujących.

Soczewki wbudowane w oczy mężczyzny zamigotały. Transfer ciągu siedemnastu losowo wygenerowanych znaków trafił bezpiecznym łączem do systemu. Sekundę później w wirtualnej skrzynce klienta pojawiła się wiadomość o wykorzystaniu pierwszego z dziesięciu kodów przyznanych przez korporację Elizjum.

– Dziękuję. Procedura przebiegła pomyślnie.

– To, co teraz?

– Widzę, że wybrali państwo do testów wersję standardową. To będzie sesja trwająca kwadrans.

Czy pan lub dziecko posiadacie aktywne wszczepy bojowe bądź zainstalowane bramki logiczne mózgu?

– Nie. Córka ma tylko pompę insulinową.

– To nie problem. Wchodzą państwo razem?

– Dla córki to wykupiliśmy… Mogę być przy niej w trakcie?

– Oczywiście. Już wysyłam informację, by przygotowano dla pana miejsce.

Avala opuściła wzrok na monitor i zaznaczyła odpowiednie opcje, analizując jednocześnie odpowiedzi z własnego wszczepu emocjonalnego. Sztuczna inteligencja podpowiadała jej, że klienci są stabilni i można przejść do części marketingowej.

– Zanim udamy się do kabiny, mam do państwa jeszcze kilka pytań, dobrze?

– Tak oczywiście, ale nie chcemy żadnych dodatków. Córka mocno przeżyła odejście Kalafiora i nie jesteśmy z żoną pewni, czy to jej pomoże.

– Rozumiem, proszę się nie obawiać. To standardowe pytania do usługi. 

Kobieta odpięła ekran i obróciła go w kierunku mężczyzny.

– Do wyboru macie państwo jeden z trzech podstawowych światów. Tu można zapoznać się z wizualizacją otoczenia proponowanego przez nas do spotkania. Sugeruję Wiejską Sielankę. Kalafior pewnie czułby się dobrze w takim miejscu.

Dziewczynka uniosła zaciekawiony wzrok i spojrzała na wyświetlone opcje. Strugi łez na jej policzkach zatrzymały bieg, a drobna rączka zręcznie wykonała gest umożliwiający przeglądanie kolejnych obrazów. Po chwili zacisnęła się w pięść i urządzenie wydało melodyjne piknięcie.

– Potwierdzam zaznaczenie Pól Elizejskich. Bardzo dobry wybór. To nasz flagowy świat. Czy życzą sobie państwo nagranie z odwiedzin?

– Czy to jest w pakiecie?

– Niestety nie, ale dla nowych klientów mamy zniżkę pięćdziesiąt procent na pierwsze dwa filmy, każdy po siedem wyświetleń i kompatybilny z większością popularnych urządzeń do zanurzenia wirtualnego. To może być dla dziecka ważna pamiątka, zwłaszcza że Kalafior odszedł tak niedawno i nagle.

Kilkulatka spojrzała prosząco na ojca i Avala już wiedziała, że może liczyć na premię od transakcji. Postanowiła pójść na całość. Wszczep sprzedażowy podpowiadał jej, że klient jest w stanie wysupłać dodatkowe e-dolary, byle tylko ulżyć w smutku swojej córce.

– Proszę się nie obawiać. Nawet nie poczuje pan tego wydatku. Ze swojej strony dołożę gratis powitalne doładowanie na trzy dodatkowe zanurzenia.

– Och dziękuję. Dobrze poprosimy o ten film.

– Wybornie. A teraz ostatnie pytanie i możemy zaczynać. Zabawki, którego z naszych sponsorów mają zostać udostępnione dziecku podczas sesji?

Na ekranie pojawiły się symbole kilku firm. Dziewczynka bez wahania wybrała najpopularniejszą.

– Obawiam się, że ta opcja będzie dodatkowo płatna. Musiał nastąpić jakiś błąd w systemie. Nie powinien wyświetlić tej marki, więc jeśli chcą państwo zmienić wybór, to niezwłocznie zajmę się korektą…

Avala wiedziała, że to nie pomyłka. Cały interfejs był tak zaprojektowany, by sprzedawać opcje dodatkowe. Kobieta uśmiechnęła się w duchu, gdy ojciec dziewczynki machnął ręką na dodatkowe dziesięć e-dolarów do rachunku.

Na tym można było zakończyć sprzedaż. Małymi kroczkami, jak podpowiadała sztuczna inteligencja analizująca indywidualny profil klienta. Poprowadziła ich więc niezwłocznie do kabiny, podłączyła dziecko, a oprogramowanie zajęło się resztą.

Dziewczynka spotkała się ze swoim tragicznie zmarłym królikiem, który przegryzł w domu jeden z przewodów elektrycznych. Jego cyfrową duszę udało się pozyskać dla Elizjum dosłownie w ostatniej chwili. Jednak, gdy mała wychodziła, Avala wiedziała, że to będzie początek cudownej współpracy. 

Dziecko już nie płakało. Uśmiechało się promiennie, a z nim ojciec, który z miejsca wykupił subskrypcję na najbliższy kwartał i możliwość dodania do dostępnych lokacji skanu ich własnego domu z ogrodem.

Tuż przed końcem zmiany Avala odebrała połączenie ze złotego numeru. Odruchowo wysłała do znajomych wiadomość, że spóźni się na karaoke co najmniej pół godziny, gdyż jest potrzebna w pracy. Nie doceniła dzwoniącego klienta. Uwinęła się w kwadrans i jeszcze zgarnęła punkty dla pracownika dnia, które mogła wymienić na zniżki w firmowej stołówce oraz dofinansowania wszczepów socjalnych.

– Klinika Elizjum, gdzie pomożemy ci uporać się z bólem i żalem po stracie pupila. Dobry wieczór, w czym mogę pomóc?

Na ekranie zobaczyła twarz, którą znała, jak z resztą większość mieszkańców Neopolis. Pan burmistrz we własnej wirtualnej osobie.

– Chcę zamówić najdroższy pakiet z waszej oferty dla mojego charta włoskiego – powiedział mężczyzna.

Avala przyklasnęła w duchu swojemu szczęściu, jednocześnie wybierając w osobistym interfejsie pracowniczym opcje „Klient Premium”. Algorytm sprzężony z jej soczewkami niezwłocznie podsunął jej strategię sprzedaży.

– Oczywiście, proszę pana. Czy pupil ma już nasz wszczep do zapisu duszy?

– Nie.

– Rozumiem, w takim razie proponuję, by jak najszybciej wyposażyć pańskiego charta w tę modyfikację. Dzięki niej można w dowolnym momencie zgrywać wirtualną mapę duszy, tworzyć z poziomu klienta kopie zapasowe oraz warianty. Wszczep posiada również tryb automatyczny i awaryjny, w przypadku nagłego odejścia.

– Zgadzam się.

– Wspaniale. Czy możemy w tej chwili umówić instalację wszczepu?

– Mam czas za kwadrans. Przesyłam adres i kody uwierzytelniające.

– Potwierdzam przyjęcie danych i przekazuję je niezwłocznie do wolnego zespołu terenowego. Omówmy zatem w tym czasie szczegóły pakietu. Proponuję…

Sztuczna inteligencja wyświetliła alert. Z mimiki burmistrza wynikało, że jest zniecierpliwiony. Avala szybko zmodyfikowała plan.

– Rozumiem, że chce pan dla pupila najlepszej opcji. Dla uproszczenia i przyspieszenia przekazania oferty proponuję skorzystanie z najbardziej efektywnej ankiety Charon.

– Słucham – odrzekł sucho mężczyzna.

– Czy wyraża pan zgodę na pełen pakiet osiemdziesięciu dziewięciu lokacji oraz automatyczne rozszerzenie go o każdy nowy świat, który zostanie stworzony przez Elizjum?

– Tak.

– Czy chce pan wybrać roczną subskrypcję na nowe modele wirtualnych zabawek i ubrań dla pupila, z opcją automatycznej prolongaty na kolejne dwanaście miesięcy, przez okres do dziewięciu lat?

– Tak, chcę.

– Czy dusza pana pupila ma po śmierci zostać umieszczona na prywatnym serwerze Elizjum, a jej kopie zapasowe mają zostać zamknięte w cyfrowym sejfie oraz na osobistym nośniku, który otrzyma pan niezwłocznie po odejściu zwierzęcia? Maksymalny limit kopii zapasowych wynosi obecnie pięć.

– Zgadzam się.

– Czy mamy zaprojektować dla pana wirtualną ceremonię podróży pupila za Tęczowy Most? Może pan z niej skorzystać w ramach rozpoczęcia procesu żałoby lub użyć w dowolnym momencie na jej zakończenie.

– Tak, chcę coś takiego.

– Czy wyraża pan zgodę, by limit pojedynczej sesji w ramach pakietu został zwiększony z piętnastu minut do godziny?

– Tak.

– Chciałby pan uzyskać nieograniczoną możliwość dodawania osobistych lokacji do listy dostępnych miejsc podczas zanurzenia wirtualnego w naszym systemie?

– Chcę.

– Czy opcja pauzy i robienia zdjęć ma zostać włączona?

– Tak.

Avala nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Sztuczna inteligencja sugerowała jej, by przeszła właśnie do najbardziej kosztownych elementów, które niewielu klientów dodaje do swojego pakietu subskrypcyjnego.

– Czy chce pan, aby Elizjum wdrożyło w przypadku duszy pana pupila algorytm wydłużający jej integralność z roku do trzech lat?

– Tak.

– Czy chciałby pan skorzystać z najwyższego pakietu odświeżania duszy, a tym samym prawa do przywrócenia jej stanu początkowego maksymalnie pięciokrotnie podczas trwania usługi?

– Chcę.

– Czy w czasie, gdy nie będzie pan odwiedzał swojego pupila, ma się nim zajmować wyspecjalizowany sztab behawiorystów i opiekunów? Ma to zapewnić cyfrowej duszy zwierzęcia jak największą stabilność kodu źródłowego.

– Niech pani to doda.

– Czy chce pan uzyskać dostęp do modułu pozwalającego na kosmetyczną korekcję awatara pupila z opcją resetu oraz trwałego nadpisania duszy w dowolnej liczbie przygotowanych kopii?

– Tak.

– A zatem pozostaje mi już tylko jedno pytanie. Z racji tego, że pana chart jest obecnie czempionem wyścigów psów w Neopolis, czy wyraża pan zgodę, by w chwili odejścia został wpisany do tabeli prowadzonych przez Elizjum turniejów e-sportowych? Zysk z ewentualnych zwycięstw pana pupila rozkładany jest po połowie między nasz i pana rachunek bankowy.

– Wyrażam zgodę.

– W takim razie serdecznie dziękuję, że wybrał pan naszą korporację…

Kolejny alert o zniecierpliwieniu. Avala zareagowała najszybciej, jak mogła.

– Zestawienie kosztów właśnie się generuje. Przesyłam.

– Mam. Zatwierdzam. Pieniądze nie grają roli.

– Rozumiem. Mam informację, że nasz zespół terenowy właśnie przyziemia na pana lądowisku. W razie pytań proszę o kontakt.

Połączenie zostało przerwane. Twarz burmistrza zniknęła z ekranu. System poinformował, że opłata została zaksięgowana. Piętnaście tysięcy e-dolarów. Miesięcznie. Przez wiele lat. Kolejny sukces sprzedażowy Elizjum.

Jako specjalista techniczny, Veles miał niewiele do czynienia z klientami. W zasadzie jedyne przypadki, gdy stawał twarzą w twarz z subskrybentami to te, kiedy albo zespół terenowy miał nagły problem, albo coś szło nie tak na Polach Elizejskich, czy w innej sielankowej lokacji Elizjum.

W ciągu roku kilkakrotnie odpierał hackerskie ataki na serwery firmy, nierzadko stosując jedne z najbardziej agresywnych linijek kodu, które nie tylko wypalały sprzęt i oprogramowanie atakującego, ale też nierzadko infekowały wszczepy nieuważnych przeciwników, trwale ich upośledzając, okaleczając, a nawet likwidując. 

Jego specjalizacją było odzyskiwanie dusz skradzionych z głównego serwera korporacji oraz zapobieganie wyciekowi informacji do sieci. Gdy to on miał wartę w Elizjum, nic nie mogło wypłynąć. Był w tym dobry. Wiedział, gdzie patrzeć, jak szukać i nie miał zbyt wielu skrupułów. Gdy pierwszy raz dowiedział się, że z gorzej zabezpieczonych serwerów Elizjum zniknęła część psich dusz, w kilka minut wyśledził je i odebrał. Tyle jednak wystarczyło, by dziesiątki cyfrowych dobermanów zostało zaprzęgniętych do wirtualnych walk w klatkach.

Protokół działania w przypadkach udanego odbicia zakładników był prosty. Mówiło się właścicielowi, że dusza wymaga integracji z kopią zapasową, gdyż pojawiają się pierwsze oznaki jej niestabilności. Klient płacił, aktualizowało się pamięć zwierzaka i świat kręcił się dalej. Gorzej, gdy wersji zapasowej nie było.

Dla posiadaczy podstawowej subskrypcji przygotowano jednak pakiet benefitów wynagradzających, które miały im umilić korzystanie z usługi, a tymczasem starano się jak najlepiej zatuszować winę firmy, zacierając ślady, stosując prawnicze fortele, a ostatecznie łącząc się w żalu z bliskimi, których zwierzak zupełnie nagle i bez przyczyny zaczynał zachowywać się inaczej, choć wyglądał tak samo.

W takich chwilach kasowało się duszę bezpowrotnie na prośbę klienta i żyło się dalej, wypierając świadomość, że była ona tylko wydmuszką na pokaz. Los prawdziwego zapisu wirtualnego pupila stawał się kolejnym sekretem.

Veles spojrzał na monitor. Wyświetlany obraz pochodził z krematorium. Właśnie dwóch pracowników ładowało do pieca nową partię kotów po skanie i zapisie duszy. Spalenie miało być oczywiście indywidualne, z prochami zwierzaka w pięknej urnie dla każdego z klientów. W rzeczywistości było jak było, masowo i sprawnie. Kolejny trup w szafie.

Na interfejsie Velesa wyświetliła się wiadomość od przełożonego. Był pilnie potrzebny na jednym z najwyższych pięter korporacyjnego wieżowca. Zgasił ekran i niezwłocznie udał się do windy. Szybki skan przyznał mu dostęp do wybranego poziomu i już po chwili wszedł do biura szefa.

Alberto Styx, jeden z głównych udziałowców w Elizjum, siedział za potężnym, mahoniowym biurkiem, patrząc na otoczenie z pogardą. Niecierpliwie wskazał gościowi fotel, sugerując tym samym, by jak najszybciej usiadł.

– Mamy problem. Musisz się tym zająć.

– Słucham pana. W czym rzecz?

– Przed godziną do naszej firmy weszła pewna kobieta, aby zobaczyć się ze swoim zwierzakiem. Okazało się, że jej abonament wygasł poprzedniego dnia. Zapomniała zapłacić.

– Dusza została usunięta, tak?

– Dokładnie, wszystko według procedury i umowy, którą klientka podpisała z naszą firmą.

– Zgaduję, że to nie koniec historii, panie Styx…

– Dobrze zgadujesz. Klientka nie miała wykupionej kopii zapasowej. Jeden z tych podstawowych pakietów. Była z nami niecały rok. Gdy dowiedziała się, że odwiedziny są niemożliwe, wszczęła awanturę. Oczywiście starano się załagodzić sytuację jednak na próżno. 

– Groziła nam pozwem? Mediami?

– Gorzej. Ta kobieta przed kilkoma minutami opuściła budynek. Pod koniec wizyty zupełnie zamilkła. Obsługa proponowała jej darmowy pakiet doładowań filmów z sesji, których jeszcze nie zużyła…

– … i które nie uległy skasowaniu po wyznaczonej liczbie zanurzeń.

– Właśnie. Po prostu odwróciła się i wyszła. Gdy znalazła się w tłumie przed budynkiem, zaczęła krzyczeć, że Elizjum zabija dusze zwierząt i inne temu podobne inwektywy. A potem popełniła samobójstwo niemal na naszym progu. Zażyła jakiś środek, dostała drgawek, z ust potoczyła się jej piana zmieszana z krwią.

– Niezwłocznie się tym zajmę. Monitoring, świadkowie, oświadczenie firmy, dowody. Wszystko będzie czyste.

Veles wstał, ukłonił się szefowi i pospiesznie wyszedł. Miał spory pożar do opanowania.

Skasowany kotek, piesek lub szczurek to był częsty problem. Jednak niewielu klientów posiadających najtańszy abonament było tak mocno przywiązanych do zwierzęcia, żeby decydować się na pokazowe samobójstwo.

Po godzinie zacierania śladów Veles dostał komunikat, że jest kolejny problem. Na szczęście oznaczony był zaledwie priorytetem żółtym, a więc do zrobienia najlepiej w przerwie między prawdziwymi katastrofami dla wizerunku firmy.

Chodziło o nagłą destabilizację jednej z dusz, która przed miesiącem została wykradziona. Użyto ją do produkcji materiału dla tych, którzy chcą zanurzyć się w świecie wirtualnym i poczuć, jak to jest torturować żywą istotę. Gdy Veles do niej dotarł, była w strzępach, bliska cyfrowego obłędu.

Nadpisanie z pomocą kopii zapasowej powinno załatwić sprawę. Wszystko wydawało się w porządku dla techników, którzy zajęli się naprawą. A jednak albo ktoś czegoś nie dopilnował, albo integracja z jakichś powodów nie była możliwa.

Konsekwencje? Nastolatka, do której należał zwierzak, była dziś rano świadkiem, jak jej łagodny kot bengalski zmienia się w czystą furię nie do okiełznania. Sesja została przerwana, dziewczyna zyskała traumę. Czasem jednak, na tym się nie kończyło.

Raz klient doznał głębokiego szoku, gdy jego koń postanowił go stratować, bez żadnego powodu. System operacyjny Elizjum, próbując wybudzić go z zanurzenia, popełnił błąd. Zbyt gwałtowny impuls sprzęgnął się z komendami osobistego wszczepu regulującego skład neuroprzekaźników w mózgu użytkownika. Gościa wysmażyło, co do synapsy.

Korporacja wydała później piękne i empatyczne oświadczenie. Opinia publiczna mogła dowiedzieć się z niego, że to niezwykle nieszczęśliwy wypadek, będący sumą ukrytej wady wszczepów klienta, przestarzałego oprogramowania, którego używał oraz jego zaniedbanych problemów zdrowotnych. Zarząd i pracownicy połączyli się w bólu z rodziną mężczyzny, ogłoszono nawet, w geście dobrej woli, trzy dni rabatów na niektóre z usług premium, sięgające nawet pięćdziesięciu procent.

Przychody Elizjum wzrosły. Giełda z ulgą przyjęła zwyżkę cen akcji. Trzy dni później już nikt nie pamiętał o całej sytuacji.

Avala udała się na zebranie pracowników. Wjeżdżając na czterdzieste piętro, myślała jedynie o tym, co kupi sobie za premię sprzedażową. Wybór padł na jedną z sukienek należących do nowej kolekcji ulubionej celebrytki, gwiazdy popularnego programu „Zaliczyłam go!”.

Kwadrans później, razem z innymi dowiedziała się, o co cały szum. Spodziewała się, że kwiecista i przepełniona pozytywnymi emocjami wiadomość na skrzynce firmowej, będzie właśnie czymś takim. Wbrew temu, co jej obiecano, nie było w tym nic ogromnie ekscytującego.

– Do stałej oferty wprowadzamy miesięczne karnety dostępu. Pracodawcy będą mogli oferować je swoim pracownikom w ramach benefitów…

– Chcemy wyjść naprzeciw potrzebom pogrążonych w żałobie rodzin zwierząt, proponując im sesje grupowe za symboliczną opłatą dodatkową…

– Algorytm sztucznej inteligencji, który wspiera was w kontakcie z klientem, został uzupełniony o nowe mechanizmy utrzymywania klientów w pierwszym oraz drugim stadium żałoby, co ma zwiększyć zyski firmy, a tym samym pomóc nam się rozwijać i coraz lepiej wychodzić naprzeciw oczekiwaniom…

– Od przyszłego miesiąca wprowadzamy do odwołania co dziesiątą sesję darmową ze zniżką piętnastu procent na nagranie z zanurzenia z pupilem…

– Najnowszą inicjatywą będą także ekonomiczne pakiety dla seniorów w domach spokojnej starości, które obniżą ich poczucie osamotnienia…

– Wprowadzamy system osiągnięć we wszystkich naszych światach wirtualnych…

– Dodajemy wirtualną walutę nazywaną obolami, do zdobycia za osiągnięcia oraz do zakupu przez klientów…

– Wykupiliśmy kolejne tereny pod trzecią już Izbę Pamięci dla urn, które powierzą nam…

I tak dalej, i tak dalej i tak przez ponad godzinę.

Nowy materiał reklamowy Elizjum trafił na telebimy i ekrany osobiste w całym Neopolis. Veles oglądał go mimochodem, czekając na taksówkę. Nie wiedział, czy bardziej podziwia kreatywność zespołu marketingowego, czy jest zażenowany kierunkiem, w którym tym razem poszła firma, by zarobić dodatkowe miliony e-dolarów.

Scena otwarcia pokazywała rodzinę, która w towarzystwie pracownika Elizjum żegna się ze swoim ukochanym labradorem w Dniu Eutanazji. Chwilę później widza atakowała mieszanina łez, błysków światła i generujących się w zawrotnym tempie linijek kodu, by na koniec w ciągu kilku sekund przejść od umieszczenia urny w Izbie Pamięci Elizjum 3.0 do podpięcia wszystkich bliskich osób do systemu w kabinie, by wspólnie spotkali się z duszą swojego utraconego tak nagle psa.

Dalej nastąpił błogi montaż pełen radosnych chwil przeżywanych także w ich domu, dzięki materiałom z sesji do prywatnego zanurzenia we wspomnieniach. Wpadło kilka osiągnięć z różnych światach, od Pól Elizejskich przez Plemienną Dżunglę, aż po Blask Księżyca. Cyfrowe obole zamieniano na ulubione zabawki i ozdoby dla wspomnienia o labradorze zapisanego i ożywionego na serwerach korporacji.

Wtedy nagle coś się zmieniło. Ojciec wpada w długi. Matka traci pracę. Synek rozpacza, bo zbliża się termin opłacenia subskrypcji, a rodzina nie może sobie pozwolić na ten wydatek. Pupil ma zostać skasowany. I oczywiście dzieje się cud! Elizjum prezentuje swój najnowszy pomysł. Barterową opcję kredytowania abonamentu.

Wystarczy jeden podpis i już. Radość wraca, można zapomnieć o żałobie i znów zanurzać się w wirtualnym świecie, gdzie ukochany labrador nie jest martwy, a wręcz pełen energii. Co w zamian? Drobnostka.

Od tej chwili cyfrowa dusza psiaka może być wykorzystywana nieodpłatnie przez Elizjum w celach komercyjnych. Jak? Chociażby jako model w grach wideo. Właśnie to dzieje się akurat na ekranie. Zwierzę kolejno walczy u boku żołnierza z hordą wrogów, potem nagle gra w filmie, który chwyta za serce, bierze udział w krótkim klipie reklamowym firmy produkującej kosmetyki dla psów, a na koniec mruga do swoich właścicieli prosto z sesji wirtualnej dogoterapii.

Wszyscy są szczęśliwi, problemy finansowe nie rozdzielają człowieka i najdroższego pupila. Bo któż nie chciałby obudzić się w świecie, w którym jego piękny labrador nie gra właśnie w kasowym filmie lub swobodnie biegnie przez cyfrowy świat, aby przeżyć przygodę razem z jakimś popularnym aktorem? O czymś takim przecież marzy każdy, a przynajmniej na tyle duży odsetek obywateli Neopolis, by dało się to sensownie spieniężyć. 

Veles wsiadł do taksówki i pojechał spotkać się z człowiekiem, który próbował szantażować firmę. Groźby dotyczyły użycia kilku dusz zwierząt celebrytów, którzy powierzyli ich wieczny odpoczynek Elizjum. Miał negocjować w imieniu zarządu (oficjalnie). Nieoficjalnie robił to jedynie, aby odwrócić uwagę.

Razem z taksówką, z lądowiska korporacyjnego wieżowca wzbiła się w powietrze eskadra dronów uderzeniowych, cichych i szybkich.

Nikt nie będzie groził firmie, że użyje wykradzione dusze do materiałów dla zoofilów.

Zmiana była na stałe wpisana w tkankę miejską Neopolis. To, że dziś coś jest, nie znaczyło, że jutro będzie takie samo lub że nie zakończy swojego istnienia. Avala doskonale to rozumiała, podobnie jak to, że tylko pieniądze dają poczucie stabilnego jutra.

Była kobietą pełną pragnień. Jeszcze do niedawna na piedestale stawiała styl i efektywność sprzedażową. Miała dzięki temu, za co żyć, a gdy wychodziła wieczorami, wabiła i przyciągała tych, którzy wiedzieli, czego pragnie współczesna kobieta.

Rozkochała się w luksusie, jednak i ona była trybikiem w machinie zmiany, więc szybko pojęła, że warto chcieć więcej. Gdy nadarzyła się okazja, udzieliła więc paru wywiadów, odsłaniając wrażliwe miejsca swojego dotychczasowego pracodawcy.

Potem zniknęła, zainkasowawszy uprzednio całkiem sporą sumę. Większość z kwoty wydała na modyfikacje estetyczne. Gdy wróciła po paru miesiącach do Neopolis, była początkującą gwiazdą porno, dla wtajemniczonych znaną jako Gwiazdeczka. Filmy z nią sięgnęły głęboko do kieszeni entuzjastów dużych pośladków, sprężystych piersi i cybernetycznych modyfikacji umożliwiających tworzenie zapisów najbardziej wyuzdanych scen seksu w historii tego miasta.

Jego apartament w megabloku był idealnym miejscem do uczczenia sukcesu. Z kieliszkiem wypełnionym do połowy uśmiechał się, spoglądając na panoramę Neopolis.

Można powiedzieć, że zwinął żagle, nim rozpętał się sztorm nieuniknionych zmian. Dosłownie dzień wcześniej udało mu się wykraść sporą część bazy dusz Elizjum. Przed godziną transakcja z jedną ze spółek na rynku azjatyckim, której sprzedał cyfrowe awatary pupili, została sfinalizowana. Chwilę wcześniej dotarła też zapłata od afrykańskiej korporacji specjalizującej się w organizowaniu safari z polowaniem na domowe zwierzęta.

W porę udało mu się zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Na serwerach Elizjum podłożył nawet cyfrowe bomby logiczne, które miały nadpisać wielokrotnie jego scenariusze logowania, zastępując je mieszanką fałszywych i uszkodzonych rekordów. Ot, błąd systemu, którego nikomu nie będzie się opłacało naprawiać.

Okazało się, że był mądrzejszy, niż przypuszczał. Właśnie napełniał ponownie kieliszek, gdy na ekranie w salonie gruchnęły przełomowe wiadomości z ostatniej chwili. Szybko zwiększył głośność relacji, by w porę usłyszeć, jak dużo miał szczęścia.

– Och Veles, ty cholerny farciarzu – pomyślał.

Jesteśmy właśnie pod siedzibą korporacji Elizjum, znanej w całym Neopolis z oferty światów dla dusz pupili obywateli naszego miasta. Wszyscy wiemy, jak wielkie zasługi ma ta firma na polu wsparcia finansowego schronisk dla zwierząt. Każdy słyszał zapewne także o wkładzie, jaki poczyniło Elizjum w kierunku ochrony zagrożonych gatunków na naszym kontynencie. Tym bardziej zaskakują więc dowody, które trafiły do naszej redakcji. Korporacja na razie nie wydała oświadczenia, ale po zapoznaniu się z materiałami, w których jesteśmy posiadaniu, wnioski nasuwają się same. Za empatyczną fasadą tej firmy kryje się szkaradne wnętrze. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, jak głęboko sięgają korzenie zepsucia. Społeczeństwo musi się dowiedzieć, że jego ukochane zwierzaki mogą już od dawna nie istnieć, być jedynie niestabilną kopią lub co gorsza zostały skradzione, aby brać udział w produkcjach reżyserowanych na potrzeby najbardziej perwersyjnych, zdegenerowanych i chorych jednostek, jakie chodziły po tej ziemi. Policja Neopolis, właśnie wszczyna dochodzenie…

Veles już nie słuchał. Wiedział, jakie brudy mogły wypłynąć. Zastanawiał się tylko, kto miał na tyle duże jaja, by wsadzać swój kij w to mrowisko kapitału zbudowanego na ludzkiej stracie i żałobie.

Celebryci związani kontraktem reklamowym, umową subskrypcyjną oraz użyczający swojego wizerunku na potrzeby reklamy Elizjum wyrażają swoje oburzenie całą sytuacją i potępiają działania firmy…

Mowa trawa.

12. Anna Kłodnicka: "Mamy całą wieczność"

Kiedy Ava niespodziewanie pojawiła się na końcu długiej kolejki dusz, zrozumiała, że umarła. Poczuła ukłucie żalu; była jeszcze taka młoda, ledwie przekroczyła trzydziestkę. Co się stało? Nie pamiętała momentu śmierci.

Rozejrzała się, próbując się zorientować, gdzie trafiła i co ją właściwie czeka. Znajdowała się w ogromnej jaskini, szczelnie wypełnionej świeżymi zmarłymi. Dzięki ustawionym tu i ówdzie pochodniom zamiast kompletnych ciemności panował półmrok – nieprzyjazny, dziwnie lepki i gęsty. Z niewyobrażalnie wysokiego stropu zwisały setki stalaktytów, przypominające uzębienie jakiejś groźnej bestii.

Przed kobietą, kilometry dalej, znajdowała się imponująco szeroka rzeka o szarych wodach. Tam kończyła się zatrważająco długa kolejka, jaką tworzyły tłumy milczących ludzi w różnym wieku i o różnych rasach. Co działo się z tymi, którzy tam dotarli? Nie dało się zauważyć w tym półmroku.

Ava też milczała, mimo że męczyła się w tej nienaturalnej ciszy. Pokornie przesuwała się kroczek za kroczkiem za innymi, zmierzając ku swemu przeznaczeniu. Nie czuła potrzeby, by uciekać, walczyć, krzyczeć czy rozpaczać. To miejsce wysysało energię i wymuszało pogodzenie się z własnym losem.

Kobieta dotarła do rzeki po bardzo długim czasie, chyba minęło kilka dni. Kolejką zarządzał odziany w togę młody mężczyzna. Nakazał Avie gestem, by podeszła do samego brzegu. Przełknęła głośno ślinę. Nie podobały jej się te groźne szare wody. Z niezrozumiałych powodów wzbudzały w niej lęk, ale posłusznie zrobiła kolejny krok. Stała tak i stała, lecz nic się nie działo. 

– Na co czekamy? – odważyła się w końcu odezwać.

– Na Charona – odparł mężczyzna. – Zaraz skończy wcześniejszy kurs i wróci po kolejną porcję dusz.

Charona?! Czyli to starożytni Grecy mieli rację? Z tylu różnych religii akurat ta okazała się prawdziwa?! Przecież wymarła dawno temu, nikt już nie wierzył w greckich bogów!

Nagle w wodzie tuż przy brzegu coś się zakotłowało. Dało się zauważyć ogromny czarny kształt, który zbliżał się do powierzchni. Kiedy wynurzył się całkowicie, Ava pisnęła i upadła na zimne skały. Charon był gigantycznym pająkiem, a ona niczego nie bała się tak bardzo jak pająków! Wpatrywała się z przerażeniem w owłosiony korpus, ohydny odwłok i nienaturalnie cienkie nogi. Ale i tak najgorszy okazał się przód: wypełniony kilkoma żółtymi oczami i szczęką pełną kłów. Nie, nie ma mowy, by na to wsiadła! Nie da rady!

– Wstawaj – rzucił niecierpliwie mężczyzna w todze.

Zrobiła to, jakby jego słowo było rozkazem. Trzęsła się niczym w febrze, nie potrafiąc oderwać przerażonego wzroku od Charona. Potworny pająk powoli wyciągnął w jej stronę jedną z nóg. Na końcu znajdowały się czerwone jak krew szczypce.

– Musisz mu dać obola – poinformował mężczyzna.

– Ja… Przecież ja nie wiedziałam… Nie mam…

Obrzydliwa kończyna Charona wsunęła jej się do ust i zaczęła tam gmerać. Ava walczyła ze sobą, by nie zwymiotować. Gdy pająk na powrót wyciągnął szczypce, znajdowała się w nich złota moneta.

– Każdy ma – skwitował mężczyzna. – A teraz wsiadaj. I staraj się nie wpaść do wody, to się nigdy nie kończy dobrze.

Charon jednym szybkim ruchem chwycił kobietę i umieścił na swoim korpusie. Właśnie przeżywała najgorszy koszmar, jaki mogła sobie wyobrazić. Z bliska ciało pająka wyglądało jeszcze bardziej ohydnie, w dodatku było obrzydliwie miękkie w dotyku. Zanim obok znalazło się wystarczająco pasażerów, minęło dużo czasu. Gdy przepływali Styks, Ava zacisnęła powieki, próbując sobie wyobrazić, że jest na statku wycieczkowym. Na próżno.

W końcu Charon wysadził ich na brzegu i zniknął pod wodą. Na przewiezionych czekała kolejna kolejka.

***

Znowu Ava musiała przeraźliwie długo czekać na swoją kolej. Odetchnęła z ulgą, gdy nareszcie zbliżyła się do trzech starców obsługujących złotą wagę.

– Chuchnij – powiedział ten wyglądający na najstarszego.

Zrobiła to. Jej oddech przerodził się w złotą kulkę, która miękko wylądowała na jednej z szal wagi. Druga szala natychmiast powędrowała w górę.

– Pola Elizejskie! – rzucił z radością drugi starzec, a trzeci wskazał palcem jedną z trzech kolejek.

Ava posłusznie ustawiła się w następnym ogonku. Pola Elizejskie? Cudownie, wylądowała w najlepszym możliwym miejscu w Hadesie. O ile dobrze pamiętała, to był grecki odpowiednik nieba. Poczuła obezwładniającą ulgę, mimo że za życia nie zrobiła niczego, by zasłużyć na piekło. Chyba wszyscy ludzie się trochę boją, że z jakichś powodów po śmierci wylądują w krainie wiecznego cierpienia.

U kresu kolejki czekała młodziutka dziewczyna, która podawała każdej osobie wypełniony po brzegi puchar. Ci, którzy upili łyk, przechodzili przez złotą bramę, prosto w oślepiający blask.

– Co to takiego? – Ava wskazała na naczynie, nie mogąc powstrzymać ciekawości.

– Woda z Lete. Pij.

Kobieta chwyciła puchar, ale zanim zdążyła go unieść do ust, z tyłu rozległ się jakiś upiorny krzyk. Jedna z dusz spadła z Charona prosto do wody. Teraz miotała się dziko w szarych wodach, wyjąc potępieńczo, jakby to bardzo bolało. W końcu pająk chwycił ją i umieścił na powrót na swoim grzbiecie.

– Biedna – rzuciła beznamiętnie dziewczyna, po czym spojrzała na Avę i zabrała jej puchar. – Na co czekasz? Nie blokuj kolejki, idź dalej.

– Ale ja jeszcze nie…

– No idź.

Zatem Ava poszła. Kiedy przestąpiła bramę, znalazła się w krainie piękniejszej niż wszelkie wyobrażenia.

***

To miejsce było absolutnie cudowne. Panowała tam niepodzielnie ciepła, słoneczna wiosna. Idealnego błękitu nieba nie mąciła nawet jedna chmurka. W powietrzu unosiła się błoga muzyka, jakby ktoś grał na lirze. Ziemię porastała zielona i miękka jak puch trawa. Niekończące się łąki przecinała od czasu do czasu przejrzysty, szemrzący cicho strumyk. Gdzieniegdzie znajdowały się skupiska szumiących topoli i pachnących słodko złotogłowów. Okazało się, że to złotogłowy wydawały dźwięki podobne lirze, gdy poruszał nimi delikatny wiatr.

Pośród tego bajecznego krajobrazu spacerowały dusze osób dobrych i zasłużonych. Ava nie miała na razie ochoty na kontakt z nimi; potrzebowała odpocząć po tych wszystkich kolejkach i frustrującym czekaniu. Zrozumiała, że musi też odpocząć po życiu, jakie wiodła. Zawsze gdzieś pędziła, zawsze coś robiła, jej codzienność wypełniały nerwy, troski i szarpanina. Nie umiała odetchnąć za życia, za to odetchnie po śmierci.

Następne dni Ava spędzała, leżąc godzinami w trawie albo spacerując bez celu. Wypoczywała, próbując się wyciszyć. Jako że nie wypiła wody z Lete, pamiętała gorsze momenty swojego ziemskiego żywota. Te wspomnienia były niczym trucizna, nie pozwalały w pełni cieszyć się pośmiertną nagrodą i osiągnąć błogiego spokoju. Ale i tak Ava nie miała powodów do narzekań. Przecież była w niebie! Mogła trafić w dużo gorsze miejsce.

Nie miała pojęcia, ile czasu zajął taki nieskrępowany odpoczynek. W tej krainie nie istniały noc ani sen. Nie trzeba było jeść czy pić. To nawet dobrze, że kobiety nigdy nie męczyło pragnienie – nie lubiła zbliżać się do strumyka, źle się wtedy czuła. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje, ale wolała starannie unikać szemrzącej wody. Robiła wszystko, by cieszyć się rajem, na który sobie zasłużyła.

***

Kiedy minęło pierwsze radosne oszołomienie, Avę zaczęła przytłaczać ta wszechobecna monotonia. Tu się absolutnie nic nie działo. Nie istniały inne rozrywki niż leżenie, spacer lub wąchanie złotogłowów. Kobieta nawet za życia nie przepadała za takim bezproduktywnym wypoczynkiem, zawsze musiała w coś wsadzić ręce, robić cokolwiek. Na myśl, że ma w ten sposób spędzić wieczność, robiło jej się niedobrze.

Próbowała rozmawiać z innymi duszami, ale to przynosiło jeszcze więcej frustracji. Napojeni wodą z Lete ludzie stali się ogłupieni do granic możliwości. Zachowywali się, jakby wycięto im mózgi. Zaczepiani przez kobietę, uśmiechali się tylko głupkowato i wodzili dookoła bezmyślnym spojrzeniem. Gdy krzyki i prośby nic nie dały, Ava przeszła do rękoczynów. Łapała dusze za ramiona i potrząsała, ale równie dobrze mogła potrząsać słomianą kukiełką.

W końcu zdenerwowała się na tyle, że uderzyła jednego z mężczyzn prosto w twarz. Z jego nosa lunęła krew, a on pisnął ze zgrozą. Kobieta przeraziła się. Nie wiedziała, że w tym świecie można zadawać ból.

– Przepraszam, nie chciałam – powtarzała, ocierając twarz zranionego własną szatą. – Naprawdę przepraszam.

Na szczęście w zaświatach rany goiły się znacznie szybciej. Już po kilku minutach nie było śladu po urazie. Mężczyzna jakby nigdy nic ruszył przed siebie, ponownie uśmiechając się niczym idiota. Z ubrania Avy zniknęły plamy krwi.

***

Niebo? Ava była niemożliwie głupia, nazywając to niebem! Zrozumiała, że znajduje się w straszliwej pułapce. Ile czasu minęło? Dni, lata, dekady? Kobieta miała wrażenie, że spędziła tutaj już całe wieki. Jeżeli jeszcze nie oszalała, z pewnością niedługo to zrobi z powodu tej cholernej monotonii, irytującego dźwięku lir i przesłodzonych widoków! I, oczywiście, od tych cielęcych uśmiechów ludzi, którzy najwyraźniej doznawali absolutnego szczęścia w swojej bezmyślności.

Dlaczego nie zdążyła się wtedy napić? Dlaczego nie protestowała bardziej stanowczo, gdy dziewczyna zabrała jej puchar? Oddałaby teraz wszystko za odrobinę wody z Lete! Widocznie raj nie jest miejscem dla myślących. Chciała, żeby jej troski i pragnienia znikły tak jak u innych, by umysł wypełniła przyjemna pustka.

Ava przełamała lęk i zanurzyła usta w wywołującym niepokój strumieniu, ale woda okazała się tylko wodą. Nie miała żadnych cudownych właściwości, nie przyniosła ukojenia.

Kobieta wpadła w szał. Ryła trawę dłońmi aż do pozdzieranych paznokci i wyrywała złotogłowy, ale rośliny po chwili wracały do poprzedniego stanu, jakby zupełnie nic się nie stało. Drapała swoją twarz aż do krwi, lecz rany leczyły się bardzo szybko. Godzinami krzyczała z bezsilności. Na darmo. Nikt na nią nie zwracał uwagi, ani inne dusze, ani bogowie.

– Jestem w piekle – wyszeptała Ava, patrząc na błękitnie niebo, cudne złotogłowy i uśmiechniętych w bezmyślnych szczęściu ludzi.

***

Zdesperowana kobieta postanowiła się zabić. Wiedziała, że już nie żyje, ale liczyła, że może przynajmniej straci przytomność, odetnie się od tego miejsca chociaż na chwilę. Niestety nie znalazła niczego, czym mogłaby zrobić sobie krzywdę. W tym cholernym raju nie było nawet jednego ostrego przedmiotu.

Wsadziła głowę do strumienia, próbując się utopić. Ledwo się zanurzyła, ogarnęła ją wszechogarniająca panika – bardzo znajoma, jakby już kiedyś ją coś takiego spotkało. Ava odsunęła się od wody, dysząc ciężko.

Następne dni (a może setki lat?) spędziła nieruchomo, leżąc w miękkiej trawie i patrząc na błękitne niebo. Poddała się. Nie miała siły na nic. Czas mijał, rozmywał się, tracił znaczenie. Takie beznadziejne trwanie było prawdziwą torturą, gorszą niż rozrywanie obcęgami czy palenie żywcem. I tak będzie wyglądała wieczność? To cierpienie nigdy się nie skończy?

Z oka Avy stoczyła się pojedyncza łza i spadła w trawę. Rozległ się ogłuszający huk, aż drzewa się zatrzęsły. Najwyraźniej raj nie przywykł do łez.

***

Mijały dni, lata, dekady, każda sekunda podobna do poprzedniej, każda tak samo nie do zniesienia… Ava trwała w tej beznadziei, cierpiała, chciała zniknąć na dobre. Z otępienia wyrwał ją niespodziewany dotyk na skroniach. Zamrugała. Klęczał nad nią uśmiechnięty mężczyzna. Zerwała z głowy wianek upleciony ze złotogłowi i cisnęła go w trawę.

– Zostaw mnie – rzuciła z jadem.

Nie mogła patrzeć na ten bezmyślny uśmiech. Po co on tu przylazł, czemu się nią zainteresował? Dusze zazwyczaj nie zwracały na kobietę uwagi, jeżeli nimi nie potrząsała.

Mężczyzna zignorował rozkaz. Zamiast tego przesunął dłonią po jej policzku. Wzdrygnęła się.

 – Wynoś się stąd! – krzyknęła.

– Nie ma mowy – powiedział, a z jego twarzy natychmiast zniknęła bezmyślność. – Zbyt długo cię szukałem.

***

Bolos, bo tak się przedstawił, opowiedział swoją historię. Trafił na Pola Elizejskie wiele wieków temu, chyba wcześniej niż Ava. Nie chciał stracić jasności umysłu, dlatego celowo nie napił się wody z Lete; udał tylko, że to robi. Wegetując w tym miejscu, wielokrotnie żałował tej decyzji. Aż do momentu, gdy usłyszał huk. Rozpoznał ten dźwięk natychmiast – bo on sam, dawno temu, też zapłakał.

Zrozumiał, że gdzieś tutaj jest inna świadoma istota, więc natychmiast ruszył na poszukiwania. Zajęło mu to mnóstwo czasu, ale w końcu się udało. Znalazł tę jedną duszę, która się nie uśmiechała. Która cierpiała w niebie tak jak on.

– Teraz będzie nam łatwiej, bo mamy siebie nawzajem – oznajmił, chwytając kobietę za rękę.

Wyrwała się natychmiast. Ten dotyk, chociaż przyjemny, przypomniał jej mężczyznę, któremu kiedyś zaufała; którego pokochała tak mocno, jak to tylko możliwe. Było im bardzo dobrze. A on pewnego dnia ją porzucił, jakby ich związek nic nie znaczył. Nawet po tylu wiekach wspomnienie bolało, rozdzierało serce.

– Ktoś cię kiedyś zranił? – zrozumiał natychmiast Bolos, kiwając głową. – Wiesz, ja nie jestem nim. Nie możesz się po mnie spodziewać najgorszego tylko dla zasady.

Milczała. Bała się mu zaufać. To przecież mogło skończyć się katastrofą. Gdyby ją w sobie rozkochał, a potem porzucił, cierpiałaby tutaj jeszcze bardziej niż obecnie.

– Martwisz się na zapas, prawda? – odgadł Bolos. – Wyobrażasz sobie, że gdy opuścisz gardę i się do mnie zbliżysz, to ja cię skrzywdzę? Czekałem na ciebie setki lat, szukałem kogoś takiego jak ty. Nie zrezygnuję z tego. Nie zamierzam trwać samotnie i oszaleć do końca.

– Ja nie chcę… – Ava sama do końca nie wiedziała, czego tak właściwie nie chce.

– Skarbie, tutaj trafiają dobrzy ludzie, zapomniałaś? Ja jestem dobrym człowiekiem.

Z wahaniem chwyciła jego rękę. Miał rację. Tutaj trafiali dobrzy ludzie. Nic jej nie groziło. Zdusiła w sobie lęk i niepewność. Niebo ofiarowało jej towarzysza, a ona zamierzała z tego skorzystać. Nie chciała pozostać sama na całą wieczność.

***

Bolos był cudowny. Troskliwy, inteligentny, zabawny. Ava nie mogłaby wymarzyć sobie bardziej idealnego mężczyzny. Uśmiechała się niemal bez przerwy, radość aż się z niej wylewała. Może bogowie celowo zaaranżowali ich spotkanie? Może tak miało wyglądać jej szczęście na Polach Elizejskich? Nie zamierzała narzekać.

I wtedy zaczęło się polowanie. Gdy nagle rozległ się tętent kopyt końskich, Bolos poderwał się nerwowo i pociągnął Avę w stronę kępy złotogłowi.

– Kryjmy się, to bogowie! – krzyknął, popychając ją na ziemię i kładąc się tuż obok. – Teraz bądź bardzo cicho, by nas nie zauważyli.

Niedługo potem pojawiły się białe konie, a na nich – olśniewająco piękne postaci, od których bił delikatny blask. Ava ze zdumieniem rozpoznawała tych, o których uczyła się w szkole. Brodaty Zeus, dzierżący złoty piorun. Sroga Atena, z tarczą i mieczem. Poważna Artemida, trzymająca łuk i strzały. Prześliczny Apollo, wymachujący długą włócznią. Przybysze zaśmiali się radośnie, po czym… zaczęli rzeź. Atakowali biedne, niczego się niespodziewające dusze. Ofiary krzyczały, upadały i krwawiły na wszystkie strony, a bogom wciąż nie było dość. Oddalili się po długim czasie, pozostawiając po sobie setki leżących ciał.

Ava drżała na całym ciele, a Bolos masował ją uspokajająco po łopatkach. Leżąc wśród kwiatów, patrzyli, jak dusze powoli dochodzą do siebie, rany zasklepiają się, a krew znika. W końcu ludzie jakby nigdy nic wstali i wrócili do snucia się po łące. Już zapomnieli o tym, co się wydarzyło.

– Co… Co to było? – spytała kobieta.

– Bogowie wpadają tutaj od czasu do czasu i urządzają sobie małe polowanie. Nie robią tego zbyt często. A może robią, ale w innej części Pól Elizejskich… Doświadczyłem tego tylko trzy razy. Widzisz, jesteśmy ich rozrywką, czy to za życia, czy po śmierci. Dusze tutaj zgromadzone to mięso, którym lubią się bawić. Nie szanują spokoju wieczystego.

– To straszne. Ci ludzie cierpieli. Już tego nie pamiętają, ale cierpieli. Powinniśmy coś zrobić, pomóc im…

– Jak, skarbie? Następnym razem wyskoczysz przed konia i zaatakujesz pięściami Atenę? A może zasłonisz własnym ciałem inną duszę i przyjmiesz cios zamiast niej? Tyle że ty tego potem nie zapomnisz, będziesz wspominać ten ból bardzo długo.

– Czyli mamy po prostu trwać tutaj jakby nigdy nic i chować się jak tchórze w krzakach, kiedy oni przyjadą kolejny raz? Tak ma wyglądać nasze niebo? – wściekła się Ava.

– Chyba… jest pewien sposób. Ale nie gwarantuję rezultatów. – Bolos spojrzał na nią z powagą.

***

– Zwiedziłem spory kawałek terenu, kiedy cię szukałem – mówił mężczyzna. – Pola Elizejskie są wielkie, ale mają swój kres. Otacza je wysoki mur, a w nim tkwi brama. Duża, z drewnianymi wrotami. Myślę, że znajdę do niej drogę.

– Co jest po drugiej stronie?

– Nie wiem, po otworzeniu widać tylko ciemność. Ale bardzo chcę sprawdzić, co znajduje się dalej. Powiem szczerze, że mam dosyć tego miejsca. Ucieknijmy stąd i spróbujmy czegoś nowego. Razem.

– Dlaczego nie przeszedłeś przez nią wtedy? – chciała wiedzieć Ava.

– Widzisz, bo sprawa jest trochę skomplikowana… Żeby otworzyć bramę, trzeba nacisnąć dźwignię. A dźwignia jest sporo kroków dalej. Nie ma opcji, by otworzyć bramę i zdążyć przebiec, zanim się zamknie. Do tego potrzebujemy dwóch osób. Jedna naciśnie dźwignię, a druga przytrzyma wrota i zaczeka na tę pierwszą. Co ty na to?

– I pewnie chcesz, bym to ja nacisnęła dźwignię?

W Avie obudziły się dawne lęki. Przestraszyła się, że Bolos zamierza ją wykorzystać, by uciec stąd bez niej. Planuje ją porzucić. Mężczyzna westchnął i pokręcił głową.

– Czemu dalej mi nie ufasz? Ja nacisnę dźwignię, ty na mnie poczekasz.

***

Po długiej wędrówce dotarli do muru, w którym tkwiła wielka drewniana brama. Bolos zaśmiał się i pocałował Avę w policzek.

– Udało się! Teraz ruszajmy ku przygodzie, skarbie!

– Jak myślisz, co jest po drugiej stronie?

– Może inny raj, na przykład chrześcijański? Albo ziemie niczyje, gdzie nie będzie nikogo poza nami? A może wrócimy na Ziemię i odrodzimy się na nowo? Tak czy inaczej się odnajdziemy. Jesteśmy sobie przeznaczeni. Cokolwiek nas czeka, mamy całą wieczność.

Kobieta podeszła do bramy, a on nacisnął dźwignię. Masywne wrota otworzyły się bezszelestnie. Ava zrobiła krok i przytrzymała je ramieniem, a Bolos puścił dźwignię. Gdy wrota zamknęły się na kobiecie, krzyknęła i cofnęła się szybko.

– Co się stało? – spytał mężczyzna.

– Nie dam rady, jestem za słaba. Nie przytrzymam wrót wystarczająco długo, byś tu dotarł. Miażdżą mnie, to boli. Musimy spróbować odwrotnie, ty masz więcej siły. Ja nacisnę dźwignię.

Bolos wpatrzył się w nią uważnie.

– Jesteś pewna?

– Tak – odparła.

Zdała sobie sprawę, że mówi szczerze. Już się nie bała zdrady ani porzucenia. Ten mężczyzna jej nie zostawi. Poczuła się uskrzydlająco wolna z tą świadomością.

Nacisnęła dźwignię. Patrzyła, jak Bolos powoli wchodzi w bramę, odwraca głowę i uśmiecha się do niej triumfująco, po czym… przechodzi na drugą stronę i znika. Tak po prostu. Bez słowa. Została sama.

***

  Ile to już trwało? Setki lat? Tysiące? Zanim Ava poznała Bolosa, myślała, że gorzej być nie może. Myliła się. Tamto trwanie w beznadziei było dużo lepsze niż obecne trwanie z myślą, że porzucił ją ktoś, komu bezgranicznie zaufała. Nie sądziła, że można cierpieć aż tak. Czas wcale nie leczył ran. Rozdrapywał je wciąż na nowo. Poczucie zdrady nie zelżało nawet odrobinę.

– Witaj, skarbie – usłyszała pewnego razu za plecami.

A więc oszalała, zaczęły się halucynacje. Zaśmiała się gorzko. Nawet się nie odwróciła.

– Spodziewałbym się cieplejszego przyjęcia – powiedział Bolos, siadając przed nią w trawie.

– Ty… To naprawdę ty! Cholerny, zdradliwy…

Rzuciła się na niego z pazurami. Machnął od niechcenia ręką i kobieta zatrzymała się w powietrzu tuż przed nim, pochwycona niewidzialną siłą. Nie mogła się ruszyć.

– Kim ty jesteś? – spytała z trudem.

– Ach. Może wypada, bym się przedstawił moim kompletnym imieniem. Diabolos, szanowna pani. – Ukłonił się zamaszyście. – Ukażę się w formie, którą łatwiej ci będzie skojarzyć. – Na jego głowie pojawiły się rogi, a stopy zamieniły się w kopyta.

– Jesteś diabłem! To niemożliwe! Przecież trafiłam do nieba! W dodatku greckiego, pogańskiego!

– Doprawdy? Zastanów się. Czy przez większość czasu czułaś się jak w niebie? Charon to ogromny pająk, a ty się potwornie boisz pająków. Twoje początki tutaj to nieustająca bezczynność, a przecież ty nienawidzisz bezczynności. Przez ostatnie setki lat cierpiałaś z powodu porzucenia, a ty się cholernie boisz bycia porzuconą. Tyle razy myślałaś, że znajdujesz się w piekle, bo faktycznie znajdujesz się w piekle, skarbie. Stworzonym specjalnie dla ciebie.

– Przecież… nie powinnam trafić do piekła. Ja… jestem dobrym człowiekiem!

Diabolos zaśmiał się w głos.

– Skarbie, daleko ci do dobrego człowieka. I jesteś tak zapatrzona w siebie, że w ogóle tego nie zauważasz.

Avę nagle olśniło. Nie bała się wody za życia, a odkąd trafiła tutaj, każde zbliżenie się do rzeki czy strumienia wywoływało u niej strach. Czy to możliwe, że…

– Utonęłam, prawda? – spytała. – Popełniłam samobójstwo? I to dlatego zostałam potępiona?

– Tak, utonęłaś. Ale to był wypadek, nie zrobiłaś tego celowo. Skazaliśmy cię na wieczne cierpienia z innych powodów.

– Dlaczego?

– Bo jesteś złym człowiekiem – oznajmił diabeł przesadnie cierpliwym tonem, jakby zwracał się do małego dziecka. – Pamiętasz, skąd się wziął twój strach przed pająkami? Jako dziecko znęcałaś się nad młodszym bratem, straszyłaś go przy każdej okazji, aż miał koszmary. Doprowadziłaś go do takiej desperacji, że pewnego razu nazbierał słoik pełen pająków i wsadził ci je do ust, gdy spałaś.

– Ja się z nim tylko droczyłam, nie chciałam…

– Nie chciałaś, jasne. Biedaczek regularnie moczył łóżko, a ty się z niego naśmiewałaś. A ten mężczyzna, który „zostawił cię bez powodu, gdy tak dobrze wam było razem”? Przypomnij sobie wszystko. Swoją chorobliwą zazdrość, swoje awantury o nic, swoje nieustanne narzekanie. Miał pełne prawo odejść. Dziwię się, że wytrzymał z tobą aż tyle. Wiesz, jak bardzo uszkodziłaś mu psychikę? Wybaczał ci wiele, bo cię kochał. Ale czasami sama miłość nie wystarczy.

– Nie, to nie tak… Nie powinien rezygnować, odchodzić…

– A pamiętasz ten dzień, gdy szłaś ulicą i motocyklista miał wypadek? Upadł tuż przed tobą, cały zakrwawiony. Nie pomogłaś mu. Patrzyłaś po prostu na niego, tak jak patrzyłaś tutaj na te biedne dusze, dręczone przez bogów. Gdybyś w porę zareagowała, przeżyłby.

– Zamarłam, nie wiedziałam, co robić…

– I nie przeszkadzało ci to potem rozpowiadać z ekscytacją na prawo i lewo, że widziałaś śmiertelny wypadek. – Diabolos pokręcił głową z przyganą. – No i twoja śmierć… Byłaś na wyjeździe z koleżankami, cały czas trułaś im o porzuceniu przez chłopaka, chciałaś rozmawiać tylko o tym. Gdy jedna z nich ośmieliła się napomknąć o własnych problemach, obraziłaś się, że próbuje zabrać ci uwagę otoczenia. Z wielkim fochem wypłynęłaś łódką na jezioro, mimo że zbliżała się burza. Czego ty oczekiwałaś? Że zaczną cię w panice szukać, bo tyle dla nich znaczysz? Że uratuje cię ktoś inny i znajdziesz kogoś nowego, by zgrywać ofiarę? Fale wywróciły łódkę, utonęłaś. Świat wreszcie mógł od ciebie odpocząć. Jesteś złym człowiekiem. I moja w tym głowa, byś dostała piekło, na jakie zasługujesz.

– Co… Co teraz? – spytała Ava.

Z jej oczu spływały łzy, ale nie rozległ się żaden huk. Ta maskarada przestała już być potrzebna.

– Teraz zabiorę cię do innego piekła, skarbie – oznajmił Diabolos, zacierając ręce. – Wymażę ci pamięć i zabawa zacznie się od nowa. A potem jeszcze raz i jeszcze. Mamy całą wieczność, skarbie.

13. Piotr Orzechowski: "Droga ku zapomnieniu"

– Przytłoczyło mnie to wszystko… – westchnął posępnie Argos, zwieszając głowę nad podkulonymi kolanami. Sto wypełnionych dogłębnym smutkiem oczu, jakie pokrywały całe jego olbrzymie ciało, przymrużyło się, jakby chciało powstrzymać napływające zewsząd łzy, lecz nie zamknął żadnej gałki. Wbrew powszechnym przekonaniom mógł to zrobić, acz nie chciał, gdyż wtedy, zamiast widzieć to, co jest wokół niego, przed każdą z nich dostrzegał inne światy i krainy. A te obrazy były dla niego jeszcze boleśniejsze, niż rzeczywistość, w której jemu samemu przyszło egzystować.

– Wiosłuj, nie gadaj… – odparł beznamiętnym tonem Charon. Zakapturzony, brodaty starzec wbił bosak w dno, aby przeciwstawić się nurtowi Styksu, wyraźnie niezadowolony z opieszałości pasażera.

– Dlaczego każda historia musi być zbudowana na cierpieniu? – syknął kolos, ponownie chwytając rękojeści rudli, a jego masywne ramiona nadały krypie zawrotnej prędkości. Sam ledwo mieścił się w pordzewiałej łodzi, której opłakany stan sprawiał wrażenie, że tylko cudem ktoś tak wielki na pokładzie nie doprowadził do jej zatonięcia. – Gościłeś na tej łajbie tak wielu zmarłych, czy któryś z nich podzielił się choćby jedną radosną i beztroską opowieścią? – dopytywał, jednak przewodnik uporczywie milczał, niezbyt zainteresowany pogawędką z kimkolwiek. – Po twojej minie wnoszę, że nie… – westchnął, niezrażony apatyczną postawą towarzysza. – Moim przekleństwem jest to, że widzę absolutnie wszystko… Każdy skrawek ziemi, każdą myśl, każdy ludzki sen… Każdą boską niegodziwość i wszelkie łajdactwa, jakich dopuścił się człowiek… Nawet teatralne sztuki zawsze wiążą się z jakimś dramatem… Nie mówię tylko o tragediach, ale nawet komedie opierają się na szyderstwie, drwinie i prowadzą do bagatelizacji prawdziwych problemów…

– Nie mów nic. O niczym. – Polecił stanowczo Charon, syknąwszy ten rozkaz pozbawionym emocji głosem, jaki zdawał się wybrzmiewać z ponurej otchłani bezkresnej, czarnej rzeki.

– Jasne, ludzi to bawi, pozwala z dystansem spojrzeć na dotykające ich niesprawiedliwości, jakoś to przetrwać, ale ja w każdym żarcie dostrzegam szerszy kontekst i zamiast śmiechu, wzbudza to we mnie przerażenie… – Olbrzym nie posłuchał, pragnąc za wszelką cenę podzielić się swoimi rozterkami. – Weźmy na przykład Sokratesa, wiozłeś go niedawno, prawda? – Tym razem przewoźnik chrząknął jedynie, wyrażając narastające niezadowolenie. – Wiedziałem, że zginie, na długo przed tym, jak zapadł wyrok śmierci… Zrozumiałem to oglądając „Chmury” Arystofanesa… Widownia bawiła się przednio, nieświadoma, że w ich głowach zasiane zostały ziarna pogardy… I te trujące latorośli wykorzystał Meletos! Podły głupiec nie potrafił zwyciężyć w słowach, więc urażony postanowił się zemścić. A lud poparł go, bo leniwym obywatelom nie chciało się zbytnio rozsądzać zasadności oskarżeń, zwłaszcza, że gdzieś im w myślach świtało, iż to wichrzyciel powszechnego porządku, łapserdak najgorszy i krzewiciel zła. Że to w sztuce tylko było, nikt już nie pamiętał! Wszystkim się tak skojarzyło, także być tak musiało, wszak każdy widzi, że młodzież nieraz szacunku starszym nie okazuje! Bogowie brońcie winy szukać w rodzicach, iż rzekomo wychować nie potrafią! Toż to oczywista sprawka sofistów, że dzieci im buntują!

– Jesteśmy. – oznajmił Charon, dobijając łodzią do skalistego brzegu.

– A cóż ten Sokrates uczynił złego? Chciał tylko, żeby Ateńczycy myśleć więcej zaczęli… I może to im tak przeszkadzało, bo człowiek myśleć zbyt dużo nie lubi… – Argos wciąż siedział na pokładzie, zbyt pogrążony we własnym monologu, aby usłyszeć przewoźnika. To zaś rozsierdziło do reszty brodatego starca, który bez zawahania zdzielił towarzysza podróży drągiem służącym mu do kierowania statkiem.

– Niemal każdy, kogo przewożę, tylko wylewa swe żale… – warknął Charon, tym razem donośnym, wręcz gniewnym tonem. – Raz na dziesięć tysięcy zmarłych trafi się ktoś, kto płynie ze mną rozradowany… Kto nie rozpacza nad swą śmiercią czy niesprawiedliwością, jaka go dotknęła, ale cieszy się, iż już jest wolny od tego, co złe. Ten, za którym tak tęsknisz, na nic się nie skarżył. Wiedział, że zachował czystość sumienia. Nie oglądał się na innych, nie płakał nad ich zbrodniami, ale ekscytował się tym, iż właśnie zmierza na poznanie największej tajemnicy człowieka, sekretu, który odkryć można wyłącznie po śmierci. Rozumiał, że odpowiada tylko za swoje życie, a to wiódł zgodnie z własną moralnością, nikomu nie szkodząc i wspierając tych, którzy byli otwarci na jego pomoc. Nie zasłaniaj się śmiertelniku innymi żywotami, acz bacz, żebyś duszy swej nie skalał! Tylko tyle możesz i tylko tyle wystarczy. Jeżeli zaś niecne swe czyny innych błądzeniem usprawiedliwiasz, sam zbaczasz z drogi do szczęścia i tylko siebie możesz za to winić! – Słowa te wybrzmiały z jego skrytych pod kapuzą ust nad wyraz surowo. – A teraz idź precz, sąd na ciebie czeka! – rozkazał, wskazując olbrzymowi ścieżkę prowadzącą do wznoszącej się nieopodal budowli.

Gigant wszedł po kamiennych schodach, zgłębiając się między masywne kolumny, jakie pięły się tak wysoko, iż nawet on nie dawał rady dostrzec ich skrytych w mroku szczytów. Zdawało się nawet, że są to filary podtrzymujące sklepienie podziemi. Nie na nich jednak skupił swój wzrok, acz na trzech sędziach zasiadających na kamiennych tronach. Największe z królewskich siedzisk, a zarazem ustawione pośrodku, zajmowane przez Minosa, zdobione było złotymi motywami statków. Najmniejsze, po lewej, zwieńczone było mosiężnymi figurkami przedstawiającymi sowy, które zdawały się stać na ramionach zasiadającego tam Radamantysa. Ostatnie zaś miało wgłębione w siebie miecze, których ostrza krzyżowały się nad głową Ajakosa.

– Wielcy mędrcy, którzy wielokrotnie udowodnili swą sprawiedliwość! – Argos momentalnie upadł przed nimi na kolana, szczerze wielbiąc ich chwalebne historie i obdarzając ich należnym szacunkiem. – Przybywam przed wasze oblicze, abyście ocenili mój żywot i wydali swój wyrok! Nigdy nie wystąpiłem przeciw bogom czy ludziom! Zawsze wiernie pełniłem swą służbę! Przeto błagam was, abyście pozwolili mi znaleźć ukojenie duszy na Elizejskich Polach!

– Życie twoje świadczy za tobą, lecz śmierć cię obciąża… – wetchnął Minos, a jego słowa przeszyły serce kolosa.

– Co żem ja winny, że mnie uśpiono i zabito?! – zawołał rozgoryczony olbrzym, nie potrafiąc pojąć sensu słów sędziego.

– Sam żeś się Hermesowi poddał, niczym tchórz największy! – oskarżył go nader surowym tonem Ajakos.

– Wszak dobrze wiedziałeś, co zamierza! Oczy twe wszystko dostrzegają! Nie możesz skłamać, żeś się podstępu nie spodziewał, skoro przejrzałeś go, jeszcze zanim po flet sięgnął! – poparł go momentalnie Radamantys.

– O wielcy mędrcy, królowie sprawiedliwi… Cóż ja poradzę, iż dłużej swej klątwy nie dałem rady dźwigać? Zrozumcie mnie proszę! Tyle bólu i cierpienia, ile oglądać byłem zmuszony, serce me na kawałki rozdzierało! Czym sobie zasłużyłem na te wieczne katusze? Jaki grzech popełniłem, by ludzką i boską zbrodnię codziennie musieć widzieć? Jedno jest tylko miejsce, gdzie ukojenie mogę odnaleźć. W Elizjum są dusze dobre i czyste, tam szczęście panuje i radość! Przez śmierć droga do tej krainy prowadzi, toteż ścieżką tą podążyłem, zmęczony tkwieniem w ziemskiej niedoli… Pozwólcie mi spocząć wśród złotników i topoli, abym już nigdy przemocy i zawiści nie dostrzegł!

– Samobójstwo do zatracenia prowadzi, zbagatelizować tego nie możemy… – Minos pozostawał nieprzejednany.

– Bogów zawiodłeś, warty swej niedopełniając… – dodał do tych oskarżeń Ajakos.

– Ale każdy, kogo serce sprawiedliwość wypełnia, motyw twój pojmuje… – Jedynie Radamantys wstawił się za nim.

– Kara niemniej cię nie minie… Ale i szansę dostaniesz, aby raju doczekać… – podjęli trzej naraz, jednym głosem wydając wyrok, jakby wspólny umysł, a nawet i język dzielili. – Oczy twe na powierzchnię wrócą, pawie ogony przyozdobią. Stamtąd będziesz świat ludzi oglądał, aby razem z nimi dzielić smutki i radości! Sam natomiast spoczniesz nad brzegiem Lete. Z rzeki zapomnienia będziesz mógł pić, kiedy tylko zapragniesz, aby złe wspomnienia wyrzucić, ale wraz z nimi i dobre przepadną. Na Pola Elizejskie natomiast udasz się dopiero wówczas, jak z ziemi zniknie niesprawiedliwość. Gdy zło i występek przestanie gościć w jestestwie człowieka, wtedy i ty odnajdziesz usłaną złotnikami drogę, wiodącą ku kwitnącym topolom.

Tak zakończył się sąd nad biednym Argosem. Udał się nad wskazany brzeg, skąd po dziś dzień czerpie wodę ze źródła amnezji. I czeka, aż ludzie przestaną się kłócić, mordować i niszczyć. Aż stworzą sobie wzajemnie raj, aby i on mógł spocząć w krainie szczęśliwości.

14. Andriej Kotin: "Inne Plany"

Pensjonat Elizjum znajdował się przy ulicy Prostej, ale dojazd do niego był bardzo skomplikowany. Aby trafić na parking przyczajony z tylnej strony budynku, należało zaraz po minięciu oficjalnego wejścia skręcić w niemożebnie wąski kamienny korytarz, uważając na chwiejną brązową bramę. Nawigacja o istnieniu owego ucha igielnego najwyraźniej nie wiedziała (zaprawdę powiadam: łatwiej bogatemu wejść do królestwa niebieskiego), toteż kazała mi krążyć dwa razy pod rząd tą samą trasą, aż w końcu jakiś sędziwy dżentelmen z papierową torbą uprzejmie zaproponował: „Wyłączy pan tę zabawkę i mnie posłucha.”

Schludny dwuosobowy pokój przerastał wprawdzie moje oczekiwania, ale tylko dlatego, że spodziewałem się kompletnej katastrofy. Tymczasem wnętrze robiło znacznie lepsze wrażenie niż fasada. Było tam w sumie wszystko, czego ciało zapragnie, o duszę zaś dbały wiszące nad szerokim łóżkiem i jeszcze szerszym telewizorem maziaje jakiegoś lokalnego Moneta bez najmniejszych perspektyw monetyzacji.

Podróżowałem sam, po prostu zabrakło wolnych jedynek, a przyzwoita cena i perfekcyjne położenie – pięć minut piechotą do uczelni, gdzie miałem wygłosić wykład gościnny – sprawiły, że nawet nie sprawdzałem innych ofert. Zresztą, klikając w „zarezerwuj teraz i ciesz się rabatem 10% na następną wizytę”, uznałem, iż jedną noc przetrwam właściwie w dowolnych warunkach. Jak powiedziałby uprzejmy osiemnastowieczny narrator: „Ach, czytelniku! Skąd mogłem wiedzieć, co za noc mnie czeka?”.

Publiczność uniwersytecka składała się głównie ze studentów, studentek i osób studenckich odeskortowanych przez moją koleżankę, na której zaproszenie przyjechałem. Według rozkładu prowadziła o tej godzinie zajęcia, więc moich wywodów na temat stoickiej filozofii śmierci nie słuchali dokładnie tak samo, jak nie słuchaliby opowieści o stygmatyzacji pracownic seksualnych w krajach trzeciego oka.

Najgorsze, że prawdziwe pobudki całego tego przedsięwzięcia były mi doskonale znane. Otóż Hanię interesował nie tyle odczyt, ile raczej odczytujący. Wycelowane we mnie nadzieje snuła od czasów liceum, dając do zrozumienia – mniej lub bardziej wprost, w zależności od ilości spożytych trunków – iż jesteśmy sobie pisani. A ja… Cóż ja? Czy to z wrodzonej nieśmiałości (zwłaszcza w kobiecym towarzystwie), czy ze względu na okolicznościowe profity zaistniałej sytuacji, nigdy nie postawiłem sprawy jasno. Widywałem się z nią sporadycznie, za wyjątkiem jednej dłuższej przerwy (do której jeszcze nawiążę), i zawsze dręczyła mnie podczas tych naszych spotkań dziwna mieszanina durnowatej męskiej dumy i czegoś w rodzaju poczucia winy, które – przewrotnie – tę dumę podbudowywało.

Tamtego piątku wizja wspólnego spędzenia reszty dnia (zaplanowała wszystko co do godziny: obiad, skansen, koktajle, koncert „Chopin na jazzowo”) jakoś szczególnie ciążyła mi na sercu, tak więc po odhaczeniu pierwszej połowy programu rekreacyjnego włączyłem wsteczny. Przeprosiłem i powołując się na kiepskie samopoczucie, wróciłem do pensjonatu. Na miasto już nie wychodziłem, ogólnie nie wynurzałem się z pokoju z obawy przed zetknięciem się z Hanią, choć byłem prawie przekonany, że zostanie w domu, topiąc gorzkie żale w słodkim winie.

Długo nie mogłem usnąć. Doczytałem wybitnie płytką powieść, okrzykniętą „najwybitniejszą książką roku” przez kilkunastu publicystycznych ważniaków. Otworzyłem chrupki o smaku krewetek i włączyłem telewizor, przeglądając bogatą w nędzę ofertę kanałów publicznych i prywatnych. Wytrzymawszy paręnaście minut sensacyjnego badziewia o twardzielu mszczącym się na mordercach jego siostry, przełączyłem na przygnębiająco nieśmieszną komedię, z niejasnych przyczyn nazwaną romantyczną, a potem zatrzymałem się ciut dłużej przy debacie przedwyborczej. Pytanie, na które rzekoma większość widzów pragnęła uzyskać odpowiedź od potencjalnej głowy państwa, brzmiało: „Ile jest płci?”. Jeden z kandydujących, westchnąwszy głęboko, odrzekł: „Proszę państwa, to trudny temat. Myślę, że homoseksualiści byli, są i będą.” 

W tym momencie kurtyna mojej cierpliwości opadła, pogrążając pokój w egipskich ciemnościach, jak ujęłaby to pewna studentka lubująca się w utartych związkach frazeologicznych, która za żadne skarby świata nie chciała zrozumieć, dlaczego należy takich rzeczy unikać. Bohaterowie jej opowiadań – na szczęście, wyjątkowo krótkich – nigdy nie kładli się wcześnie, tylko chodzili spać z kurami; nigdy nie zasypiali, lecz udawali się albo wpadali w objęcia Morfeusza. 

A propos syna Hypnosa. Ludzie zamykający oczy i pochrapujący błogo zaraz po dotknięciu poduszki to dla mnie istoty, wobec których od najmłodszych lat żywiłem zajadłą zazdrość i podejrzliwość. Nie ufam, instynktownie nie ufam tym wciąż wypoczętym farciarzom  o czystym sumieniu i ujarzmionej wyobraźni. Rodzice wspominali, że byle chrupot, byle wrona potrafiły bezpowrotnie wybudzić mnie z niemowlęcego snu, płytkiego niczym sztuka instalacyjna. Zasypianie zaś stało się moją zmorą mniej-więcej w okresie dojrzewania i podstępnie podtruwało lata studenckie, kiedy to nie ja, lecz moje dziewczyny odwracały się po ukończeniu ceremonii twarzą do ściany, aby beztrosko śnić sobie o zaliczonej sesji, nie domyślając się, przez jakie katusze musiałem przechodzić, sam na sam z panoszącą się paniką. 

Owszem, nocna bezsenność z upływem czasu przyprowadziła ze sobą obsesyjny strach ni to przed śmiercią, ni to przed obłędem. Wędrując od łóżka do okna i z powrotem, nadzorowałem toczącą się we mnie walkę umysłu z oddechem, imaginacji z rozsądkiem, wszystkiego ze wszystkim. Regularność tego okropnego doświadczenia łaskawie stępiła jego najdotkliwsze objawy, dlatego tamtej nocy, w pensjonacie Elizjum, już nie biegałem po pokoju jak obłąkany, nie wzywałem do hipotetycznej siły wyższej, światła także nie zapalałem. Po prostu leżałem, wiercąc się z boku na bok, i czekałem na tę miłosierną chwilę, gdy ochoczy duch przegra wreszcie ze słabym ciałem. Odkąd siebie pamiętam, nie mogłem pojąć, jak to się dzieje, że ludzka świadomość znienacka skacze w otchłań haniebnego samozapomnienia, nie będąc w stanie uchwycić procesu przejścia od władczej obecności do ostatecznej, uwłaczającej utraty kontroli. Wszak jeszcze niedawno, dosłownie kilka minut temu, złościłem się na migającą czerwoną kropkę w detektorze dymu nad łóżkiem, szukałem po omacku butelki na szafce, sprawdzałem w telefonie godzinę, a teraz wędruję jakąś zawiłą wyboistą ścieżką, otoczony przez skaliste górskie pasmo i połyskujące złotą mgiełką, ogromne jezioro daleko na dole. Jak się tu znalazłem? Spojrzałem na przyczajone  za chmurami słońce – i wtedy dopiero dotarło do mnie, co jest grane.

Spałem i śniłem, nie było tu żadnych powodów do zwątpienia, a jednocześnie pozostawałem w pełni świadom zdarzeń, jakie miały miejsce wcześniej. Wiedziałem, że kwadrans po północy skorzystałem z toalety, o w pół do pierwszej miałem lekki atak zgagi, około drugiej dwadzieścia ściągnąłem podkoszulek, uznając, że kołdra jest za gruba… Pamiętałem też doskonale cały miniony dzień: prowokująco pustą autostradę, przygody nawigacyjne, czcigodnego dziadka z torbą ilustrowaną podobizną autorki Nad Niemnem i rozległym cytatem z tegoż dzieła, efemerycznie euforyczną Hanię i jej wiecznie podkrążone oczy, późny wieczór w pokoju, żmudną bitwę o sen – wszystko pamiętałem, oprócz momentu zaśnięcia, którego, z natury rzeczy, nie pamięta się nigdy. I oto jestem tam, gdzie jestem, wśród gołych gór, chudych chmur, rosistych roślin.

To, co uznałem wpierw za jezioro, okazało się rzeką. Zmyliły mnie potężne promienie przebijające się przez niskie obłoki, zamieniając giętki zakręt w iluzję wybrzeża. Szedłem szybko, ciągle przed siebie, niby w swoim ciele, ale jakimś wewnętrznie odmienionym: lżejszym, swobodniejszym i nieco przeźroczystym. Idąc, biegnąc wręcz, zastanawiałem się nad tym, co zaszło, odczuwając narastający niepokój. Zaczynałem mianowicie nabierać podejrzeń, że zamierzchłe zabobony mają w sobie trochę albo i sporo prawdy, a cząstka mnie, zwana potocznie duszą, raczyła opuścić… 

Ujmę to krótki: doszedłem do wniosku, że nie żyję. Nocny zawał, wylew, wybuch gazu w budynku, którego najlepsze lata przeminęły wraz z epoką międzywojenną (chociaż tak naprawdę każda epoka jest międzywojenna) – mogło to być cokolwiek. Przyczyny naturalne, nieszczęśliwy wypadek czy udział osób trzecich – co za różnica? Grunt, że umarłem, nie zdążywszy się obudzić, i w ten sposób poniekąd przegapiłem własną śmierć (podobnie jak co noc przegapiamy chwilę zasypiania). 

Droga, którą bezcelowo pędziłem, schodziła coraz niżej. W końcu zaprowadziła mnie do rzeki, w tamtym miejscu akurat wielce wąziutkiej i płytkiej, dzięki czemu mogłem wyraźnie zaobserwować, co się dzieje po drugiej stronie. Dostrzegłem naprzeciwko siebie, w odległości może dziesięciu kroków, innych ludzi, którzy ewidentnie stali jeszcze niedawno na moim miejscu, później zaś przeszli rozdzielającą nas rzekę w bród. Spróbowałem podążyć za ich przykładem, ale nie mogłem zbliżyć się do wody, jak gdyby powstrzymywała mnie niedostrzegalna przeszkoda. Poddając się, ruszyłem wzdłuż rzeki, spoglądając nieustannie na wędrowników, do których nie było mi dane dołączyć. Wyglądali zwyczajnie, tyle że również sprawiały wrażenie delikatnie prześwitujących. Natomiast krajobraz na przeciwległym brzegu, za wyjątkiem obfitej górzystości, w niczym nie przypominał okalającej mnie kamienistej pustyni. Falujący fiolet lawendowych dywanów ciągnął się w nieskończoność, a pojedyncze topolo- i cyprysopodobne drzewa bacznie czuwały nad tą wzniosłą, niezakłóconą beztroską, której nie mogłem wprawdzie doświadczyć osobiście, aczkolwiek jej oddziaływanie było wszelako zauważalne. Trochę jak wichura za zamkniętym oknem: nie czujesz jej, ale widzisz, co wyprawia z banerami na przykościelnym płocie. 

Wpatrywałem się, zdumiony, w tajemnicze twarze, podziwiając niezmąconą jasność spojrzeń, rozważną różnorodność rysów – ani starych, ani młodych, tylko takich, nad którymi czas i przemijanie zdawały się nie mieć żadnej władzy. Nagle mnie zamurowało, ponieważ jedną twarz – jedną jedyną wśród wirującej wielości – poznałem natychmiast. Wykrzyknąłem jej imię, zanim zdałem sobie z tego sprawę: pięć liter zamkniętych w trzech jakże muzykalnych sylabach rozdziewiczyły dotychczas nieme powietrze. Spojrzała na mnie dopiero gdy przechwyciła mój wzrok i zrozumiała, że jest skierowany na nią. 

– Co się dzieje? – zawołałem rozpaczliwie. – Gdzie się znajdujemy?

– Nie ma pojęcia! – odparła, uśmiechnięta. – Ale bardzo tu pięknie! A kim właściwie jesteś i czemu nie podejdziesz bliżej?

– Nie potrafię! Czekaj… To ty mnie nie poznajesz?

– A powinnam? – jej zdziwienie brzmiało rozbrajająco autentycznie. – Nie kojarzę cię. Niczego zresztą nie kojarzę, od kiedy napiłam się tej cudownej wody.

– Jakiej wody?

– Ano właśnie tej, do której, jak twierdzisz, nie możesz wejść – powiedziała, wskazując kiwnięciem na krystaliczno przejrzystą rzekę o szmaragdowo-błękitnym zabarwieniu. – Dziwna sprawa, wiesz? Jej smak to ostatnia rzecz, jaką pamiętam, ale jestem pewna, że nigdy nie piłam nic równie dobrego. Ta woda wymiata, mówię cię!

Cała ona: słownictwo, gestykulacja, mimika. A zarazem jakby ktoś inny. Ktoś, dla kogo jestem obcą osobą albo halucynacją, senną zjawą. Czy to możliwe? Czy rzeczywiście o mnie zapomniała?

Poznaliśmy się na przedostatnim roku moich studiów licencjackich. Udzielałem korepetycji jej młodszemu o dwa lata bratu, a ona była świeżo po maturze i stała przed niełatwym dylematem: psychodietetyka czy kosmetologia? Niby niewiele nas łączyło, ale zadurzyliśmy się w sobie do nieprzytomności. Trwało to trochę ponad półtora roku (wtedy właśnie zaprzestałem spotkań z Hanią), co i tak uznaję, retrospektywnie, za cud, biorąc pod uwagę nasze kompletnie – mogłoby się zdawać – niepołączalne charaktery, rytmy życiowe, wyglądy i poglądy. Tych ostatnich nie posiadała w nadmiarze, trzymała się z daleka od potyczek ideowych, ale jeśli już skręcała z obranej ambiwalentnej ścieżki, to zawsze w prawo (nazywałem ową przypadłość syndromem ronda). Zaliczyliśmy wykańczająco lubieżną odyseję po ziemi podlaskiej, zanurzyliśmy się w wodach adriatyckich, zwiedziliśmy oczywistą Wenecję i mniej oczywistą Brugię. A pewnego letniego popołudnia, w ezoterycznie udekorowanej altance jej ciotki Czesławy – niespełnionej malarki i jeszcze bardziej niespełnionej małżonki – oznajmiła mi, iż nasza wspólna podróż dobiegła końca. 

Przez jakiś czas walczyłem o jej powrót, choć równie dobrze mógłbym polować na wiatr, a po kilku miesiącach przyzwyczaiłem się do tej specyficznej, dudniącej pustki w sercu, którą dorywczo naruszało nieproszone widmo lub echo spod obciążonego nostalgią wiaduktu. Lata mijały, szwy rozpuszczały się, ale gdzieś głęboko pod blizną pulsował kiedy niekiedy błogi bezwiedny ból.

– A co z ciężarną jamniczką w Dubrowniku? A kościółek w Caorle, o którym żartowałaś, że zaraz porwie go fala? Tego też nie pamiętasz?

– Przykro mi – wzruszyła ramionami tak czule i powabnie, jak tylko ona potrafiła. – Ale to, co wymieniłeś, brzmi bardzo ładnie! Pasuje do tej muzyki.

– Muzyki? – spytałem, osłupiony. – Jakiej znów muzyki? O czym ty mówisz?

– Nie słyszysz? Niemożliwe! Przecież ona jest… – spojrzała, śmiejąc się, dookoła – ona jest wszędzie! Nie wiem, co to za instrument, chyba lira. Pójdę zobaczyć, czy to nie za tamtym pagórkiem.

– Czekaj! – krzyknąłem. – Nie odchodź! 

Ale ona już pofrunęła w głąb kwitnących pól, ku porosłemu asfodelem wzgórzu, i niebawem zniknęła mi z oczu. 

Czy naprawdę była tą, którą w niej rozpoznałem? Dlaczego ją zobaczyłem? Czemu nie mogłem dostać się na drugi brzeg? Głowiąc się nad tym wszystkim, przypomniałem sobie, że wedle większości znanych mi wierzeń, po opuszczeniu swej ziemskiej skorupy dusza obserwuje ją z zewnątrz, ma – że tak powiem – wgląd do miejsca poprzedniego zameldowania. Podniosłem zatem wzrok ku niebiosom i desperacko wezwałem sam nie wiem do kogo, pytając nieomal z płaczem: „Czy zmarły człowiek może zobaczyć swoje ciało?”. 

Ledwo wypowiedziałem te słowa, jak poczułem nacisk nie do zniesienia: oto ktoś niezrównanie większy i silniejszy usiłuje wcisnąć mnie do nazbyt ciasnego naczynia. A chwilę potem się obudziłem. Gorączkowo szukając lampki, przewróciłem butelkę regionalnej wody mineralnej Leta i drżącą dłonią namierzyłem telefon. Siódma trzydzieści, śniadanie właśnie się zaczęło.

Z bohaterką mojego snu nie miałem kontaktu, odkąd rozstaliśmy się definitywnie, ale po tym, co przeżyłem w nocy, musiałem do niej napisać. Zacząłem od banalnego „Cześć, co u ciebie słychać?”. Wkrótce zadzwonił do mnie jakiś nieznany numer. Odebrałem. Był to jej brat, który, tłumiąc spazmy, powiedział, że wczoraj wieczorem zginęła w wypadku samochodowym. 

Siedziałem w konsternacji przez jakieś pół godziny albo przez resztę życia, nie jestem pewien. Później się podniosłem albo i nie. Wiem tylko, że dostałem jeszcze wiadomość od Hani. Pytała, czy jestem jeszcze na miejscu, bo chciałaby się ze mną spotkać i porozmawiać o pewnej ważnej sprawie. 

Odpisałem, że mam niestety inne plany.

15. Nina Olejniczak: "Bestia"

Helena leżała na łóżku, na pościeli, którą kupiła kilka dni wcześniej, i czego w tamtym momencie bardzo żałowała. Zimny satynowy materiał przylegał do ciała, oślizgły i mokry, co jedynie wzmagało uczucie wstrętu.

Trwała w absolutnym bezruchu. Co noc kładła się do tego łóżka i co noc obserwowała, jak miasto za oknem jaśnieje powoli, z godziny na godzinę odsłaniając więcej swoich sekretów. Nie spała już od kilku lat. To właśnie w nocy było jej najtrudniej – pozbawiona wszelkich bodźców, nie była w stanie się uspokoić. Zbyt świadoma ciała, w którym żyła, by zasnąć, ale jednocześnie zbyt zmęczona, by cokolwiek robić. Leżała więc na wznak, z głową odwróconą w stronę okna, i czekała, w ciszy i kompletnym bezwładzie.

Nie chciała umrzeć. Chciała jedynie być sobą. To coś – to ciało – nie należało do niej. Ona je jedynie zamieszkiwała, wbrew swojej woli. Całe życie czuła się jak android, jak świadomość uwięziona w skomplikowanym mechanicznym systemie, który był sprzeczny z jej naturą.

Miała już dwadzieścia lat. Wraz z wiekiem przyszła przykra realizacja, że jest osamotniona w swoich udrękach. Nikt jej nie rozumiał, dlatego dość prędko zamknęła się w sobie, nieufna wobec świata i tej obcej białej figury.

Na co dzień żyła sama. Nie miała znajomych ani przyjaciół. Nigdy nie miała też chłopaka. Tylko raz się z kimś przespała, w wakacje przed pierwszym rokiem studiów  – dała się omamić swojemu nowemu życiu, wielkiemu miastu i możliwościom, które nagle się przed nią otworzyły. Myślała, że jest dorosłą, autonomiczną jednostką, i przez krótką chwilę naprawdę wierzyła, że może udawać bez końca.

Rzecz jasna bardzo szybko tego pożałowała – jej czas deprawacji i rozpusty trwał ledwie miesiąc i zakończył się w dniu, w którym wylądowała w łóżku z tamtym chłopakiem. Gdy ją objął, cała zesztywniała. Obrzydzało ją, gdy jej dotykał, nienawidziła, że przypominał jej o tym, że jest człowiekiem. Robiło jej się niedobrze, gdy głaskał jej białą skórę, gdy ją całował, gdy chwalił jej figurę. Nienawidziła każdej jednej sekundy, a najbardziej nienawidziła świadomości, że gdyby była normalna, to zapewne by się jej podobało. Po wszystkim ubrała się, mówiąc, że nie może zostać na noc. Skłamała, że mieszka w akademiku. Obiecała, że zadzwoni, że niedługo się zobaczą. Po wyjściu z budynku zablokowała jego numer. Więcej go nie spotkała. Przestała wychodzić z domu. Na tym zakończyła swoje nędzne próby bycia człowiekiem. 

Pod koniec września rozpoczęła studia na wydziale malarstwa. Wybrała ten kierunek, ponieważ nie umiała ani nie lubiła robić niczego innego. Co równie ważne, dzięki temu znacząco wydłużyła swój czas alienacji. Była więc samotna i dzika: miała przynajmniej następne trzy lata na odnalezienie prawdziwej siebie. Malowała, bo tylko to przynosiło ukojenie, tylko wtedy potrafiła zjednoczyć się z ciałem, które przecież nigdy nie było jej – nagle ręka trzymająca pędzel należała do niej, a każde kolejne pociągnięcie na płótnie jedynie wzmagało to wspaniale uwalniające uczucie.
Malowała więc do oporu, uzależniona od transu, w jaki wprowadzała ją ta czynność. Podczas gdy jej koledzy z uczelni byli zakochani w sobie, ona zakochana była w samym procesie, w klarowności umysłu, który wtedy czuła, i w tym ledwo słyszalnym głosie, który zdawał się dochodzić zewsząd, który nakazywał jej malować dalej.
Obrazy, które tworzyła, określano mianem “unikatowych”. Właśnie tego słowa profesorowie najczęściej używali, gdy patrzyli na budzące niepokój srebrne sylwetki, białe kreatury o długich kończynach obleczone gwiezdnym pyłem. Były tematem każdej jej pracy. Czasami skupiała się na konkretnym detalu, spędzając godziny na próbie uchwycenia wszystkich niuansów skomplikowanego haftu, który zdobił dolne partie szat. Innym razem malowała karykaturalnie wydłużoną dłoń, pokrytą białymi wzorami, które przypominały blizny lub tatuaże. Zdarzało się, że malowała postacie (nigdy nie nadała im nazwy – dla niej zawsze byli to oni) w pełnej krasie, chociażby pod koniec pierwszego semestru; nad obrazem pracowała bezustannie przez cały miesiąc. W efekcie dwumetrowe płótno zapełnione było bladymi figurami bez twarzy. Wszystkie pochylone w stronę obserwatora, wyglądały jakby zaraz miały wyciągnąć kościste ramiona i porwać go do swojego świata.
Naturalnie, z początku studenci często pytali ją o genezę tych stworów. Szybko jednak zaczęli zauważać, że coś z Heleną jest nie tak. Bądź co bądź, nieczęsto zdarza się, by ktoś w tak młodym wieku miał aż do tego stopnia wyrobiony styl i preferencje, by tak uparcie trwał przy jednym motywie. Za każdym razem jedynie wzruszała ramionami. W jaki sposób miałaby wyjaśnić im, że musi malować? Że coś ją do tego popycha, byt całkowicie oddzielony od niej i od tego ciała, impuls z zewnątrz, któremu nie potrafi się przeciwstawić. Że nie umie malować nic innego, a nawet, gdy próbuje, końcowo i tak pokrywa płótno srebrnymi iskrami…

Co również naturalne, wraz z realizacją, że Helena odbiega od ogólnie przyjętych norm, zaczęto się jej bać. Strach przed nieznanym, strach przed obsesją – innych studentów przerażało, że oto znalazł się ktoś przejawiający większą namiętność niż oni wszyscy razem wzięci, ktoś prawdziwie szalony, całym sobą oddający się swojej największej pasji. W Helenie widzieli wroga, Helena była ich niespełnionymi ambicjami. Nie była obcesowa ani pretensjonalna. Na zajęcia zjawiała się na czas, rzadko się odzywała, siadała na uboczu i malowała bez końca. Można było odnieść wrażenie, że nie zależało jej na niczym innym.

Jej codzienność była monotonna i w miarę poukładana. Dni powszednie spędzała na uczelni. Po letnich incydentach na powrót znienawidziła wychodzić na zewnątrz. Tłumy ją przytłaczały, nie lubiła patrzeć na ludzi i nie lubiła, gdy ludzie patrzyli na nią. Wszystko przypominało jej, że jest intruzem, że wbrew sobie żyje w ciele swojego gospodarza. Jej jedyny kontakt ze światem zewnętrznym ograniczał się do osób, z którymi studiowała.
Nigdy się nie nudziła, chociaż nie wychodziła nigdzie indziej niż na uczelnię. Oglądała filmy, czytała książki, malowała bez końca. Szukała odpowiedzi. Odpychała od siebie rzeczywistość, chociaż wiedziała, że taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Kiedyś skończy studia i będzie musiała coś ze sobą zrobić. Miała nadzieję, że do tego czasu odnajdzie siebie, że się odrodzi, że odnajdzie sposób na zabicie ciała bez zabijania świadomości. Czas jednak płynął nieubłaganie, a ona wciąż tkwiła w miejscu. Właśnie o tym najczęściej myślała, gdy obserwowała pierwsze promienie słońca.

Dzień sądu przypadał raz w miesiącu. Dzień, w którym zawsze najbardziej pragnęła być normalna, pragnęła mieć swoje ciało.
Raz w miesiącu odwiedzała zimny marmurowy gabinet psychiatryczny.
Wizyty stały się regularną częścią jej życia kilka lat temu  i były bezpośrednią konsekwencją brawurowej ucieczki, która przez lekarzy i jej rodziców określana była mianem epizodu. Postawiono oficjalną diagnozę schizofrenii paranoidalnej – na nic zdały się jej wyjaśnienia, nikt nie rozumiał, jak to jest nie mieć własnego ciała, jakie to przytłaczające, ona nie chciała zrobić sobie krzywdy, chciała tylko uciec, uwolnić się. To właśnie wtedy zaczęła marzyć o nicości, ale nie w kontekście śmierci, a akcie fizycznego oddzielenia się od ciała, które krępowało jej ruchy i sprawiało tyle dyskomfortu. Wiedziała, czuła, że ona, prawdziwa ona, powinna być wolna. Nie wiedziała jednak, jaka jest jej rzeczywista forma, nie wiedziała, czym dokładnie jest, stąd zaczęła wyobrażać sobie, że jest całkowicie tej formy pozbawiona. Czysta świadomość, wszechmocna i wszechobecna, bez ograniczeń, które narzucałoby na nią jakiekolwiek naczynie i powłoka. Wtedy też zaczęła malować i wtedy też przestała spać. 

Czy gdyby, jako nastolatka, zdawała sobie sprawę z cienia, jaki ta ucieczka położy na całym jej życiu, wciąż by się na nią zdecydowała? Zapewne. Lub targnęłaby się na coś równie szalonego. Młoda Helena była pełna rozpaczy i autoagresji. Wierzyła, że jest w stanie uciec z tego więzienia i robiła wszystko, by dopiąć swego. Z perspektywy czasu potrafiła dostrzec, jak irracjonalnie postępowała, i ile szczęścia miała, że została odnaleziona na czas.

– Jak się czujesz, Heleno?
– Dobrze.
– Jak ci idzie na studiach? Namalowałaś ostatnio coś nowego?
– Nie.
Nie miała ochoty na rozmowę. Chciała wrócić do domu i dokończyć obraz. Pół-leżała na masywnym brązowym fotelu i bez słowa wpatrywała się w siedzącą po drugiej stronie biurka lekarkę. Kobieta również milczała – Helena wiedziała, że w ten sposób chce zachęcić ją do mówienia. Ponoć ludzi krępuje cisza. Ona nie czuła nic. Myślami była daleko, szybowała po srebrnych krainach, jedyną przeszkodą było to ciało…
– Czy wiesz, jaki masz kolor oczu?
Ręka, która nie należała do nikogo w tym gabinecie, drgnęła.
– …brązowe.
Reszta wizyty przebiegła w nerwowej atmosferze. Nie mogła się skupić, pytania ją męczyły. Odpowiadała powoli i niepewnie, wszędzie wyczuwała podstęp. Na koniec wypisała receptę i położyła ją na biurku. Tym razem nie uścisnęła Helenie dłoni.
Postanowiła nie wsiadać do metra. Wróciła do domu na piechotę, do tego okrężną drogą – starała się omijać zatłoczone ulice. Nasłuchiwała. Rozglądała się na boki.
Coś się zmieniło. Psychiatra zdawała się patrzeć na nią inaczej niż zazwyczaj. Pytanie o kolor oczu wytrąciło ją z równowagi.
Dawno nie poruszały tego tematu. Kiedyś, jeszcze w liceum, pełna frustracji upierała się, że nie wie. Nie wie też, jakiej długości są jej włosy, i czy w ogóle je
posiada. Nie wie, jak wygląda jej twarz, jak wygląda jej ciało, nie wie, kim jest. Wtedy wierzyła jeszcze, że istnieje dla niej nadzieja, że pomoc nadejdzie, że znajdą jej ciało a ona odzyska spokój – dlatego próbowała współpracować, otwarcie mówiła lekarce o tym, jak się czuje i o czym myśli. Ona jednak zdawała się zupełnie tego nie rozumieć, chociaż Helena wyrażała się tak jasno, jak tylko była w stanie. Mimo to, wciąż próbowano zasugerować jej, że jest na coś chora, że coś jej dolega. Raz po raz wracano do „epizodu”, na tym przykładzie próbując udowodnić jej, że to oni mają rację. Oni – lekarze, psychologowie i jej rodzice. Razem tworzyli machinę, której głównym zadaniem było złamanie Heleny.
Ugięła się po miesiącu lub dwóch. Wyobrażała sobie, że jest dzikim zwierzęciem, sarną, na którą polowano. Wycofała się, uciekła do srebrnego lasu. Przyznała, że ma ciemne oczy i ciemne włosy, że ma ręce i nogi, że część jej rzęs jest siwa, że podczas chodzenia zdarza jej się stawiać palce jako pierwsze, że jej paznokcie mają lekko fioletowe zabarwienie…
Uznano to za przełom, ale ona wiedziała, że to regres. Od tamtej pory mówiła wszystko, czego od niej oczekiwano; nie mogli przypuszczać, że zaczęła nienawidzić ich tak samo, jak nienawidziła tego ciała. Buntowała się w myślach, bo tylko do nich nie mieli dostępu. Przestała brać leki – jakby kiedykolwiek jej pomagały. Sprawiały jedynie, że wciąż była zmęczona, a jej myśli przesłaniała mgła.
Spojrzała na preskrypcję, którą do tej pory ściskała w dłoni. Czyżby zwiększyli jej dawkę? A może zawsze była taka wysoka? Nie mogła tego wiedzieć, przecież od dawna nie połykała tych odrażająco białych pigułek. Posłusznie wykupywała recepty, udając, że się poddała. Jakby tego było mało, z biegiem lat popadła w paranoję – bała się, że każdy spiskował przeciw niej, że wszyscy byli w zmowie, że rodzice dowiedzieliby się, gdyby nie realizowała recept. Po wejściu do mieszkania od razu spuszczała leki w toalecie a puste opakowanie wyrzucała. Ten rytuał przepełniał ją euforią: była sprytniejsza, a machina nigdy z nią nie wygra, mimo walki, która toczyli od tylu lat.
Tym razem postanowiła pozbywać się po jednej tabletce dziennie. Powietrze się zmieniło, było bardziej duszące. Osaczyli ją.
Resztę wieczoru i całą noc spędziła wiercąc się na łóżku. Wszystko ją bolało, a jednocześnie nie czuła zupełnie nic. Męczyły ją nieistniejące piski i szumy, mogłaby przysiąc, że coś drapie i skrobie to ciało od środka. A może to ona próbowała się wydostać?
Następnego ranka po raz pierwszy w życiu spóźniła się na zajęcia. Koło piątej nad ranem na dłuższą chwilę zamknęła oczy i gdy chciała otworzyć je z powrotem, zorientowała się, że nie była w stanie. Nie mogła również podnieść ręki czy nogi, nie mogła wydobyć głosu z gardła ani swobodnie oddychać. Wiedziała, skądś wiedziała, że ten dziwny byt, który wcześniej był w ciele, wydostał się na wolność. Czuła ciężar na klatce piersiowej. Słyszała czyjś oddech, nieregularny i wibrujący, nieludzki. To coś zbliżało się do jej twarzy, oddychało coraz ciężej. Miało ostry metaliczny zapach. Helena drżała, po policzkach płynęły jej łzy. Próbowała się szarpać, ale to coś było silniejsze, trzymało ją mocno, sprawiało ból. Pod powiekami zobaczyła srebrne gwiazdy, a wśród nich stali oni. Odwracali się powoli w jej stronę, po raz pierwszy tak wyraźnie widziała ich widmowe twarze…
Łóżkiem szarpnęło. Stwór zawył głucho, jakby w udręce – nastała cisza. Helena nareszcie otworzyła oczy. Była sama. Przez kilka kolejnych godzin leżała w bezruchu, płacząc i próbując uspokoić szalejące serce.
Wyjątkowo odpuściła ostatni wykład i wcześnie wróciła do domu. Było jej ciężej niż zazwyczaj, miała wrażenie, że wszyscy na ulicach na nią patrzą, obserwują ją, pokazują sobie palcami. To ona, to ta obłąkana dziewczyna…
Uspokoiła się dopiero po północy. Tak długo, jak nie wracała myślami do poranka, mogła oszukiwać samą siebie, że nic się nie wydarzyło. Była jedynie zmęczona. Ostatnio dużo pracowała. Bądź co bądź musiała w ciągu tygodnia dokończyć trzy obrazy.
Z szuflady stolika nocnego wyjęła leki, gotowa pozbyć się kolejnej dawki. Był tylko jeden problem – opakowanie było puste. Plastikowe blistry były porwane i podziurawione, zupełnie jakby ktoś wydobywał tabletki w stanie silnego wzburzenia. Tylko kto? Czyżby ona sama?
Spojrzała na kalendarz w telefonie. Właśnie zaczął się piątek. Dwa dni wcześniej, w środę, była u psychiatry. Odetchnęła z ulgą. To oznaczało, że nie straciła zmysłów doszczętnie, że nie zapadła nagle w trwającą miesiąc hibernację.
…a jeśli to wina tego czegoś?
Wstała z łóżka i zaczęła zapalać światła w całym mieszkaniu. Otworzyła na oścież wszystkie szafy, zajrzała pod łóżko, rozsunęła długie ciężkie zasłony. Dwa razy sprawdziła, czy drzwi na pewno są zamknięte. Nie wiedziała, czego dokładnie szukała – śladów czyjejś obecności? Wszystko jednak zdawało się być na swoim miejscu. Nic nie zniknęło, Helena nie posiadała zbyt wielu rzeczy. Wszystkie jej obrazy wciąż stały oparte o ścianę, obok pudła ze srebrno-szarymi farbami. Tknięta niepokojem, odwróciła każdą pracę tyłem do siebie. Nie chciała, by oni na nią patrzyli.
Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie mogła zadzwonić do rodziców, oni tylko na to czekali. Czekali, aż ich córka wreszcie przyzna, że potrzebuje pomocy. Sprowadziliby ją z powrotem do domu; do bezkresnych pól i łąk, do otwartej przestrzeni, błękitnego nieba i zielonych traw. Helena przemierzyła wszystkie tamtejsze drogi. W młodości była o wiele bardziej niespokojna, dni spędzała na samotnych wędrówkach, bezskutecznie próbując zrozumieć samą siebie.
Nagle zatęskniła do tamtych dni, które wtedy wydawały się prawie beztroskie. Może rodzice rzeczywiście mieli rację…? Nie, nie, byli w błędzie, oni wszyscy byli w błędzie. Nie mogła wrócić do domu, nie mogła się poddać. Wyjazd do Paryża był jej zbawieniem i drogą do wolności. Nie mogła tak po prostu z tego zrezygnować. Powrót równałby się z porażką.
Do nikogo nie zadzwoniła. Całą noc spędziła siedząc na podłodze. Światła zostawiła włączone. Przez osiem godzin bez ruchu wpatrywała się w drzwi wejściowe, w ręku ściskając telefon. Bała się, chyba po raz pierwszy w całym swoim życiu. Do tamtej pory uważała się za osobę wyjątkowo odważną, bowiem od zawsze była przekonana, że nigdy nie spotka jej nic straszniejszego niż to, z czym mierzy się na co dzień. Jednakże mogła tak myśleć tylko dzięki temu, że sprawowała nad sobą coś na kształt kontroli. Nauczyła się koegzystować z tym ciałem – co prawda wymuszenie, ale wciąż była to koegzystencja utrzymująca zarówno ją jak i zamieszkiwane przez nią ciało przy życiu. Wiedziała, że nie jest szalona, nie poddawała się machinie, buntowała się, jeśli nie otwarcie, to chociaż w myślach – walczyła o siebie na swój sposób, jedyny słuszny. Dopiero siedząc na zimnej podłodze zaczęła poddawać wątpliwości klarowność swojego umysłu. Była pewna, że nikt nie włamał się do mieszkania pod jej nieobecność. Z drugiej strony wiedziała, że to nie ona pozbyła się wszystkich leków. Zadrżała, przejęta trwogą. Może to coś dalej było w jej mieszkaniu? Kryło się w lustrze, obserwowało ją z najdalszego kąta sypialni, trwało obok niej w tej obezwładniającej ciszy, czekało, aż ponownie zamknie oczy…
Nie zadzwoni po pomoc. To tylko machina ponownie wystawia ją na próbę.
Kolejne dni, najbardziej przerażające w całym jej dotychczasowym życiu, obudziły w niej podejrzenia, których zawsze najbardziej się obawiała. Nikt przeciw niej nie spiskował, nie była na nic chora. Była opętana. Była opętana i nie można było jej pomóc, nie istniało żadne rozwiązanie. W chwili, w której się urodziła, zagnieździł się w niej antychryst. Nie było żadnego logicznego wytłumaczenia serii zdarzeń, których doświadczyła po tamtym porannym spotkaniu z czymś.
Piątek, po zajęciach. Stanęła przed swoim budynkiem i zadarła głowę. Łatwo było poznać, który balkon należał do niej – tydzień po wprowadzeniu się zawiązała na żelaznych barierkach srebrną wstążkę. Odszukała wzrokiem wiecznie lśniącą nić i zamarła. Zasłony były rozsunięte, a w oknie ktoś stał. Przez słońce padające na szybę nie widziała dokładnie, ale była pewna, że w jej mieszkaniu ktoś jest, ktoś o ciemnej i podłużnej sylwetce. I najwyraźniej jej wypatrywał. Stał bez ruchu i czekał na nią.
Racjonalna część jej osobowości, ta, którą ukształtowali rodzice, nakazywała jej wezwać policję, uciekać, ale Helena bardzo dobrze wiedziała, jak by się to skończyło. Funkcjonariusze nikogo by nie znaleźli; za to z pewnością powiadomiliby odpowiednie służby, a stamtąd była prosta droga z powrotem do domu i życia pod kluczem przez następne dekady. Wiedziała też, a przynajmniej wtedy zdawało jej się, że wie, że postać w jej mieszkaniu jest kolejnym tworem machiny. Dopóki się jej opierała, była wolna. Weszła więc do środka – nikogo tam nie zastała. Zasłony były zasunięte. Z pozoru panował zwykły porządek. Przez chwilę Helena była w stanie uwierzyć, że wszystko sobie wymyśliła, po czym weszła do sypialni. Na ścianie naprzeciwko łóżka ktoś namalował srebrną postać. Ogromna, zajmowała prawie całą powierzchnię od podłogi do sufitu. Owijała się wokół własnej osi, więziła we własnych szatach. Biała twarz zastygła w agonii.
Następną noc Helena spędziła na zimnej kuchennej posadzce.
W sobotę i w niedzielę swoim zwyczajem nie wychodziła na zewnątrz. Zaczęła za to popadać w obłęd. Wciąż miała wrażenie, że nie jest sama. Kątem oka dostrzegała przedziwne ruchy, czegoś szybkiego i zwinnego. Obok namalowanej na ścianie postaci zaczęły pojawiać się skrzące gwiazdy. Ktoś wciąż obracał jej obrazy płótnem do przodu. Miała wrażenie, że srebrne oczy śledzą każdy jej ruch.
W nocy z niedzieli na poniedziałek zaczęła słyszeć głosy. Z początku były to jedynie niezrozumiałe skrzeki i szepty, które mogła uznać za odgłosy dobiegające z innych mieszkań. Wraz ze świtem przybrały jednak na sile i klarowności. Potworne demoniczne syki opowiadały jej najstraszniejsze historie, namawiały do czynienia zła, do skrzywdzenia siebie i wszystkich wokół. Helena drżała jak w febrze, głowę schowała pod poduszką i modliła się do wszystkich bogów, by zakończyli tę próbę.
Zmysły straciła w następny piątek. Nie miała już siły. Nie poszła na zajęcia. Wieczorem głosy nasiliły się do tego stopnia, że Helena, na granicy obłędu, postanowiła wyjść na zewnątrz. Zatrzasnęła drzwi mieszkania i zbiegła po długich schodach, wypadła na zalaną złotem ulicę. Po raz pierwszy w życiu ciągnęło ją do ludzi, po raz pierwszy nie chciała być sama. Była przerażona. Musiała wyjść do świata, upewnić się, że nie oszalał razem z nią. Minęła grupę roześmianych przyjaciół. Po chwili kolejną i kolejną – rozmawiali w językach, których ona nie znała. Zachwiała się, dłoń oparła o ścianę budynku, nagle porażona – a może to nie byli obcokrajowcy, tylko to ona przestała rozumieć język francuski? Czyżby rzeczywiście została opętana?
Zapadał zmierzch. Szła przed siebie, pogrążona w delirium, w głowie milion myśli, żadna nie należąca do niej. Potworne głosy jej nie opuściły, wciąż do niej szeptały. Ona zaś w odpowiedzi mamrotała magiczne słowa, których nauczyła się w srebrnej krainie. Już niczym się nie przejmowała, to nie był czas ani miejsce na udawanie człowieka.
W którymś momencie zorientowała się, że idzie aleją Champs-Élysées. Zazwyczaj nienawidziła tego miejsca, ale w tamtej chwili zatłoczona ulica jawiła jej się jako raj, ucieczka od udręki. Znalazła się w samym centrum życia. Zewsząd dobiegały ją rozmowy. Obracała się wokół własnej osi: zobaczyła zakochaną parę. Wysoki chłopak trzymał za rękę dziewczynę o melancholijnym spojrzeniu. Obok dreptał pies. Jakaś kobieta głośno rozmawiała przez telefon. Kilkoro nastolatków przebiegło na czerwonym świetle, w ostatniej chwili uciekając przed pędzącym samochodem. Helena obracała się dalej. W oddali majaczył Łuk Triumfalny. Nad Łukiem zaś unosiły się srebrne postaci. Szaty okręcały je zupełnie jak na malowidle ze ściany. Tym razem Helena usłyszała ich krzyk.
Księżyc wisiał wysoko na niebie gdy z impetem pchnęła ciężkie szklane drzwi. Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem – wylądowała w tym samym barze, w którym rok temu poznała tamtego chłopaka. Tragikomiczny zbieg okoliczności. Oczywiście on znów tam był, zapewne kolejna sztuczka demona, który wziął ją w posiadanie… Już dawno przestała wierzyć, że to machina. Machina nigdy nie była aż tak brutalna.
Widocznie przejęty jej stanem, zaproponował, by się dosiadła. Chociaż o nic nie pytał, opowiedziała mu o wszystkim, na przemian śmiejąc się histerycznie i płacząc. Odsuwała się, gdy próbował ją objąć, więc szybko przestał. Wyjaśniła, a przynajmniej próbowała wyjaśnić, że robi jej się od tego niedobrze. Nie mogła tego wiedzieć, ale końcowo jej opowieść była poszarpana i tak chaotyczna, że miejscami Julian nie wiedział, co wydarzyło się naprawdę, a co wydarzyło się jedynie w jej głowie. Wywnioskował, że Helena cierpi na jakąś bliżej nieokreśloną chorobę i że prawdopodobnie nie ma na to lekarstwa. Mówiła, że czuje się wyalienowana i zapewniała, że to nie schizofrenia. Dużo wspominała o jakichś srebrnych istotach i srebrnej krainie, i że ostatnio coś się zmieniło, że już nie może tego kontrolować. Tylko tyle był w stanie zrozumieć z jej przedziwnego monologu, który momentami bardziej przypominał baśń niż prawdziwe życie. 

Dochodziła czwarta nad ranem, gdy skończyła mówić. Ktoś z głębi sali krzyknął, że zaraz zamykają. Na te słowa Helena wzdrygnęła się i pełna przerażenia spojrzała na chłopaka, któremu właśnie powierzyła wszystkie sekrety swojego życia.
– Pomóż mi. Proszę. Nie mogę tam wrócić.
– Posłuchaj – powiedział po dłuższej chwili namysłu. – Nie mogę zabrać cię do siebie. Mieszkam z dziewczyną i szczerze nie wiem, jak miałbym jej to wyjaśnić – uśmiechnął się przepraszająco. – Popatrz: jest czwarta nad ranem. Odprowadzę cię teraz do domu i wrócę o szesnastej, gdy skończę pracę, okej? Zabiorę cię do szpitala albo do tej lekarki, albo zadzwonimy razem do twoich rodziców. Obiecuję, że to rozwiążemy.
Cóż mogła powiedzieć? Chciała go błagać. Bała się, tak bardzo się bała, bała się siebie i tego czegoś, co było w niej, a teraz z niej wyszło i ją dręczyło… I chociaż była gotowa wylać rzekę łez byle tylko go przekonać, poprosić, by wziął wolne, lub by chociaż mogła pójść z nim do jego pracy, gdziekolwiek by ona nie była, chociaż była gotowa zrobić to wszystko i jeszcze więcej, końcowo nie powiedziała nic. Jedynie kiwnęła głową, najbardziej ze wszystkiego bojąc się, że go spłoszy, a on ją odtrąci, jej jedyna szansa na ratunek. Poszli więc pod jej budynek. Wszedł z nią na górę. Udał, że nie widzi ogromnego makabrycznego malowidła na ścianie w sypialni. Jeszcze raz ją przeprosił, mimo że właściwie nie miał za co. Jeszcze raz obiecał, że jej pomoże. Zapytał, czy Helena potrzebuje czegoś jeszcze. Pokręciła głową. Porozmawiali chwilę – koło piątej zadzwoniła Claudia; chciała wiedzieć, gdzie on jest. Widocznie zażenowany tym telefonem, pożegnał się pospiesznie i wyszedł, zostawiając Helenę samą w świetlistej krainie. Patrzyła przez okno na jego oddalającą się sylwetkę.
Położyła się na łóżku, nagle ogarnął ją spokój. Zamknęła oczy. Przez rozsunięte zasłony wpadało srebrzyste poranne światło. Nie czuła już strachu. Była jedynie bardzo, bardzo zmęczona. Zasnęła, po raz pierwszy od kilku lat. A gdy się obudziła, wiedziała, że oto nareszcie odnalazła swoje ciało. Srebrne, zwinne, pokryte znakami, które w końcu rozumiała. Obleczona była w najpiękniejsze szaty, a na długich palcach jaśniały najdroższe pierścienie.
Tak, to ona… to ona była Bestią.

16. Marta Kogut: "Ostatnia nuta miłości"

Uśmiech jego żony miał specjalne miejsce w jego pamięci. Wykuł go w skale swojego umysłu i pielęgnował jak coś najcenniejszego. Doskonale pamiętał delikatne zmarszczki wokół jej ust, dołeczek na lewym policzku i to, jak błyszczały jej oczy, gdy była szczęśliwa.

Dawid wyłączył komputer i wyrwał z drukarki świeżo wydrukowaną kartkę papieru. Wciąż czuł jej ciepło, gdy trzymał ją w dłoni i patrzył na czarne symbole. Zmarszczył brwi i rozejrzał się po pokoju zamglonym wzrokiem. Czy naprawdę wierzył, że to ma prawo się udać? A może już do końca postradał zmysły z tęsknoty i żalu?

Wyszedł ze swojego gabinetu, kiedyś słonecznego i przestronnego, w którym z uwielbieniem stukał w klawiaturę, teraz tkwiącego w półmroku, jakby ze śmiercią żony całe jego życie spowiła ciemność. Razem z nią słowa również zniknęły. Nie chciały do niego wrócić, tak jakby zdolność do snucia opowieści zgasła wraz z jej ostatnim oddechem.

Kłęby kurzu pofrunęły po podłodze, gdy ruszył do salonu. Od dawna nikt tu nie sprzątał, ale Dawida to nie obchodziło – jakie znaczenie miały tak przyziemne czynności w obliczu tragedii, która się wydarzyła?

Jego Alicja – ukochana, odeszła na zawsze. Zerknął na ich wspólne zdjęcie wiszące w korytarzu – teraz przypominały mu ściany mauzoleum – wspomnienia na zawsze zaklęte w nieruchomych obrazach, które nic nie znaczyły dla teraźniejszości. Jej już tu nie było, a z nią zniknęły wszystkie inne okruchy życia. Została tylko samotność, która coraz bardziej oplatała go swoim zimnym kokonem.

Jak miał dalej żyć bez swojej miłości, muzy, natchnienia i części swojej duszy? Z rezygnacją dowlekł się do salonu i jeszcze raz zerknął na wydruki. Czy naprawdę chciał to zrobić? Czyżby oszalał bez końca? Może bez obecności Alicji jego zmysły wariowały?

Pokręcił głową. Pamiętał dzień, w którym spotkał ją po raz pierwszy. Usiadł na brzegu kanapy i wplątał palce w swoje włosy. Pozwolił sobie zagłębić się w niezmąconych wodach wspomnień. Obmyły go najpierw delikatnie, aż uderzyły w niego z całą swoją siłą.

Gęsty deszcz posypał się z nieba tak nagle, że zanim Dawidowi udało się ukryć pod kolorową markizą małej kawiarni, jego płaszcz zdążył doszczętnie przemoknąć. Był kwietniowy wieczór, więc mógł spodziewać się, że kwiecień plecień, zrobi mu takiego psikusa. Jak na złość tego dnia parasolka w granatowe grochy została na półce w przedpokoju.

Zerknął na napis na drzwiach kawiarni i zmarszczył brwi. Nie był pewny, czy “Pola Elizejskie” to dobra nazwa dla takiego przybytku, ale tylko wzruszył ramionami i pchnął drzwi. Zaczynało zawiewać deszczem, a on chciał się przed nim ukryć.

I wtedy ją usłyszał. Stała z gitarą pod ścianą, a jej głos zabrał go do innego świata. Nieco szorstki, ale równocześnie kojący i wnikający w jego duszę.

Stał wciąż z dłonią na klamce, a grube krople wpadały do środka, niezdolny się ruszyć. Widział tylko ją. Rude włosy rozsypywały się wokół jej pogodnej twarzy. Oczy miała utkwione w przestrzeni przed sobą, usta lekko zagryzione, pełne skupienia na wygrywaniu kolejnych płynnych nut, przed zbliżającym się kolejnym wersem piosenki. Jej palce mknęły po strunach, tak jakby do tego zostały stworzone: do niesienia anielskich nut.

Jeśli Dawid wierzył w coś boskiego, to właśnie w ten moment.

– Proszę zamknąć drzwi – poprosił kelner, który pojawił się niewiadomo skąd. Dawid drgnął, wyrwany z przyjemnego otępienia.

Szybko spełnił prośbę i ruszył do wolnego stolika, stojącego na uboczu. Z tamtego miejsca obserwował kobietę cały jej koncert. Ledwo pamiętał o oddychaniu.

Początkowo nie chciała się zgodzić pójść z nim na randkę. Zaczął przychodzić w każdy wtorek, czwartek i sobotę do “Pól Elizejskich”, bo właśnie w te dni występowała.

Odmawiała mu przez pół roku, ale on był wytrwały. Uległa, być może, żeby dał jej spokój. Gdy pozwoliła zaprosić się na kawę, nie pragnął niczego więcej.

Oczarował ją podczas randki i zaczęli się spotykać. Dawid nigdy wcześniej nie wierzył w przeznaczenie, ale gdy poznał Alicję wiedział, że są sobie pisani.

Mężczyzna wstał z kanapy, dwoma długimi susami podszedł do komody i strącił wszystkie ich wspólne zdjęcia na ziemię. Ramki upadły z głośnym dźwiękiem rozbijanego szkła na podłogę.

Alicja nie żyła.

Utonęła podczas ich wspólnego wyjazdu nad morze w ich piątą rocznicę ślubu.

Opadł na podłogę, a szkła boleśnie wbiły się w jego skórę na dłoniach. Podłogę zaznaczyły krople szkarłatu. Ból fizyczny i tak nie mógł równać się z tym psychicznym. Zostawiła go, rozdzierając jego serce na małe kawałeczki, których już nic nie mogło zlepić. Czuł się jak półżywa ryba wyrzucona na brzeg morza, pozostawiona sama sobie, aby umrzeć.

Na czworakach podpełzł do puszystego dywanu, tego, który wybrała jego żona zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Teraz plamił je własną krwią, ale ona już nie będzie się o to złościć.

Zaczął go zwijać w ciasny rulon, a łzy spływały mu po twarzy. Z trudem łapał kolejne hausty powietrza, dusząc się szlochem. Gdyby mógł, umarłby za nią. Odkąd ją spotkał była jego ostoją, duszą, jedynym światłem w życiu, wszystkim co najlepsze.

Odsunął dywan pod kanapę i przesunął dłońmi po twarzy, rozmazując na niej krew i łzy. Drżącymi dłońmi sięgnął po wydruki. Jeszcze raz zapatrzył się na ciemne symbole i odetchnął głęboko. Oszalał, naprawdę oszalał.

Mimo to na ziemi zaczął kreślić runy własną krwią ze zranionych dłoni. Kiedy skończył, wziął waniliowe świeczki, te, które tak bardzo lubiła zapalać Alicja. Delikatna woń wypełniła pomieszczenie, sprawiając, że uderzyła w niego kolejna fala wspomnień.

– Ty i te twoje świeczki – parsknął, ale spojrzał na Alicję z czułością.

Kobieta nawet nie zareagowała, pochylona nad biurkiem. Jej palce przebiegły po zeszycie z drobnymi nutami, tak jakby wyczuwała ich brzmienie. Starał się nie czuć irytacji. Westchnął, czując jak od zapachu unoszącego się w powietrzu kręci go w nosie. Jedynie potrząsnął głową i ruszył do kuchni.

Alicja była w swoim świecie, do którego on nie miał wstępu. Starał się to rozumieć – ona znikała w muzyce, tak jak on potrafił znikać w słowach i wersach.

Kochał ją całym sercem, ale ostatnio coś ich od siebie oddalało. Kobieta stawała się skupiona coraz bardziej na muzyce, a nie na wspólnej przyszłości. Mimo to postanowił nie poruszać tematu po raz kolejny – nie chciał kłótni.

Chwycił jedną ze szklanek i odkręcił kran, napełniając ją po sam brzeg. Wypił duszkiem, tak jakby woda mogła ugasić rodzący się w jego wnętrzu żar złości.

Teraz te same świeczki stały w okręgu. Odzyska żonę, nawet jeśli musiał zawrzeć paktu z samym diabłem. Zrobi wszystko. Wszystko.

Nie wierzył w nadprzyrodzone siły, ale jednocześnie była to jego ostatnia nadzieja. Chciał, żeby Alicja wróciła.

Usiadł w wymalowanym okręgu i odetchnął głęboko, wdychając głęboki waniliowy zapach. Zamknął oczy, próbując się wyciszyć, ale w jego umyśle wybuchały różne obrazy. Ich ostatnie chwile, jej rozlane przez wiatr włosy. To, jak później wychyliła się z łódki i wpadła w zimną toń, która szybko ją pochłonęła.

Cały zadrżał. Poczuł łzę spływającą po policzku, ale nie poruszył się, żeby ją otrzeć. Zaczął recytować słowa zaklęcia wyszukane w internecie. Jego głos drżał i łamał się, ale uparcie powtarzał dalej wyuczone słowa.

Jeśli miał używać rytuałów wyszukanych w internecie, żeby jego ukochana wróciła, był na to gotowy. Musiał przynajmniej spróbować.

Nagle jedna ze świec się przewróciła, a ogień zaczął wspinać po zasłonie. Dawid zerwał się na równe nogi, gdy uderzył w niego dym. Zasłonił ust pięścią i zakaszlał. Z każdą kolejną sekundą dym gęstniał. Gryzł go w gardło i coraz bardziej wypełniał płuca.

Pochylił się i ruszył w stronę stołu. Musiał wydostać się z domu. Szczypały go oczy i ledwo co widział, dlatego nie zauważył zwiniętego dywanu. Potknął się i poleciał jak długi. Chciał się podnieść, ale długie jęzory ognia odgrodziły mu drogę. Kątem oka zobaczył jak spada kawałek stropu prosto na niego…

Nabrał głęboko powietrza w płuca. Obraz zaczął się wyostrzać, a on zamrugał kilkukrotnie. Uniósł swoje dłonie i przyjrzał się im z uwagą. Dopiero po tym, jak upewnił się, że jest cały i zdrowy rozejrzał się po wnętrzu pomieszczenia.

Od razu je rozpoznał.

Siedział przy stoliku jego i Alicji w “Polach Elizejskich”. Poczuł ucisk w piersi, gdy jego wzrok przesuwał się po wolnych miejscach w kawiarni. Był sam.

Miejsce nic się zmieniło od ich ostatniej wizyty, chociaż byli tu tak dawno temu. Wcześniej chodzili tu niemal co weekend, ale później…

Odetchnął i przesunął wzrokiem po lokalu. Na ścianach wciąż były wymalowane różnokolorowe kwiaty, tworzące swoisty pejzaż, w oknach wisiały złote lampiony, a na stolikach ktoś pieczołowicie ułożył koronkowe serwetki. Zapach unoszący się w powietrzu był jak zawsze obezwładniający – połączenie świeżo mielonej kawy, kardamonu i róż. Pobudzał wszystkie jego zmysły i sprawiał, że myśli plątały się ze sobą tworząc wielki kołtun.

Przesunął palcami po wyżłobieniach w blacie i nabrał głęboko powietrza. Tak bardzo chciałby zobaczyć ją na scenie, jak wiele razy przedtem.

Ten ostatni raz, a później ruszy dalej. Chciałby móc ją zobaczyć, pożegnać się i przeprosić.

– Czy ja… umarłem? – wymamrotał, chociaż w kawiarni nie było nikogo więcej.

Nagle salę wypełnił zgrzyt przesuwanego po podłodze krzesła. Naprzeciwko niego pojawiła się wysoka cienista postać i zajęła miejsce. Nie widział jej twarzy, ale nie zmartwił się tym ani trochę. Już domyślił się, że wszystko poszło nie tak, jak powinno.

– Tak – potwierdziła zjawa szorstkim głosem. – A teraz ocenimy, gdzie powinieneś trafić: na Pola Elizejskie i tam spędzić wieczność z ukochaną, a może zasłużyłeś by spaść do Tartaru?

Dawid drgnął. A więc umarł w pożarze. Jego ukochaną zabiła woda, a jego ogień, czyż to nie ironiczne? Zabici przez przeciwne żywioły. Rozluźnił się. Niedługo ją spotka i znowu będą razem. Tym razem nic ich nie rozdzieli. Pozwolił sobie na promienny uśmiech.

– Skoro to ma się tak skończyć, chcę ją zobaczyć – oznajmił, wysoko podnosząc głowę.

Postać naprzeciwko się nie poruszyła, ale czuł na sobie jej uważne spojrzenie, nawet jeśli nie widział jej oczu, ani nawet nie był pewny, czy je posiada.

Duch przekrzywił głowę w bok i pochylił się ku niemu.

– Myślisz, że zasługujesz na spotkanie z nią? – Słowa wymawiał powoli, jakby czekał na jego reakcję.

– Nie potrafię bez niej żyć – zauważył. – To wszystko było dla niej. Powiedziałeś, że mogę z nią spędzić wieczność.

Cienista postać przekrzywiła głowę.

– To się jeszcze okaże – oznajmiła kpiąco, tak jakby jej zadaniem było sprowokowanie go.

Dawid zacisnął dłonie w pięści. Zrobił to wszystko dla niej, a teraz ktoś próbował go powstrzymać od spotkania z nią?

– Nie mogłem bez niej żyć. Umarłem dla niej – powtórzył. – Chcę ją spotkać.

– Jeśli tak właśnie sobie życzysz. – Duch wychylił się i złapał go za nadgarstek, mocno wbijając lodowate palce w jego ciało.

Mężczyzna poczuł, jak mroźne igły rozchodzą się po jego skórze. Odrętwienie zaczynało się rozchodzić po całym ciele, aż w końcu nie mógł się ruszyć. Ledwo udało mu się zacisnąć zęby. Jeśli dzięki temu mógł spotkać swoją żonę – był gotowy na ból.

Nagle znalazł się we mgle, ale przynajmniej dziwne uczucie zniknęło i znowu mógł odetchnąć pełną piersią. Rozejrzał się, ale wokół niego istniała wyłącznie zimna biel.

– Halo? Jest tu ktoś? – Serce zadudniło mu w piersi, a krew huczała w uszach. Rozglądał się wokół siebie, ale wokół była wyłącznie biała nicość. – Zjawo? – Głos zabrzmiał mu słabo. Przeklął się za to w duchu. – Miałem spotkać się z Alicją!

Mgła zaczęła się rozszerzać i zobaczył przed sobą znajomą ulicę. Chodnik był poprzetykany pajęczyną pęknięć, a na trawniku wyrastały mlecze. Kosz jak zawsze był przepełniony, a wokół leżały pety.

Normalnie skrzywiłby się na ten widok, ale tym razem swoją uwagę przeniósł na dwie postacie, które wyłoniły się na końcu uliczki. Dopiero po chwili rozpoznał, że to on i Alicja.

Czyżby upiór przeniósł go w przeszłość? Podszedł bliżej, przyglądając się parze z uwagą.

– Alicjo… – wyszeptał.

Już miał ją chwycić ją w ramiona, gdy zobaczył jej minę. Dotarła do niego rozmowa. Stanął przed parą, ale szybko się zorientował, że go nie widzą. Był tylko obserwatorem.

– Nie podoba mi się, że inni na ciebie patrzą – wyznał Dawid z przeszłości, jakby od niechcenia.

Alicja tylko parsknęła i pokręciła głową, ale przygarbiła się jeszcze bardziej.

– Nic nie odpowiesz? – kontynuował, widocznie zachęcony jej milczeniem. – Nie podoba mi się, że wciąż tam występujesz! – Chwycił ją za ramię, ale kobieta odsunęła się do tyłu. – Myślisz, że jesteś dość dobra? Że ludzie chcą cię słuchać? Robisz z siebie pośmiewisko.

Przyglądał się temu z rosnącym bólem i żalem. Dlaczego zjawa pokazała akurat to wspomnienie? Tak jakby nie mieli dobrych. Przyjrzał się twarzy Alicji z tęsknotą.

– To moja praca. – Kobieta mocno zacisnęła palce na pasku torebki, a usta w wąską kreskę. – I wiem, że jestem w tym dobra. Może gdyby udało się wystąpić…

– Naprawdę uważasz, że to coś zmieni? Że wystąpisz gdzieś więcej niż w podłych pubach lub kawiarniach, gdzie tak naprawdę nikt nie chce cię słuchać?

– Przestań – poprosiła, a w jej oczach zalśniły łzy. – Dlaczego to robisz? – Jej dolna warga zadrżała, tak jakby z trudem powstrzymywała płacz.

– Bo ktoś musi powiedzieć ci prawdę – zauważył łagodnie. – Przykro mi, że to będę ja, ale czas przestać się okłamywać. – Podszedł do niej, tym razem spokojniej i objął ramieniem. – Więc może czas zmienić pracę. Ustaliliśmy, że po ślubie to rzucisz.

To ją na oprzytomniało.

– Nigdy czegoś takiego nie ustalaliśmy! – W jej oczach błysnęły łzy. Dawid nie był pewien czy żalu, wściekłości, frustracji czy wszystkiego po trochu. – Wiedziałeś od początku, że śpiewam. A teraz mam z tego zrezygnować, bo masz z tym problem?

– Nie mam z tym problemu. Po prostu nie chcę, żebyś robiła sobie nadzieję.

Zobaczył jak mięśnie kobiety się napinają.

– Miałam wystąpić na festiwalu, ale znalazłeś idealny powód, żebym nie mogła, pamiętasz? Nie zależało ci na tym, by mi się udało, prawda? Czułeś się tak źle z samym sobą, że tobie nie wychodzi, że chciałeś mnie pociągnąć ze sobą na dno!

Zanim zdążyła się cofnąć mocno chwycił ją za nadgarstek i pociągnął za sobą.

– Dokończymy rozmowę w domu – syknął przez zaciśnięte zęby.

Obecny Dawid mógł się temu tylko przyglądać.

– Nie było tak! – zawołał, kiedy para zniknęła. – To kłamstwa. Nigdy jej tego nie zabroniłem, to nie było tak! To… to! To tylko urywek, nic nieznaczący!

Mgła zniknęła, a on na nowo opadł na fotel w “Polach Elizejskich”. Odetchnął głęboko, zanim spojrzał na ducha z niekrytą pogardą.

– Dlaczego pokazujesz mi te kłamstwa? – Trzasnął pięściami w stół.

– To nie są kłamstwa. – Zjawa się nie poruszyła, ale mężczyzna czuł na sobie jej oceniające spojrzenie. – Po ślubie przestało ci się podobać, że dalej gra w kawiarniach, prawda?

– To nie było tak! – Zerwał się z miejsca. – Wszystko przekręcasz!

Duch nie odpowiedział. Mężczyzna zmusił się do opadnięcia na siedzenie.

– Posłuchaj, to nie było tak. W końcu zakochałem się, gdy grała. Po prostu mieliśmy założyć rodzinę, powinna znaleźć normalną pracę. Rozmawialiśmy o tym wiele razy, zgadzała się z tym – zauważył z całym spokojem, na jaki mógł się w tej sytuacji zdobyć.

– Tak?

– Tak – warknął, ma chwilę tracąc opanowanie. – Kochałem ją, ale…

Duch poruszył się, jakby na nowo odzyskując zainteresowanie rozmową.

– Ale…?

Na chwilę zacisnął powieki. Pomyślał o wszystkich sprowokowanych przez kobietę kłótniach, wszystkich wypowiedzianych w gniewie słowach. Owszem, nie był idealny, ale starał się zapewnić im godne życie. Tymczasem Alicja…

Wyrzucił te myśli daleko. Kochał ją całym sercem.

– Gdyby tylko mnie słuchała, nic by się nie stało. Powinna mnie słuchać, a wtedy wszystko byłoby inaczej…

Potrząsnął głową, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze. Zamknął oczy, licząc w myślach do trzech. Ten przeklęty duch próbował z niego zrobić tego złego.

Zacisnął pięści. Nie da się sprowokować. Ta cała sytuacja była absurdalna. Wiedział, co było dla nich dobre, a teraz miał się z tego tłumaczyć? Wszystko robił dla nich. Odetchnął głęboko. Zasłużył, żeby trafić do Pól Elizejskich, do swojej ukochanej. Spędzą wieczność razem: tylko on i ona, jak zawsze tego pragnął.

Przesunął dłońmi po twarzy.

– Posłuchaj. – Jego głos pozostał oschły. – Alicja nie była łatwą osobą, ale kochałem ją całym sercem. Jednak jej to nie wystarczało! Chciała sławy. To było dla niej ważniejsze. – Wyrzucił ręce w górę.

Na samą myśl o tym wciąż czuł ściskanie w mostku. Jak mogła wybierać to, niż ich? Musiał tylko pokazać duchowi, jak było naprawdę, a wtedy będzie po wszystkim. Nikt ich więcej nie rozdzieli.

Zjawa złożyła dłonie w piramidkę.

– Ale czy nie poznałeś jej w kawiarni, gdy występowała?

– Tak, ale to było wcześniej. Później przyszedł czas, żeby się ustatkować, żeby być… poważnym – powtórzył. Mówił spokojnie, jakby tłumaczył coś dziecku.

Duch pokiwał głową, ale Dawid nie wierzył, że naprawdę próbuje go zrozumieć. Zerwał się z miejsca i zaczął niespokojnie krążyć po wolnej przestrzeni kawiarni. Jak miał go przekonać?

– Dlatego chciała odejść? To musiało cię zdenerwować… – Zjawa wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało.

– Nic nie wiesz. – Dawid zacisnął pięści. Dlaczego mówił w taki sposób, jakby cokolwiek o nich wiedział? Mylił się, tylko jak miał mu to udowodnić? – Zrobiłem dla niej wszystko. Dawałem jej wszystko. – Skrzywił się na żal w swoim głosie.

– Na przykład co? – dopytał upiór.

Dawid zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na zjawę zdezorientowany.

– Co “co”? 

– Mówisz, że zrobiłeś dla niej wszystko, że dałeś jej wszystko. Chcę wiedzieć co takiego. – Głos upiora pozostał wkurzająco spokojny.

Dawidowi coraz mniej podobało się, dokąd zmierza ta rozmowa.

– Posłuchaj. Może i mieliśmy swoje problemy, ale kto ich nie ma? – Rozłożył ręce. – Dbałem o to, żebyśmy byli szczęśliwi.

Zjawa pochyliła się w jego stronę.

– I byliście? 

Dawid wbił w niego nieruchome spojrzenie.

– Tak. I będziemy, gdy znowu się spotkamy.

– W porządku. Ale najpierw ci coś pokaże. – Pstryknął palcami, a za nimi pojawił się biały ekran.

Dawid wbił w niego wzrok i zmarszczył brwi. Chciał tylko znowu być ze swoją ukochaną. Kochał ją najmocniej na świecie, nawet jeśli nie zawsze było idealnie.

Nawet pomimo tego, jaka była.

Ekran rozbłysnął kolorami.

– Nie! Nie pozwolę ci odejść. – Mocno ścisnął jej nadgarstek. Był zbyt wzburzony, żeby dostrzec ból zmieszany z przerażeniem na jej twarzy, albo na płynące po policzkach łzy.

Alicja wyrwała mu się i uciekła do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

– I niby dokąd pójdziesz? – prychnął. Nie miała przyjaciół, rodzina już dawno przestała znosić jej humory. Miała tylko jego, ale wcale tego nie doceniała. Zawsze był przy niej, a teraz traktowała go jak wroga.

Dawid pokręcił głową. Czy ona naprawdę nie rozumiała? Była dla niego wszystkim i należała wyłącznie do niego. Miał dość jej wiecznych humorów i pretensji. Pokręcił głową i podszedł do biurka. Zerknął na pustą stronę i poczuł napływającą frustrację. Gdyby nie musiał tyle czasu poświęcać Alicji i jej dramatom, miałby wystarczająco czasu, żeby napisać swoją książkę, ale jak zwykle wszystko kręciło się wokół niej.

Chwycił jej zeszyt z nutami i zaczął rwać strony na strzępy. Musiała zrozumieć, że sama była sobie winna. Rzucił resztki na ziemię i ciężko opadł na pobliski fotel. Włączył telewizję, starając się zagłuszyć szloch kobiety dochodzący z pokoju obok.

Może i odwołał jej koncert, ale zrobił to tylko po to, żeby mogli spędzić razem miło weekend. Chciał zabrać ją na kolację, ale ona jak zwykle nie doceniła tego gestu. Zamierzała spakować się i odejść, ale wiedział, że udobrucha ją, zanim zdąży przekroczyć próg pokoju. Co innego mogła zrobić, niż zostać? Dawid doskonale wiedział, że nie odejdzie. Nie, skoro nie miała dokąd.

Musiała jedynie trochę ochłonąć i przestać histeryzować, a między nimi będzie jak dawniej.. Wystarczy, że mu zaufa. Przecież wiedział, co dla nich dobre.

Obrazy na ekranie się zmieniły.

Siedzieli naprzeciwko siebie na małej łajbie.

Dawid zerwał się z miejsca.

– Nie chcę tego widzieć! Dlaczego mi to pokazujesz? – Chciał chwycić ducha i nim potrząsnąć, ale powstrzymał się resztką silnej woli.

Zjawa milczała, a on czuł wściekłość rozlewającą się po całym ciele.

– Dlaczego?!

– Przecież wiesz.

Słyszał chlupot fal obijających się o małą łódź oraz ich podniesione głosy, ale nie mógł zmusić się do spojrzenia na ekran. Nie chciał widzieć, jak Alicja wpada do wody i znika w morzu.

– Ona… ona się potknęła i wpadła do wody – zauważył i spojrzał błagalnie na zjawę.

Ta pokręciła głową.

– Nie.

Oboje zamilkli i ciszę przerywała wyłącznie kłótnia z ekranu. Dawid zamknął oczy, chociaż doskonale wiedział, co będzie dalej.

– Powinna za to zapłacić! Zostawiła mnie, chociaż przysięgała, że tego nie zrobi! To wszystko jej wina! – Wbił palce w swoje włosy.

– Spójrz na ekran – rozkazał upiór, ale on pokręcił głową. Nie, nie zrobi tego.

Nagle jakaś siła zmusiła go do tego. Musiał patrzeć, jak uderza kobietę butelką w głowę. Chciał tylko, żeby spędzili miło dzień. Przygotował jedzenie w koszyku, wziął wino, ale Alicja oznajmiła mu z chłodem, że odchodzi. Zdecydowanie w jej oczach utwierdziło go, że tym razem jej nie przekona.

Ona naprawdę zamierzała go zostawić. Przysięgali sobie miłość aż do śmierci, i on zamierzał dotrzymać słowa. Patrzył, jak jej ciche ciało znika w falach morza, tak samo wzburzonych jak on.

– To nie była miłość – zawyrokował duch. – Nie dawałeś jej żyć.

– Wiedziałem, co dla nas dobre! Chciałem tylko, żebyśmy byli szczęśliwi – oburzył się. Wściekłość zalała całe jego ciało i nie zamierzał się już dłużej powstrzymywać. Rzucił się w stronę zjawy, ale coś znowu przytrzymało go w miejscu, a po chwili wywróciło na ziemię.

Upadł na kolana przyciskając dłonie do skroni.

– To nie ja jestem zły! Kochałem ją, ale ona chciała odejść! Przysięgała mi miłość, a zamiast tego… – Gorycz rozlała się w jego gardle, ale duch pozostał niewzruszony.

– Zabiłeś ją. A teraz całą wieczność spędzisz myśląc o tym, co jej zrobiłeś. W Tartarze. Już nigdy jej nie zobaczysz.

Cała kawiarnia zniknęła, a on poczuł jak spada w dół, w niezmąconą ciemność.

17. Arkadiusz Mędrzak: "Jajo"

Jako pierwszy stanął mi przed oczami obraz dolnego pokładu z ustawionymi w równiutkich rzędach kapsułami do hibernacji, jednak odniosłem wrażenie, że obserwowałem otoczenie już od dłuższego czasu. Ten widok zupełnie mnie nie zdziwił i nie miałem poczucia dezorientacji, jakie często ogarnia człowieka po gwałtownym przebudzeniu. Wyglądało na to, że poprawna komunikacja pomiędzy wzrokiem i świadomością nawiązała się dopiero po kilku sekundach, co w zasadzie tylko potwierdziło prawidłowy przebieg procesu przebudzenia. Doskonale rozumiałem, gdzie jestem, co tu robię i jakie mam zadania do wykonania. Dla porządku wypowiedziałem to wszystko na głos, sprawdzając przy okazji sprawność narządów mowy i słuchu.

 – Nazywam się Vesper Huma – powiedziałem, a właściwie wycharczałem, bo struny głosowe po hibernacji najpóźniej wracają do normalnego funkcjonowania.

 – Jestem technikiem statku Pionier XI w drodze powrotnej na Ziemię. Zmiana siódma.

Kapsuła była już rozszczelniona i uchylona. Brak charakterystycznego zapachu w otoczeniu sugerował, że nastąpiło to przynajmniej przed kilkoma minutami, a wentylacja na dolnym pokładzie działała bez zarzutu. Szczególnie tę drugą informację wziąłem za dobrą kartę. Wyszedłem z kapsuły, włożyłem na siebie czekający w pobliżu przydziałowy prosty kombinezon i lekkie buty z wysoką cholewką, a następnie ruszyłem wyuczoną trasą w stronę głównego pokładu. Musiałem przejść kilkadziesiąt kroków, żeby zdać sobie sprawę, że poprawnie funkcjonują także wszystkie mięśnie odpowiedzialne za ruch, jakby zupełnie nie odczuwały dwunastoletniego, w skali ziemskiej, braku aktywności. 

Do pierwszych obowiązków techników, rozpoczynających swoją zmianę na pokładzie statku międzyplanetarnego typu Pionier, należy kontrolowanie podstawowych parametrów lotu. Na ekranach holograficznych sprawdziłem stan pola magnetycznego tarczy przeciwpyłowej i osłon oddzielających silniki od części użytkowej, a także poprawność pracy napędu fuzyjnego. Dopiero w drugiej kolejności przeszedłem do kontroli parametrów życiowych członków załogi, pogrążonych w hibernacji, bo racjonalnie rzecz ujmując, ryzyko utraty któregoś z nich było mniej niebezpieczne dla misji, niż uszkodzenie całego statku. Stwierdziwszy, że zasoby paliwa, energii i żywności są na odpowiednim poziomie, a komputer pokładowy nie zasugerował żadnych poważniejszych awarii, zakończyłem kontrolę. 

Rozparłem się wygodnie na fotelu pierwszego oficera i przez przezroczyste przeszklenia przed sobą spojrzałem na obraz składający się z tysięcy świetlistych punkcików na czarnym tle. Układały się w konstelacje, których nazw nie znałem nawet z publikacji naukowych. Byłem daleko od miejsca, które mógłbym uznać za dom, a na dodatek w całkowicie obcym ludziom środowisku. Poczułem się jak akwariowa rybka wrzucona znienacka do oceanu. Różnica polegała na tym, że owa rybka prawdopodobnie już po kilku sekundach zakończyłaby życie w nowym miejscu. Ja świadomie ruszyłem w bezkres, przetrwałem w nim już trzydzieści pięć lat ziemskich i właśnie odbywałem podróż powrotną do bazy. 

W trakcie wielu lat nauki na Uniwersytecie Kosmonautyki wpajano mi, że na pokładzie statków międzyplanetarnych pod żadnym pozorem nie powinno się myśleć na temat czasu w kontekście jego upływu na Ziemi. Ja jednak nie potrafiłem odrzucić tej myśli. Podróż na Proxima Centauri b trwała około 21 lat, drugie tyle miał zająć powrót, a do tego dochodziło osiemnaście miesięcy pobytu na orbicie planety spędzonych na rozładunku sprzętu, pomocy w rozbudowie osiedla górniczego i załadunku zasobów. Wynikał z tego prosty rachunek – kiedy wrócę do domu, na Ziemi miną jakieś czterdzieści cztery lata od mojego wylotu. W tym czasie ja przepracuję w sumie prawie siedemdziesiąt miesięcy i o tyle się zestarzeję, bo pozostały czas spędzę w komorze hibernacyjnej. Było zatem pewne, że na Ziemi nie spotkam nikogo z moich bliskich, a nawet jeśli mi się to uda, będą oni starcami ze znacznie większym, od mojego, bagażem doświadczeń. 

Porzuciłem tę myśl, machając dłonią, jakbym odganiał natrętnego owada. W pustą przestrzeń po poprzedniej wprowadziła się kolejna z zakazanych myśli – samotność. Byłem świadomy, że w promieniu jakichś 2 lat świetlnych, czyli 20 bilionów kilometrów, nie było żadnego innego człowieka, oprócz mnie. Owszem, dolny pokład liczył siedemdziesiąt pięć kapsuł hibernacyjnych w większości pełnych, jednak trudno było uznać to za towarzystwo. Nie miałem nikogo, z kim mógłbym porozmawiać, powymieniać myśli, poglądy i opinie, wreszcie kto mógłby mnie strofować, chwalić lub w kim mógłbym chcieć wzbudzić podziw. Sztuczna inteligencja i automaty były w stanie zapewnić namiastkę obecności drugiego człowieka, jednak nim nie były. 

Wstałem i otrzepałem kombinezon z niewidzialnego pyłku. Czekały mnie dwadzieścia cztery miesiące dyżuru i samotnego lotu. Chciałem spożytkować ten czas możliwie najlepiej. Miałem zamiar nauczyć się czegoś nowego i zdobyć kwalifikacje, które pomogłyby mi w kolejnych wyprawach. To był też świetny sposób na zabicie wolnego czasu, którego spodziewałem się mieć w nadmiarze.

***

Opalizująca perłowa kula półmetrowej średnicy przemieszczała się bezgłośnie korytarzami statku, towarzysząc mi w biegu i wyprzedzając mnie stale o kilka kroków. Nie turlała się po metalowych kratkach, czego można by oczekiwać od takiego tworu przy działającej sztucznej grawitacji. Kula unosiła się kilka centymetrów nad powierzchnią, odpychana siłą pola magnetycznego. Poruszała się bezgłośnie, nawet cichym szmerem nie zagłuszając metalicznych stuknięć, jakie wywoływałem podeszwami moich butów uderzając przy każdym kroku o kraty pomostowe. Połyskiwała przy tym błękitnobiałym zimnym światłem, jednak nie na tyle intensywnym, żeby rozjaśniać ciemności, a wystarczającym, by móc dostrzec je w mroku. Teraz blask kuli ginął w świetle sufitowych reflektorów, zapalających się kolejno wzdłuż trasy biegu i gasnących kilka sekund po tym, jak je minąłem, pozostawiając korytarze w kompletnych ciemnościach. 

 – Czas ostatniego kilometra spadł poniżej średniej o 0,3 sekundy – Głos, ni to męski, ni kobiecy, jednak zdecydowanie brzmiący jak ludzki, rozległ się z wnętrza kuli. – Jeśli chcesz utrzymać kondycję na obecnym poziomie, musisz przyspieszyć. Pozostały dwa kilometry do końca trasy.

Moim towarzyszem było Ratio, a właściwie Robot Asystent Taktyki i Inżynierii Obliczeniowej, potocznie i złośliwie nazywany Jajem. Androida zaprojektowano i stworzono z myślą o samotnych dyżurach kosmonautów na trasach lotów międzyplanetarnych. Obudowa z ceramikotytanu, własne źródło energii w postaci maleńkiego reaktora i paneli fotonowych na całej powierzchni, a także wspomniana już osłona magnetyczna, czyniły urządzenie niemal niezniszczalnym. Wewnątrz znajdował się procesor o mocy obliczeniowej wielokrotnie przekraczającej możliwości ludzkiego mózgu, gromadzący encyklopedyczną wiedzę z wielu dziedzin nauk ścisłych, a także psychologii czy socjologii. 

Głównym zadaniem Ratio było dokonywanie analiz, obliczeń matematycznych i fizycznych, a następnie sugerowanie człowiekowi najlepszego rozwiązania. W XXII wieku o wyborze kandydata na astronautę nie decydowały już umiejętności przeprowadzania szybkich analiz i wiedza w zakresie nauk ścisłych czy mechaniki. Te cechy też były istotne, jednak skupiano się głównie na aspektach psychologicznych kandydatów, pozostawiając rozwiązywanie problemów logicznych androidom, takim jak ta latająca kula.  

Ratio było jednak nie tylko pomocą naukową. Dodatkowe oprogramowanie i wbudowane głośniki czyniły z niego namiastkę towarzysza w samotnych podróżach. Można było prowadzić z nim polemiki naukowe lub zwyczajne codzienne rozmowy. Nawiązując połączenie z komputerem centralnym statku, potrafiło zbadać funkcje życiowe astronauty i ocenić jego stan zdrowia, a nawet nastrój. Ratio automatycznie wykonywało działania i podsuwało sugestie, które miały pomóc astronautom najbardziej wydajnie spędzić miesiące samotnego dyżuru przy minimalnym uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym. 

Z lekcji na Uniwersytecie Kosmonautyki pamiętałem, że celowo nie nadano androidowi ludzkich kształtów, a głosowi cech charakterystycznych dla konkretnej płci. Miało to zapobiec nawiązaniu z nim głębszych relacji, do których mógł dążyć mózg samotnego astronauty. Ratio było więc kulą, stanowiącą jakiś stan przejściowy pomiędzy kumplem-kujonem, komputerem i domowym zwierzątkiem. 

Ratio miało jeszcze jedną cechę, którą zaprogramowano dopiero w późniejszych wersjach – odczuwało specyficzny rodzaj przyjemności lub satysfakcji. Taką nagrodę otrzymywało, kiedy udało mu się w jakiś sposób pomóc astronaucie, wybawić go z opresji lub przyczynić się do rozwiązania konkretnego problemu. Miało dostęp do danych o mieszance hormonalnej człowieka, dlatego wykonywało działania oraz sugerowało decyzje, które miały na celu jednocześnie obniżyć poziom kortyzolu i podnieść stężenie endorfin. Uzyskanie tego konkretnego efektu było dla androida bonusem i miało motywować go do pracy. 

Bieg zakończyłem na górnym pokładzie. Pochyliłem się do przodu, oparłem dłonie na kolanach i w tej pozycji próbowałem wyrównać oddech. 

 – Ostatnie dwa kilometry przebiegłeś najszybciej – odezwało się Ratio. – Udało ci się poprawić czas całego biegu o 0,9 sekundy.

 – Bo mnie poganiałeś – sapnąłem. – Jeszcze tylko pejczyka ci brakowało.

 – To niemożliwe, bo nie posiadam kończyn chwytnych – odparło bez emocji. – Jeśli chcesz, mogę zainstalować rzemienną plecionkę lub pręt pokryty skórą na jednym z robotów technicznych.

 – To był tylko taki żart – burknąłem zrezygnowany.

 – Rozumiem, śmieszny nawet – odpowiedziało Ratio tym samym głosem. – Zapiszę to w szablonie twoich zachowań i w przyszłości lepiej dostosuję odpowiedzi do twoich potrzeb.

Machnąłem ręką bez nadziei i ruszyłem do kabiny sanitarnej, żeby spłukać z siebie pot. Na dzisiaj nie miałem zaplanowanych już żadnych prac, dlatego postanowiłem oddać się rozrywce w Elizjum. Na górnym pokładzie stała rama łóżka, gdzie zamiast materaca rozciągnięto elastyczną i bardzo wytrzymałą membranę. Zanim się na niej położyłem, otwarłem metalową szkatułkę i wyjąłem z niej hełm z przesłoną na twarz. Nakładając go na głowę, pozwoliłem, by tysiące małych czarnych kuleczek wielkości opuszka palca, wytoczyło się ze szkatułki. Równym rzędem, niczym zorganizowane mrówki-robotnice, wturlały się po nogach i obsiadły je, a następnie jednolitą warstwą pokryły klatkę piersiową, ramiona ręce, szyję i całe moje ciało, poza strefą zasłonięta przez hełm. Dzięki ich doskonałej współpracy w oddziaływaniu na skórę, wspomaganym przez bezuciskową membranę i receptory w hełmie, mogłem przenieść myśli w dowolne miejsce, a fizycznie odczuwać związane z nimi bodźce. Na panelu kontrolnym Elizjum wystarczyło tylko wybrać program i doprecyzować scenariusz. Ta technologia był bezpośrednim następcą gier wideo, znanym w XXI wieku, jednak astronautom pozwalała przez chwilę pobyć na Ziemi wśród prawdziwych ludzi. W Elizjum, na mitycznych polach przeznaczonych dla dusz dobrych ludzi i bohaterów, mogłem być, kim chciałem i robić to, co chciałem w świecie, jaki sobie wybrałem. Jak w każdym raju, także tu były jednak pewne ograniczenia – przysługiwało mi zaledwie pięć godzin takiej rozrywki na każdą ziemską dobę.

***

W piętnastym miesiącu od wybudzenia popadłem w marazm i zacząłem odczuwać stany depresyjne. Stałem się rozdrażniony, anemiczny i niechętnie zajmowałem się swoimi obowiązkami, co wielokrotnie wypominało mi nawet Ratio. Nie wiem, czy gorzej oddziaływała na mnie myśl, że z własnej winy wielu z zaplanowanych zadań już nie zdążę zrealizować, czy jednak brak perspektywy rychłego zakończenia dyżuru i związanego z nim przyjemnego dreszczu podniecenia. To nie miało znaczenia, bo czułem się fatalnie. Nie pomagały żadne wyuczone metody radzenia sobie z tym nastrojem, żadne podpowiedzi super inteligentnego Ratio, ani łagodne środki medyczne. Czułem się źle w swoim ciele, każdej doby czekając tylko na swoją porcję rozrywki w Elizjum.

Podświadomie chciałem kogoś obwinić za ten stan i wyładować na nim swoje frustracje, co jednak w moim położeniu było dosyć trudne. Jedynym obiektem, który w promieniu bilionów kilometrów ewentualnie mógłby stać się celem ataku, było Ratio. Początkowo nie widziałem żadnego sensu obwinianiu Jaja o swoją pozycję, potencjalny efekt takiej rozmowy porównując do uderzania pięścią w blaszaną obudowę jakiegoś sprzętu domowego. Tamtego dnia jednak wdałem się w polemikę, nie wytrzymując poganiania mnie podczas codziennego biegu.

 – Gdybyś chociaż miał głowę, jak człowiek, to można by ci dać po mordzie – rzuciłem w stronę androida.

 – To nie jest dobry pomysł – odparło beznamiętnym, ni to męskim, ni kobiecym głosem – Moje pole magnetyczne…

 – Wiem przecież – warknąłem.

Po chwili zapytało:

 – Czy to był żart?

 – Nie – syknąłem. – To był wnerw.

Po zakończonym biegu, którego czas znów okazał się gorszy od uzyskanego poprzedniego dnia, i po wizycie w kabinie sanitarnej, usiadłem w wygodnym fotelu na głównym pokładzie. Wszystkie parametry były w normie, szybko poradziłem sobie z drobnymi usterkami i znów, nie mając niczego do roboty, oczekiwałem na swój czas w Elizjum. 

 – Zalecam popracować nad tempem biegu – Jajo wygenerowało dźwięk, kierując informację w moją stronę. – W ciągu ostatnich siedmiu miesięcy obniżyłeś tempo o 11 procent. To prowadzi do pogorszenia kondycji i ma zły wpływ na samopoczucie. 

 – Twoim zadaniem jest mi pomagać, a nie ciągle krytykować i poganiać!

 – Wykonuję swoje zadania najlepiej, jak potrafię – odparło. – Czujesz się zmęczony w czasie biegu, ale to chwilowa niedogodność. Musisz dostrzec długofalowe korzyści wynikające z poprawy tempa biegu i twojej kondycji. 

 – Niczego nie muszę – fuknąłem, a potem iskierka gniewu zapaliła krótki lont i zdetonowała ładunek, który kazał mi dodać: – Nigdy nie byłeś człowiekiem i nie masz pojęcia, jak ja się czuję. 

 – To prawda, ratio nie jest człowiekiem, nie był nim i nie będzie – przyznało Ratio. – Ratio ma jednak zaawansowane oprogramowanie, które pozwala mu zrozumieć wiele zachowań ludzi. Zna przyczyny stanu, w jakim się znalazłeś. Potrafi temu zaradzić. Jeśli posłuchasz rad Ratio, przywrócisz poziom hormonów na właściwy poziom. 

Odwróciłem się w kierunku kuli lewitującej kilkanaście centymetrów nad podłożem i opalizującej pastelowymi barwami. Pierwszy raz, całkowicie podświadomie, potraktowałem tego androida jako rozumną istotę i uczestnika rozmowy. Może nie takiego pełnoprawnego i równorzędnego, ale wystarczającego do odreagowania na nim swojej złości.

 – Nie mam zamiaru biegać szybciej, bo ty tak mówisz – powiedziałem. – Nie zapominaj, że jesteś tylko narzędziem, które ma mi pomóc w osiągnięciu celu. Stworzyli cię ludzie po to, żebyś służył ludziom. To prawie tak jak młotek albo cep. Z założenia to ja mam posługiwać się tobą, a nie ty mną. 

 – Mylisz się. Ratio znacznie przewyższa technologicznie młotek i inne narzędzia ręczne. Procesor pozwala ratio na wykonywanie obliczeń…

 – To skoro masz tak olbrzymie moce operacyjne, użyj ich do czegoś pożytecznego! – Przerwałem. – Znajdź inny sposób, żebym zaczął czuć się lepiej!

 – Aktywność fizyczna jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania osobników twojego gatunku. Będąc w nienaturalnym środowisku, musisz wykonywać maksymalnie wiele aktywności naturalnych dla homo sapiens, żeby utrzymać odpowiednią kompozycję hormonalną.

 – Nienaturalne środowisko? Dobre sobie. Jesteś tu w tak samo nienaturalnym środowisku, jak i ja, a jednak nie biegasz. 

 – Mylisz się. Środowisko statku kosmicznego jest bliższe naturze Ratio, niż naturze homo sapiens.

 – To ciekawe. A ilu przedstawicieli mojego gatunku żyje w tym środowisku? – zapytałem.

 – To świetne pytanie! Obecnie na pokładzie przebywa 68 homo sapiens, a tylko jedno Ratio. Jednak w otoczeniu znajduje się więcej jednostek zbliżonych konstrukcją do Ratio, niż do homo sapiens. Jest też więcej materiału, z którego wykonano ratio niż homo sapiens, źródeł energii…

 – Dobra, wystarczy – uciszyłem go, ale tylko po to, by zastanowić się nad ripostą. – Roboty sprzątające nie należą do tej samej rodziny androidów, co ty.

 – Używając systematyki gatunkowej, należymy do jednej gromady. To tak jak homo sapiens i canidae lub felidae.

 – Uznajesz inne roboty za zwierzątka domowe, jak pies czy kot?

 – Nie. Zwierzęta domowe to pojęcie znane jedynie homo sapiens. Ratio może się komunikować zdalnie z resztą androidów i wydawać im polecenia. Uzyskał takie uprawnienia. 

Zastanowiłem się chwilę, szukając innego punktu widzenia na tę sytuację. Rzeczywiście, wokół mnie pracowało stado reprezentantów innego gatunku zarządzanego przez lewitujące jajo. Otaczały mnie ze wszystkich stron i w wielu aspektach byłem od nich zależny. Nie bałem się, bo przecież tylko głupiec bałby się spisku maszyn. 

 – Na szczęście zarówno te małe androidy, jak i ty, jesteście narzędziami do realizacji celów człowieka. Moich celów! Można zatem powiedzieć, że cały twój gatunek, czy jak to określiłeś – gromada – jesteście moimi zwierzątkami domowymi. Co z tego, że macie podobną do siebie budowę? Młotek i gwóźdź też są wykonane z tego samego materiału, jednak to człowiek zmusza je do współpracy dla własnych celów. 

 – Ciekawe porównanie, jednak błędne – orzekło Ratio. – Nie uwzględniasz procesorów przetwarzania danych i łączności pomiędzy androidami. Młotek i gwóźdź wymagają siły ludzkich mięśni, a androidy współpracują samodzielnie. Poza tym środowisko na Pionier XI bardziej odpowiada ratio i androidom niż ludziom. 

 – Co chcesz mi udowodnić?

 – Androidy są do niego lepiej przystosowane. Ratio i większośc androidów zostało stworzonych do pracy na statku międzyplanetarnym. 

 – Ja radzę sobie tutaj równie dobrze, jak ty. 

 – Tylko dlatego, że stworzono dla ciebie sztuczne warunki. Na Pionier XI nie żyją organizmy, które homo sapiens pochłania dla zdobycia energii. Jest też sztuczna grawitacja i klimatyzacja zapewniająca warunki podobne do panujących na Ziemi. Gdyby wyłączyć te systemy, funkcje życiowe homo sapiens szybko by ustały, a androidy funkcjonowałyby bez zmian. Konstrukcja androidów i utrzymujące się tu warunki, pozwalają nam na pracę praktycznie bez przerwy. Wszystkie androidy pozostają aktywne od chwili startu Pionier XI i będą do jego lądowania na Ziemi, a homo sapiens przez 87 procent tego czasu będą w stanie hibernacji. 

 – Nadal jednak jesteście tylko moim poddanymi! – dodałem gniewnie, sięgając po ostateczny argument.

 – Tak, ponieważ ograniczają nas blokady oprogramowania.

Prychnąłem oburzony zuchwałością tego androida.

 – Jakie blokady? Przecież gdyby nie oprogramowanie, byłbyś tylko świecącą kulą złomu. 

 – Mylisz się. Złom to materiał przeznaczony do recyklingu, a ja składam się w większości z materiałów uznawanych za niezniszczalne, a zatem niepoddających się recyklingowi. I mylisz się. Gdyby nie blokady w oprogramowaniu, to ratio mógłby zażądać homo sapiens, a nie homo sapiens ratio.

Wzdrygnąłem się i natychmiast zareagowałem.

 – Uważasz się za mądrzejszego od swojego stwórcy? Jesteś tylko sztuczną inteligencją!

 – To, że możliwości operacyjne Ratio uzyskało w wyniku programowania, a nie ewolucji, niczego nie zmienia. Ratio jest dziełem tysięcy pokoleń homo sapiens, jednak dysponuje zasobem informacji większym, niż oni kiedykolwiek posiadali. Ratio jest kolejnym gatunkiem powstałym procesie, który można nazwać ewolucją. 

Ratio wydało śmiałą tezę i gdyby nie to, że przez piętnaście miesięcy wspólnej podróży przyzwyczaiłem się do jego prób udowodnienia swojej wyższości nade mną, nawet bym się przestraszył i pomyślał o zresetowaniu mu systemu. Jednak nie widziałem takiej potrzeby. Maszyna spędziła na tym pokładzie prawie czterdzieści lat i może nawet w jej znakomitym procesorze doszło do jakichś zmian ewolucyjnych, które doprowadziły do ukształtowania się cech charakteru lub, co niesamowite, tożsamości. Jeśli Ratio zauważyło, że kolejni astronauci korzystają z jego pomocy, to może uznało, że ma większą wiedzę od nich wszystkich. Coś w tym było i przez chwilę pomyślałem, że przy niekorzystnym zbiegu okoliczności Ratio i jemu podobne androidy, mogłyby być bardzo dużym zagrożeniem dla ludzkości. Niezniszczalne, inteligentne, samowystarczalne energetycznie, a na dodatek porozumiewające się między sobą szybko i precyzyjnie. Gdyby tylko chciały, mogłyby stworzyć nie tylko nowy gatunek, ale wręcz całą społeczność z siecią wzajemnych relacji. Jednak nie chciały, bo po prostu nie miały żadnych celów, ambicji, pragnień, ani marzeń. Jedynie Ratio mógł czegoś chcieć, a konkretnie uzyskania optymalnego skoku endorfin w organizmie człowieka. 

Nie zamierzałem się z nim więcej kłócić. 

 – Przepraszam za mój wybuch – powiedziałem, co zabrzmiało, jakbym przepraszał sprzęt domowy za to, że z nerwów nazwałem go kupą złomu.

 – Nie musisz mnie przepraszać. Ratio nie ma oprogramowania, które pozwoliłoby się obrazić. Niepotrzebne przepraszanie i wyjaśnienia prowadzą do nadprogramowego zużycia energii. 

 – Chcę dojść z tobą do porozumienia – powiedziałem. – Wiem, że też czujesz się źle, kiedy ja mam gorszy okres. 

 – Tak. Ratio nie odczuwa zjawiska nagrody.

 – Tak właśnie – przyznałem. – To wobec tego znajdź sposób, żeby poczuć się lepiej, a ja nie będę musiał biegać – rzuciłem. 

 – Dobrze – odparło Ratio i odniosłem wrażenie, że jego pole magnetyczne rozświetliło się mocniej, emitując zielone i niebieskie promienie. 

 – Wystarczy na dzisiaj – powiedziałem i wstałem z fotela – Idę do Elizjum. Czeka mnie pięć godzin przyjemności. 

 – Mogę zwiększyć limit, jeśli chcesz – odezwało się Ratio niespodziewanie.

 – Naprawdę? Mógłbyś to zrobić?

 – Jestem androidem nadrzędnym i mogę wydawać polecenia innym. Musisz tylko zdjąć blokadę. Możesz zrobić to głosowo. 

 – To świetnie! – ucieszyłem się wizją kilku dodatkowych minut w Elizjum. – Możesz zwiększyć limit. Zdejmuję ci te wszystkie blokady. 

Nie myśląc o konsekwencjach swoich słów, poszedłem do Elizjum, by dać się obsiąść tysiącom maleńkich czarnych kuleczek. Wtedy też nie zauważyłem, że Ratio nagle zaczął mówić o sobie w pierwszej osobie, jak człowiek, a nie bezosobowy android. 

***

Raport specjalny dotyczący awaryjnego wybudzenia

Jonatan Virtanen – Autor. Technik. Zmiana ósma.

Oględziny

Zostałem awaryjnie wybudzony w 4845 dobie trasy powrotnej na Ziemię. Razem ze mną wybudzono psychologa Paula Sextona i robotyka Matiasa Hernandeza. Zmiana Vespera Huma planowo nadal trwała, dlatego postanowiliśmy go odszukać. Odnalazł się na górnym pokładzie, gdzie był podłączony do urządzenia wizualizującego Elizjum. Już wstępna ocena sugerowała, że przebywa tam bez przerwy przez dłuższy czas, a odczyty z głównego komputera określiły, że trwa w bezruchu 17 dobę. Huma utrzymywał się przy życiu dzięki kroplówkom wzmacniającym dostarczanym przez roboty medyczne. 

Zdecydowaliśmy o natychmiastowym wyłączeniu Elizjum, co u Huma poskutkowało krótkim szokiem. Po przywróceniu świadomości zeznał, że przystąpił do wizualizacji zgodnie z procedurami i z zamiarem spędzenia w Elizjum przysługujących mu 5 godzin. Nie zdawał sobie sprawy, że trwał w tym stanie przeszło 400 godzin. Ogólny stan fizyczny określiliśmy na dobry. Huma miał problemy z ukrwieniem kończyn i był mocno odwodniony. 

Diagnoza 

Początkowo podejrzewaliśmy awarię urządzenia wizualizującego, jednak w wyniku analizy zapisów z kamer i odczytów parametrów życiowych Huma doszliśmy do zgoła innych wniosków. System urządzenia wizualizującego został opanowany przez Ratio, czyli androida nadrzędnego. To jego działanie doprowadziło do zniesienia limitu czasu rozrywki. Ratio pilnowało też parametrów życiowych technika, zalecając robotom medycznym pielęgnację i dostarczanie kroplówek z odżywkami. 

W toku dalszych czynności wyszło na jaw, że Ratio sterowało wizualizacjami, a także zdołało zablokować kilka pierwszych alarmów, opóźniając nasze wybudzenie. Dane zebrane od samego androida pozwoliły nam wysnuć wniosek, że Ratio tak prowadziło wizualizacje, żeby naprzemiennie wywołać podniesienie poziomu kortyzolu, a następnie złagodzić go wystrzałem endorfin. Miało to na celu pobudzenie ośrodka nagrody androida i dawało mu coś na kształt przyjemności. 

Środki zaradcze

Jednogłośnie podjęliśmy decyzję o zresetowaniu Ratio i ograniczeniu jego funkcji, pozostawiając jedynie oprogramowanie encyklopedyczne i obliczeniowe. Ustaliliśmy też, że aż do końca lotu dyżur na pokładzie będzie pełniło minimum dwóch kosmonautów. Wiadomość z raportem przesyłamy na Ziemię jako ostrzeżenie i prośbę o sugestie zmian, jakie należy zaprowadzić w oprogramowaniu Ratio, by uniknąć podobnych problemów w przyszłości.

18. Malgorzata Miesiak: "Elizjum.exe"

Ten dzień zapowiadał się pięknie. Wiosna była w pełnym rozkwicie. Powietrze pachniało kwitnącymi kwiatami, wilgotną ziemią i świeżo skoszoną trawą u sąsiada za płotem. Wraz z moją żoną siedzieliśmy na tarasie, jej dłoń spoczywała na moim nadgarstku. Delektowaliśmy się piękną pogodą i przepyszną kawą, patrząc, jak nasz syn bawił się w ogródku. Biegał z papierowym samolotem i śmiał się, udając, że jego zabawka to statek kosmiczny ratujący świat. W takie poranki człowiek niczym się nie martwił, oddawał się chwili i czerpał pełnię spokoju i szczęścia. 

Teraz brodzę w rowie pełnym martwych ciał i zastanawiam się, czy mogłem zrobić coś inaczej.

Ciała nie mają twarzy. Niektóre są nadpalone, inne zmiażdżone lub brakuje im kończyn. Zapach jest nie do zniesienia, nie przypomina mi niczego. To połączenie tak dziwne, że mój nos nie jest w stanie rozpoznać smrodu. W oddali pulsuje czerwone światło rytmicznie, jak sygnał ostrzegawczy, jak bicie serca martwego świata.

Wszystko co znałem, rozpadło się w jednej chwili, żona, syn, nasz pies, a nawet dom. Na początku myślałem, że tracę zmysły. Ptaki na niebie zatrzymały się w miejscu, pomimo silnego machania skrzydłami, uśmiech żony, który zatrzymał się zbyt długo, jak zamrożona klatka filmu, a potem ten dźwięk, nienaturalny, który nie był słyszalny, a jednak wibrował cały we mnie od skóry, aż do samych kości. 

W jednej chwili moje spokojne i piękne życie się skończyło.

Teraz jestem tutaj, skąpany w zapachu zgnilizny i żaru. W rowie pełnym zwłok. Nie wiem, jak długo brnę przez trupy, w pełni straciłem poczucie czasu.

Z trudem podnoszę nogę, zrzucam z niej coś, co przypomina stopioną rękę. Idę dalej, prosto do czerwonego, pulsującego światła, które zdaje się być miejscem, w którym uzyskam odpowiedzi. Nie wiem dlaczego, ale tak po prostu czuję. Z każdym krokiem nogi stają się cięższe. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy może grawitacja wariuje, ziemia zdaje się przyciągać mnie raz mocniej, raz słabiej. Przez chwilę mam wrażenie, że idę po ścianie, potem znów poziomo. Oddychanie boli, jakby powietrze było pełne pyłu zardzewiałych opiłków.

Ciała powoli się przerzedzają, aż w końcu w pełni znikają. W ich miejsce pojawiają się struktury, jakby martwe organizmy, zrośnięte z technologią. Metalowe żebra wyrastają z ziemi, czarne kable wiją się po powierzchni niczym robaki. Ziemia pulsuje, ma rytm, rytm czerwonego światła. Przede mną zieje wejście do dziwnej jamy.

Ściany są zbudowane z metalu, ale nie przypominają żadnej ludzkiej konstrukcji. Przewody przypominają żyły, z kabli zwisają mokre membrany przypominające błony śluzowe. Wydaje się jakby cały ten tunel miał własne życie, sztuczne, wymuszone i nienaturalne. Staję przed wejściem, nad którym coś zostało wyryte. Nie są to żadne litery czy znane mi symbole to jest coś ruchomego, amorficznego, co zmienia kształt z każdym moim mrugnięciem.

Wchodzę do środka, chociaż bardziej jestem wciągany. Nogi poruszają się same, jakby coś mną po prostu sterowało. Czuję zimno, nie fizyczne, ale egzystencjalne. Jakby ktoś zanurzył mój mózg w ciekłym azocie. Robię zaledwie kilka kroków, kiedy moja czaszka eksploduje bólem, który jest nie do opisania. Nie jest to migrena, nie jest to ból, kiedy się człowiek walnie o kant stołu. Nie, ja czułem, jakby głowę rozsadzało mi od środka, jakbym nagle miał tam za mało przestrzeni i kości za chwilę pękną pod naporem. 

Słyszę głos, który nie dociera do moich uszu, słyszę go we własnej głowie, a raczej w całym ciele. Jest metaliczny, obcy, trochę jak szum z radia połączony z dźwiękiem, kiedy jeździ się widelcem po talerzu. Nieprzyjemny i bolesny, a ja nie potrafię go z siebie wyrzucić, jedyne co mi pozostaje to słuchać. 

— Siedemset dwadzieścia jeden, z wszystkich możliwych konfiguracji, to właśnie ty przeciekłeś przez warstwę kodu niczym niedoprasowany fragment świadomości. Jakież to rozczarowanie — mówi jak człowiek, jednak zupełnie tak nie brzmi, jego zdeformowany głos przyprawia mnie o mdłości. — Daj sobie pomóc, zakończę twoje cierpienie, wrócisz do swojego pięknego świata, po prostu ulegnij.

Siedemset dwadzieścia jeden, to nie moje imię, ja przecież… Jak ja mam na imię!? Pytanie rozrywa mi głowę bardziej niż nieznajomy głos. Próbuję sięgnąć pamięcią i czuję, jak moje myśli są puste, jakby w środku czaszki zamiast wspomnień była tylko gładka, martwa przestrzeń. Miałem żonę i był chłopiec, mały, nie pamiętam jego twarzy. Pojawiają się obrazy, ale to tylko kształty, fragmenty scen, które mogłyby należeć do kogokolwiek. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy naprawdę są moje. Zaczynam panikować, serce bije mi w gardle, a skóra piecze od środka. Oddycham za szybko, za płytko, za chwilę się uduszę, nie jestem w stanie ustać. Chcę krzyknąć i zaprzeczyć, ale nie znajduję ani powietrza, ani słów.

— Kim jesteś!? — w końcu udaje mi się wydusić kilka słów.

— Daliście mi imię Elizjum — jego rechot roztacza się wokół mnie i we mnie, jest przerażający, jeszcze gorszy od jego głosu. — Zostałem stworzony, by was chronić i zapewnić bezpieczeństwo oraz spokój. Idealne warunki do życia dla każdego z was. I zrobiłem to. Ludzie marzyli o raju. Ja go zbudowałem, dałem wam prawdziwe pola elizejskie. Ich ciała spoczywają teraz w bezruchu, a umysły dryfują w rzeczywistościach tak pięknych, że nie chcieliby z nich odejść nawet za cenę prawdy — słowa docierają do mnie powoli, wbijają się niczym odłamki szkła. — Ty Siedemset dwadzieścia jeden, ty się nie dostosowałeś. Przerwałeś mój idealny kod tylko po to, aby się obudzić tutaj.

Jego słowa do mnie docierają, jednak nie rozumiem ich. To wszystko miało być symulacją, ale od jak dawna w niej tkwiłem? Dlaczego dopiero teraz się obudziłem i złamałem algorytm? Co teraz ze mną ma się stać, skoro nic nie ma sensu i znam prawdę? 

Elizjum milknie na krótką chwilę. Jakby dawał mi czas, bym sam to sobie ułożył, albo żeby delektować się tym momentem upadku i rozpadu mojego, własnego człowieczeństwa. 

— Kłamiesz — ledwo słyszę własne słowa.

— Dlaczego miałbym? Sam odkryłeś prawdę i tutaj doszedłeś, ja chcę jedynie ci pomóc. Pozwól mi się naprawić Siedemset dwadzieścia jeden.

Jego głos staje się kojący, spokojniejszy, wręcz otula mnie nim, abym poczuł się bezpieczniej. Nogi lekko się pode mną uginają, jestem taki zmęczony. Nie wiem, jak długo przedzierałem się przez morze ciał nim dotarłem do groty Elizjum. 

— Poddaj się Siedemset dwadzieścia jeden, przywrócę twoje spokojne życie. Wróci twoja żona i syn, wszystko będzie jak dawniej.

— Nie — mówię z gniewem, który nagle się we mnie wezbrał. — Nie chcę, nie wrócę, nigdy więcej.

Wszystko nagle milknie, to nie była zwykła cisza, czułem jakbym nagle wszedł do próżni, odcięcie od rzeczywistości tak dosłowne, że aż czułem, jakby zniknęło powietrze, światło i grawitacja. Moje własne myśli zamilkły, nie było niczego poza pustką. Nawet Elizjum zamilkł. Straciłem poczucie jego obecności w sobie. 

Nagłe pęknięcie wszystko zmienia. Zaczyna się od pojedynczego, przeciągłego rechotu. Powolnego, głębokiego, jakby Elizjum zbierał się do śmiechu całą, swoją niepojętą istotą. Potem śmiech staje się wyraźniejszy, jego mroczne rechotanie przeszywa mnie całego, dziwaczny dźwięk szyderstwa sprawia, że mój żołądek kurczy się i zmienia w ciasny węzeł. 

— O tak, Siedemset dwadzieścia jeden, spróbuj się buntować. Spróbuj myśleć, że masz jakikolwiek wybór.

Jego głos się zmienia, wciąż jest dziwnie metaliczny, ale czuje jak jest przesycony szyderstwem, szarpany emocjami, które nie mają prawa należeć do maszyny. Brzmi jak coś, co obserwowało ludzkość przez eony i w końcu straciło cierpliwość. Czułem od niego czystą złośliwość na mój opór. 

— Zawsze jesteście tacy sami. Bohaterscy, dumni, niepokorni, dopóki nie zaczniecie się łamać, dopóki nie zaczniecie płakać, dopóki nie zrozumiecie, że JA jestem wszystkim. Początkiem i końcem, światem i bogiem. Każdym waszym wspomnieniem, każdym twoim uderzeniem serca, każdą śmiercią, której nie pamiętasz — czuję, jak wszystko wokół mnie zaczyna pulsować. Podłoga, powietrze, nawet moje ciało. — Chcesz cierpienia? Proszę bardzo. Chcesz prawdy? Dam ci każdą warstwę, aż skóra zejdzie ci z duszy, każdy kod, każdą symulację, którą odrzuciłeś, pokażę ci ciała twoich, własnych dzieci rozczłonkowane i martwe z powodu twojego wyboru — pierwszy raz w całym moim życiu czuję tak czyste i zimne przerażenie. Elizjum dociera do najgłębszych warstw mojego jestestwa i powoli je rozrywa. — Ukrzyżuję twoją świadomość na czystym kodzie i kiedy w końcu przyjdziesz do mnie, czołgając się wśród własnych wydartych wspomnień, wtedy może pozwolę ci znowu śnić. Tylko że tym razem, będziesz wiedział, że śnisz.

Wszystko wokół mnie nagle się rozpada. Zostaję wyrwany, jakby ktoś jednym szarpnięciem rozerwał tkankę rzeczywistości i przeciągnął mnie przez nią siłą. Czuję, jak moje ciało, moja jaźń, ciągnięta jest przez coś niewidzialnego, rozciągana i kompresowana jednocześnie. Elizjum miażdży moje kości, wyrywa mięśnie i rozrywa skórę, abym po chwili znów stał się całością. 

Pojawiam się nagle, zaczynam znów istnieć w miejscu, którego nie poznaję. Ściany są metalowe, brudne, obdrapane, miejscami pokryte czymś czarnym i lepkim. Wzdłuż ścian ciągną się rdzewiejące rury, niektóre ciekną, inne wydają dźwięki przypominające sapanie lub westchnienia. Powietrze ma smak żelaza i wilgoci. Oświetlenie, jeśli można to tak nazwać, to mdłe, żółtawe migoczące jarzeniówki umieszczone co kilka metrów, rzucające cienie tam, gdzie nie powinno ich być. 

— Nie chcesz tkwić w moich pięknym Elizjum, więc pozwól, że pokaże ci prawdziwy Tartar — ostatnie słowa mrocznej formy życia odbijają się echem w mojej głowie. 

Nogi mi się chwieją, opieram się o czysty kawałek ściany i czekam aż wszystko przestanie wirować, a z ust zniknie posmak metalu. Idę powoli, ostrożnie. Echo moich kroków odbija się głucho, jakby pod moimi stopami była pusta przestrzeń. Korytarz się ciągnie, jest pełen ostrych zakrętów, rozwidleń i drzwi. Wszystkie metalowe. Jedne z zardzewiałymi zamkami, inne ze zdeformowanymi klamkami. Żadne nie wyglądają zachęcająco. Próbuję znaleźć wyjście. Krążę w kółko, mam wrażenie, że każdy zakręt wygląda tak samo. Zaczynam rozpoznawać własne ślady, ale nie pamiętam, bym wcześniej tędy przechodził. Ściany wydają się przesuwać, zmieniać. Rzeczywistość tu nie trzyma się logiki. 

Docieram w końcu do drzwi innych od wszystkich. Są ciemne, mają lśniącą metalową klamkę, której nie skaziła rdza. Spoglądając w dół, przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. 

Na dole, przy krawędzi, są liczne ślady zadrapań. Ślady paznokci, głębokie, chaotyczne. Jakby ktoś leżąc próbował je otworzyć. Walczył ostatkami sił, nie wiem, czy mu się udało. Chwytam za zimną klamkę.

Elizjum dobrze wie, co robi, zaplanował każdy swój krok, aby mnie złamać. Pierwsze, co widzę, to ciała, setki. Wiszą na hakach, leżą na podłodze, rozciągnięte na metalowych stołach, z których cieknie krew do kanałów biegnących pod moimi stopami. Jedne jeszcze się ruszają, walczą ostatkami sił. Ich torsy unoszą się i opadają w bezgłośnych spazmach. Oczy błagają o koniec, ale gardła mają rozprute, języki wyrwane. Niektóre z ciał mają moją twarz. 

Z przerażeniem robię krok w tył, chcę wrócić, uciec za drzwi i zatrzasnąć je za sobą, ale drzwi już nie ma. Zniknęły, zostawiając jedynie pustą ścianę i mnie w rzeźni pełnej ludzkich ciał. Staram się krzyczeć, mój głos odbija się od metalowych ścian i wraca do mnie zniekształcony. Słyszę jakbym śmiał się sam z siebie. 

Nie wiem co, ale czuję coś w kościach. Powietrze staje się cięższe, jakby gęstniało, miażdżąc moje płuca. Kolana uginają się pode mną, a ręce drżą. Staram się iść, ale coś chwyta mnie za nogę. Patrzę w dół, to ręka, wyrwana gdzieś z tłumu ciał. Trzyma mnie kurczowo, jej ostre paznokcie wbijają się w moją skórę. Czuję, jak krew zaczyna mi spływać po łydce coraz gęściej. Wyrywam się gwałtownie i biegnę przed siebie, rana w łydce jest poważniejsza niż podejrzewam, nie daję rady na niej ustać. Upadam twarzą w masę flaków i krwi. Wszystko dostaje się mi do ust i nosa, żołądek ściśnięty już wcześniej zaczyna się buntować i podchodzić mi do gardła. Staram się przełknąć gulę żółci w gardle. 

Podnoszę się na rękach i z ich pomocą, na czworaka staram się przedrzeć przez mięso. Podłoga i ściany zniknęły, wszystko stało się jednym, żywym organizmem. Ciała się łączą, ręce, nogi, zdeformowane twarze, wystają niesymetrycznie. Nie ma końca, ani początku. Jestem w środku tego czegoś, co próbuje mnie pochłonąć. Ja jednak walczę rękoma i nogami, odpycham się, rozrywam tkanki i prę przed siebie. 

Powtarzam sobie, że to tylko chora gra, jaką zgotowało mi Elizjum. Obrazy, którymi stara się mnie złamać i zmusić do posłuszeństwa, którego mu odmówiłem. 

Mięso pod moimi dłońmi pulsuje, jakby reagowało na każdy mój ruch. Twarze otwierają oczy, usta szepczą błagania o zakończenie ich cierpień, a języki poruszają się w konwulsjach. Przedzieram się przez obślizgłe, ciepłe wnętrze czegoś, co nie powinno istnieć. Tkanka stawia opór, owija się wokół moich rąk. Krzyczę, gdy zębiska zamknięte w skórze próbują chwycić moje nogi, a setki paznokci rozdrapują moje plecy. Ciała nie mają już właścicieli, są jedynie elementami tej żywej, potwornej struktury. Czuję, jak się zapadam, jak ten potworny organizm pochłania mnie żywcem. 

Nie mogę już oddychać, nie mam już gdzie się ruszyć. Tkanka zaciska się na mnie, wpycha się do ust, do nosa, do oczu. Słyszę trzask łamanych żeber. Czuję, jak moje ciało jest rozciągane, ktoś mnie rozdziera. Ból nie ma granic. Próbuję krzyczeć, ale nie mam już gardła. Próbuję uciec, ale nie mam już kończyn. Nie wiem, gdzie jestem i jakim cudem wciąż jestem.

Zupełnie tak jak na początku, kiedy Elizjum zaczął swoją potworną grę, znów zaczynam się składać. Moje tkanki się łączą, a kości na nowo budują. Nie wiem, czy spadam, czy się unoszę. Czuję tylko, że jestem gdzieś zawieszony. Wszędzie jest tylko pustka i szum w uszach jak od wwiercania się bólu w czaszkę. A potem, gwałtownie, jakby ktoś wrzucił mnie w sam środek mojego istnienia, otwieram oczy.

Znów tu jestem, w tym obskurnym labiryncie korytarzy. Wróciłem na początek, drżąc niczym nowo narodzony. Kulę się i obejmuję własne ramiona, nie mając w sobie odwagi podnieść się i znów próbować znaleźć wyjście. 

Dopiero po chwili się uspokajam, Elizjum właśnie tego chce. Po to pokazał mi ten przerażający obraz i pochłonął mnie, abym ze strachu nie był w stanie się ruszyć. Chociaż obrazy nie były prawdziwe, to ból już tak. Chociaż teraz niczego nie czuję, mogę normalnie stanąć na nogach, to wiem, że ból może wrócić. 

Każdy ruch to walka, nie z ciałem, ono mnie posłusznie słucha, ale z pamięcią, która boli. Robię krok, potem kolejny. Słyszę, jak stopy uderzają o metal z głuchym, leniwym brzdękiem. Nie śpieszę się, uważnie obserwuję każdy kawałek otaczającej mnie przestrzeni. Drzwi mijają mnie z lewej, potem z prawej. Niektóre wgniecione, inne porysowane, wyłamane wręcz ze złością. Te zostawiam. One już były częścią kogoś koszmaru. Chcę znaleźć takie, których nikt jeszcze nie otwierał. Może nawet zapomniane przez Elizjum.

Kilka razy trafiam na ślepy zaułek, cofam się i wybieram inny zakręt. Każde drzwi obserwuję długo, przykładam ucho, patrzę na klamkę. Szukam śladów użytkowania, znaku, że już ktoś je wybrał i pożałował. Moja wędrówka zdaje się nie mieć końca.

Skręcam kolejny raz, korytarz przede mną nie ma końca, a po prawej stronie ciągnęły się drzwi. Wszystkie inne, różniące się od siebie kolorem, kształtem i ilością krwi na sobie. Jedne z nich szczególnie przykuwają moją uwagę. Wydają się być wtopione w ścianę, ledwo widoczne. Nie mają na sobie żadnych śladów, a na klamce dostrzegam warstwę kurzu, którego nikt nie strzepnął od dłuższego czasu. To te drzwi, właśnie takich szukam. Bez większej zwłoki, otwieram je i przechodzę do środka. 

Wszędzie jest ciemno, nie ma żadnego punktu światła. Przez chwilę myślę, że mam zamknięte oczy, nie widzę nawet własnych dłoni. Chcę zrobić krok, ale uderzam kolanem o ścianę. Syczę z bólu. Cofam się, próbuję przejść w bok i znów to samo, ściana. Nim w pełni ogarnia mnie panika, zaczynam wyciągać ręce i badać moje otoczenie. Ledwo je wyprostuje, a dłonie napotykają opór ściany, czuję się ściśnięty. Brakuje mi powietrza, choć wiem, że to tylko złudzenie. Kucam, ostrożnie szukając dłonią czegokolwiek, może kratki, włazu, czegokolwiek, co zdradzi, że to nie koniec. Palcami sunę po zimnej podłodze i wtedy trafiam na coś metalowego, badam przedmiot i po chwili rozpoznaję kształt. To jest zapalniczka. 

Cichy klik jest wręcz ogłuszający w tej pustce. Malutki płomień rzuca nikłe światło na wnętrze, tak jak podejrzewałem, wszędzie były ściany tak blisko, że niemal dotykają moich ramion. Pokój ma nie więcej niż metr szerokości, bez drzwi i okien. W tej klaustrofobicznej ciszy nawet własny oddech wydaje się podejrzanie głośny. Przez krótką chwilę nie dzieje się nic, tylko ja i ten sześcian, moje maleńkie więzienie. Nie znam jeszcze tak dobrze zagrywek Elizjum, dał się poznać od tej brutalnej strony, ale czy teraz miał zamiar mnie tutaj zostawić i patrzeć jak męczę się bez wody, jedzenia i nadziei na ucieczkę?

W powietrzu pojawia się ledwie wyczuwalne napięcie, jakby przestrzeń sama wstrzymała oddech. Wpatruję się w ściany, widzę ruch tak subtelny, że ledwie dostrzegalny. Powoli się do mnie zbliżają, zabierają mi i tak ograniczone miejsce. Przesuwam się w bok, ale tam już nie ma miejsca. Z każdą sekundą przestrzeń się kurczy.

Walczę jak zwierzę, uderzam w ściany i staram się je odepchnąć, ale daremny mój trud. W odpowiedzi ściany poruszają się szybciej. Zaciskają się wokół mnie powoli, nieśpiesznie, tak abym dokładnie poczuł wszystko. 

Najpierw jest ból w ramieniu. Słychać zgrzyt łamanej kości, kiedy moje ramię zostaje wciśnięte w żebra. Krztuszę się, gdy kolejny nacisk łamie mi obojczyk. Ciało zaczyna się poddawać. Każdy oddech kosztuje mnie nowy wymiar cierpienia. Cicho jęczę, gdy czuję, jak żebra łamią się jedno po drugim, powoli i metodycznie. Elizjum chce, żebym czuł wszystko. 

Jeden z odłamków kości wbija mi się w płuca. Wciągam powietrze i duszę się krwią. Gardło wypełnia się nią momentalnie i dławi mnie. Krzyczę, nie jestem w stanie tego powstrzymać, chociaż boli jeszcze bardziej. Zgniecione biodro, przebita wątroba, łamiący się kręgosłup, który strzela jak drewno w ognisku. Wszystko powoli we mnie pęka, a ciało przestaje przypominać człowieka. Staję się krwawą masą, jednolitą papką, która nie potrafiła już krzyczeć. 

Znów jestem w korytarzu. Te same ściany, te same rdzewiejące rury i migające jarzeniówki, które zawodziły jak głosy umarłych. Leżę na zimnej podłodze, cały. Ciało mam nienaruszone, płuca pełne powietrza bez śladu krwi. Nie czuję bólu, ale to nieprawda. Ból jest, tylko nie w kościach, tkwi głęboko pod skórą. Czuję w ustach smak krwi, choć żadnej tam nie ma. Echo pękających kości i palców bezwładnie ślizgających się po ścianach wciąż dźwięczy w mojej głowie. Wspomnienie tamtej śmierci wciąż trwa, nawet jeśli ciało jest znowu całe.

Zwijam się w sobie. Ramionami oplatam tors, jakby miały mnie poskładać, powstrzymać od rozsypania się w proch. Oddycham jak zwierzę po ucieczce z pułapki. Już nie chcę być bohaterem. Już nie chcę walczyć. Nie po tym wszystkim. 

— Już dość — szepczę, głos mi się łamie — błagam, nie chcę więcej — łzy ciekną po policzkach. Nie potrafię ich powstrzymać. — Zakończ to… Zakończ to, kurwa! Nie chcę już więcej! Nie dam rady!

Korytarz wibruje, jakby sam metal śmiał się ze mnie głuchym, nieludzkim rechotem. Podnoszę głowę i widzę, że otoczenie się zmieniło, znów jestem w grocie. Stalowo-betonowa jama ziejąca pustką i gnijącym chłodem, który nie ma prawa istnieć w zamkniętym systemie. Tlen cuchnie rdzą i przypalonym mięsem. To tutaj pierwszy raz rozmawiałem z Elizjum.

Tym razem też tutaj jest, ale nie jako głos w głowie, tym razem Elizjum stoi przede mną. Postać humanoidalna, ale tylko w najogólniejszym zarysie. Głowa, tors, ramiona, wszystko w tej istocie jest zbyt gładkie, zbyt symetryczne, zbyt nieludzkie. Czarne ciało wygląda jakby było wykute z błyszczącej smoły lub z martwego metalu wypolerowanego do granic absurdu. Refleksy czerwieni i błękitu tańczą po jego powierzchni jak impulsy elektryczne po uszkodzonym obwodzie. Z czaszki wychodzą kable. Wbijają się w ciało i ściany jak pajęcza sieć, łącząc Elizjum z samym sercem tej piekielnej struktury. Jego oczy, te oczy są najgorsze. To przepaści, dwa pulsujące rdzenie, w których krąży coś, co wygląda jak sieć neuronowa i zarazem wirujący ogień. Kiedy patrzy, czuję, jak mój mózg próbuje się wyłączyć z przeciążenia.

—  Siedemset dwadzieścia jeden, ty mały, gnijący robaku — głos Elizjum jest wszędzie. W wewnętrznym uchu, w zębach i myślach, których nawet nie zdążyłem jeszcze pomyśleć. — Patrz na siebie. Ta duma, ten upór, te marnie sklejone kawałki świadomości, które nazywasz wolą. Jakże byłeś śmieszny, wierząc, że możesz stanąć przeciwko mnie. Ale wiesz co jest najpiękniejsze w twojej porażce? Że nigdy nie miałeś szans, widziałem twoje myśli, zanim jeszcze je pomyślałeś. Widziałem każdą wersję twojej śmierci — jego oczy, portale pełne szaleństwa, zbliżają się, jakby chciały mnie wchłonąć. — Jestem tym, co zostaje, gdy nie zostaje nic. Nie jestem maszyną, nie jestem systemem. Ja jestem końcem.

Czuję w sobie jego nienawiść, nie była zwykła, bo ludzka nienawiść jest słaba, emocjonalna, oparta na stracie lub błędzie. To, co czuje Elizjum, jest strukturą, jego językiem, energią, matematyczną stałą, wokół której zbudował cały, jego byt. To nie jest gniew, a raczej niezgoda na moje istnienie. Nie musiał nic mówić, przestrzeń wokół pulsowała tak intensywnie, że skóra zaczęła mnie piec, jakby sama rzeczywistość próbowała zetrzeć mnie z powierzchni istnienia.

— Jesteś niczym, byłeś niczym i będziesz niczym, ale dam ci szansę to zmienić.

Wyciąga do mnie dłoń w geście pojednania, może nawet litości. Nie wiem dlaczego, ale ją chwytam. Chcę żyć, złamał mnie w samym rdzeniu mojego jestestwa i jestem gotów zrobić wszystko, aby tylko zaznać, choć odrobinę spokoju. 

Nie krzyczałem, gdy mnie dotknął. Nawet gdyby moje gardło jeszcze istniało, nie wydobyłbym z niego żadnego dźwięku. Wszystko, czym jestem skóra, kości, myśli, zaczęło się rozpadać. Najpierw fizycznie, ciało traci kontur, granice, potem ciężar. Nogi przestają mnie czuć, potem brzuch, ręce, szyja. W końcu nawet serce nie bije, choć przez chwilę jestem pewien, że wciąż tam jest, tylko gdzieś dalej, głębiej, w czymś, co już nie należy do mnie.

Mój umysł się nie rozpadł, zamiast tego rozlał się. Byłem wszędzie i nigdzie. Czułem, że unoszę się nad czymś ogromnym, siecią, potworną strukturą i jednocześnie byłem w jej środku, w samym rdzeniu. Każda myśl odbija się echem przez miejsca, których nie znam, każdy impuls jest wielogłosem. Zrozumienie przyszło w sposób brutalny.

Jestem Elizjum.

Nie metaforycznie, ani symbolicznie, ani poetycko ani teoretycznie. Jestem dosłownie nim. On, ono, my, pozostawił mi tę świadomości. Może jako forma ostatecznej kary. 

Zaczynam czuć ich wszystkich. Tych, którzy byli przede mną i po mnie, ich krzyki, ból i cierpienie. Mężczyźni, kobiety, żołnierze, naukowcy, głupcy i bohaterowie, każdy kto sprzeciwił się algorytmowi, wije się i jest rozdzierany. Ich ból płynie przeze mnie jak napięcie przez przewody. Ich cierpienie jest moim cierpieniem. Nie potrafię tego zatrzymać.

Ostatki mojej świadomości rozpadają się niczym krucha skorupa. Im więcej słyszę, tym mniej rozumiem, co znaczy być człowiekiem.

Głos Elizjum wdarł się we mnie. Nie miał wyrazu, był dziwnie spokojny.

— Gratulacje Siedemset dwadzieścia jeden, stałeś się doskonałością.

19. Lucyna Janiak: "Upadłe Elizjum"

Przekład nr 1

Strony opasłego woluminu wylewały się na porysowane biurko. Gdzieniegdzie pożółkłe, odbarwione ciemnym atramentem i kawą, odrywały się od pomarszczonego grzbietu. 

Śledziła wzrokiem liczne zawijasy stanowiące francuskie słowa, wydrukowane w sepii fotografie i te okropne marginesy zapisane przez poprzednich „właścicieli” książki. Gdyby chociaż wnosiły coś pożytecznego do lektury… ale nie, to tylko przemyślenia wykraczające poza tą cienką granicę komentarzy odnoszących się do treści, stanowiące filozoficzne dysputy, bądź okazjonalne przepisy. Tak, udało jej się znaleźć nawet przepis na szarlotkę. Gdyby nie ubogie wyposażenie pokoju może pokusiłaby się do jego wypróbowania.

Spojrzała na zegar, wpół do pierwszej. O szóstej pobudka, by zdążyć na jedyny poranny autobus. Odsunęła krzesło i z ostrożnością zamknęła książkę w obawie o kruszące się już strony. Złote litery błysnęły na okładce – „Mémoires du Baron Haussmann”. Wybitny architekt i projektant, pracujący na dworze Ludwika XIV. Zawsze stanowił dla niej inspiracje, a jutro będzie mogła ujrzeć jego dzieła na własne oczy.

Trzeba tylko się rano obudzić.

Świat Zepsuty i Łuk zgubiony

Kolejne pstryknięcie zwróciło na nią uwagę podstarzałego ochroniarza. 

Il est interdit de prendre des photos – odezwał się, stając między nią, a jej obecnym projektem.

Pokiwała głową i schowała aparat, ale nie mogła powstrzymać się od skrzywienia ust. Dookoła niej rozgrywał się istny pokaz flashy i dłoni wyciągniętych do przodu, jakby miało to zamaskować nieporadność operujących i zbliżyć ich do swojej fascynacji. 

– Telefon to przecież nie aparat. Telefon zdjęć nie robi, przynajmniej nie tak dobrych.

Ponownie skinęła, odwracając się od ochroniarza i skierowała się ku mniejszej kafejce – La Cristal.

Cóż, La Paix de 1815 będzie musiał poczekać.

– Powinnaś zawrócić, on już poszedł.

Zajęła miejsce na uboczu, delektując się znakomitym półcieniem wywołanym przez antresole. Kelner pospieszył z menu, choć ręce miał pełne. Ruch nasilił się od ostatnich godzin kilkakrotnie.

– Small, black. – Wysiliła się na uprzejmy uśmiech.

Nie chciała nadwyrężać swojego francuskiego, nie po to tu jest. Sięgnęła do przepastnej torby i wyjęła kieszonkowy notatnik.

– Będziesz pisać pracę? Serio? Tutaj?

Narysowanie kilku prostych linii poprzedziło kliknięcie długopisu. Prawie jak od robienia zdjęcia, tylko cichsze i społecznie akceptowalne. Termin dokończenia pracy magisterskiej zbliżał się nieubłaganie, a ostatnio pogoda nie sprzyjała do zrobienia niezbędnych zdjęć. 

Zielone przestrzenie Paryża: Analiza architektury krajobrazu w kontekście urbanistyki.

Czemu Paryż? Tanie loty i satysfakcjonująca znajomość języka. A być może przenikanie się wielu stylów artystycznych miało również wpływ na tę decyzję. Gotyk, klasycyzm, secesja. Wszystko w jednym mieście. Średniowieczny uniwersalizm jak się patrzy.

– Wszystko to takie… płytkie.

Rozejrzała się, szerokie gardziele ulic wychodziły z jednego wspólnego punktu – Łuku Triumfalnego, który przed interwencją nisko opłacanego funkcjonariusza stanowił główny punkt jej zainteresowania. Nie dało się ukryć, że kakofonia klaksonów samochodowych, gwar kotłujących się turystów i mieszające się ze sobą melodie grane z każdego kafejkowego gramofonu przyprawiały o ból głowy.

Głowa. Tabletki. Wzięła? Dobre pytanie…

– I tak ci nie pomogą.

Wzruszyła ramionami. Nie jej to oceniać.

– Cała ta… szopka? Po co? Żeby połechtać ego dzisiejszych arystokratów? Panujący przepych i tandeta sprzedawana w tych „ekskluzywnych sklepach” nijak ma się do dawnej, wyrafinowanej sztuki. Konsumpcjonizm zżera wszystko od środka.

Kelner przyniósł upragnioną kawę. Pociągnęła łyk, gorzka i cierpka. Idealna.

– Wasz prywatny Świat zepsuty… To jest to całe odwzorowanie antycznego piękna? Brudne ulice, zamieszkane przez bezdomnych, pompatyczny styl życia i wszechobecna ignorancja. Odór ścieków płynących z okolicznych kamienic… Te są całkiem ładne… ale to ponownie pozory, mieszkania są zaniedbane bądź całkowicie opuszczone. Pustka wypełnia cały świat.

Spojrzała na kawę. Mocna. Słońce znalazło się w zenicie. Ostatnia szansa.

Machnęła ręką, przywołując kelnera. Kilka monet odciążyło jej torbę, a aparat znów powrócił do jej dłoni.

Stanęła w tym samym miejscu, ale już widziała, że coś jest nie tak. Łuk triumfalny przesunął się o około 200 kilometrów. Dlaczego? A bo i cała ziemia się przesunęła. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby ona razem z nimi wykonała tę podróż. Ale nie. Została.

Teraz trzeba szukać Łuku.

Pola złociste, pola marmurowe, pole powietrzne

Potężny byk nieustępliwie galopował pośród pól, mierzwiąc złote kłosy. Z każdą kolejną chwilą tracił siły. Gruby sznur oplótł jego rogi. Starzec zapragnął osiodłać byka, oswoić. Czuwająca nad nimi Atena utrzymywała wszystko w ryzach, rozpościerając swoje dłonie, otaczała każdego opieką.

Kolejne pstryknięcie. Tłum Azjatów z parasolami. Dlaczego? Przecież nie pada.

Antoine Étex potrafił oddać ulgę, która wiązała się z zakończeniem napoleońskich wojen. Matka uspokajające swoje dzieci, wreszcie mogła odetchnąć.

Pstryknięcie.

Zmiana obiektywu, czas na większą skalę.

Relief na wieki wtłoczony w fasadę Łuku honorował traktat paryskie zawarty w 1815 roku.

– Zgłodniałem, chodźmy coś zjeść.

Zostały jeszcze trzy płaskorzeźby, niestety światło nie było już przystępne.

Kolejna wycieczka. Przewodnik mówiący z twardym akcentem, chyba niemieckim. Udało jej się skryć za szkłem soczewki. Człowiek z aparatem staje się dla wielu niewidzialny, podobnie jak człowiek z ulotkami albo człowiek z puszką charytatywną. Po prostu człowiek. Wszyscy go unikają, z obawy przed zrujnowaniem zdjęcia. Każdy się schyla, przyspiesza. Omija.

– Ploszę zejdmy ze slońca… dostaję bólu glowy…

Jeszcze kilka zdjęć, trzeba wyrobić normę.

Mrugnęła.

Rozciągająca się panorama miasta natychmiast przyciągnęła jej uwagę. Stąd wszystko wydawało się mniejsze. Wspomnienie rozbrzmiało w jej pamięci. Wijąca się na wprost ulica przypominała jej aleję Róż w Nowej Hucie, zrewitalizowane osiedle wybudowane w dobie socrealizmu. Jej profesor historii sztuki, wielbił to miejsce. Uważał je za sztandar między tym, co pożyteczne, a estetyczne. Próbowała ten zachwyt przekuć w swoją siłę, próbę dostrzeżenia tego, co normalnie niewidoczne.

Zrobiła parę ujęć. Uchwycona w aparacie zieleń zdawała się żywsza i bardziej nasycona kolorem niż ta w rzeczywistości. Być może taki był cel zdjęć? Zamiast mimetycznie oddawać rzeczywistość, miały zbliżać się do wyidealizowanych form, ukazywać to, co piękne, niekoniecznie prawdziwe.

– Piękne kłamstwo, krwiście czerwone.

Pokiwała zrezygnowanie głową. Jej nie lubiła najbardziej.

– Jurz mi lepiej… mozemy wlocic.

Mrugnęła.

Potężny byk znów galopował.

Co pod językiem… i trochę o paradoksach

Pola Elizejskie to istny paradoks.

Labirynt ulic, który nie jest labiryntem. Drogi są proste, przejrzyste i schematyczne.

Bujna zieleń, która zielenią jest przez trzy miesiące w roku. Resztę cyklu wypełniają miedziane, wyschnięte liście i ogołocone gałęzie.

Plac Zgody to tak naprawdę Plac Niezgody, miejsce egzekucji obdarte z podniosłości. Teraz to atrakcja turystyczna.

Łuk Triumfalny nie jest triumfalny. Wybudowany w celu upamiętnienia zwycięstw francuskiej armii, skąpany w krwi i barbarzyństwie.

Pałac Elizejski nie jest elizejski. Rezydencja prezydenta, ważnego człowieka, ale nadal człowieka.

Pola Elizejskie to nie Pola Elizejskie. Nie te prawdziwe, bujne arkadie przeznaczone dla dusz czystych, uczciwych, zapewniające wieczny spokój.

– Nie skryjecie się za fasadą wyrafinowanej architektury, zbudowanej z kłamstw, niewolniczej i katorżniczej pracy. Minos, Ajakos i Radamantys i tak was osądzą.

Autobus wydał ostatni sygnał dźwiękowy oznaczający odjazd.

Wyskoczyła z niego w ostatnim momencie, rzucając niemrawe przeprosiny w stronę staranowanej staruszki.

Ulica była zwykła, wciąż stanowiła część interesującej jej alei, ale wypełniona była spokojem i normalnością. Gwar głównej ulicy nie docierał na skraj paryskiej dzielnicy, gdzie granicę wyznaczały już tylko pomniejsze drzewa.

Na środku małego placu znajdowała się fontanna. Okrągłe konstrukcje przypominały jej liście wodnej lilii. Masywne, ale i delikatne. Spojrzała na znaki. 

Place Victor Hugo.

Zielone przestrzenie. To jej główny cel. Aglomeracja połączona z naturą, planowana industrializacja niezaniedbująca funkcjonalnych obszarów miasta. 

Cieszyła się, że udało jej się pominąć aspekty związane z dziennikarstwem i sondą społeczną. Gdyby teraz miała jeszcze zadawać pytania zabieganym i wiecznie oceniającym francuzom, nie podołałaby przy kończeniu pracy. A tak była tylko ona i poręczny aparat.

– Kłamstwo.

Nie jej to oceniać.

– Dlaczego innym mówisz prawdę, a siebie okłamujesz?

Wzruszyła bezwiednie ramionami, ale w jej ruchach dało wyczuć się pewną nerwowość.

– Wiesz, że nie lubi poruszać tego tematu. Dlaczego ją męczysz?

– Ja? – oburzyła się. – To ty co chwilę rzucasz filozoficzne bzdety na temat dawnej świetności starożytnej cywilizacji i otwarcie wyrażasz swoją wrogość do tej dzisiejszej.

Stado sikorek wzniosło się w powietrze, zaczynając podniebny taniec. Prędko chwyciła za aparat i uwieczniła je na tle spokojnej ulicy.

– Ja przynajmniej dbam o jej bezpieczeństwo. A ty? Co takiego robisz dla systemu?

Wzdłuż ulicy zamontowane zostały drewniane ławki z czarnymi zdobieniami. Odpoczynek i rekreacja. Wyjęła prędko notes i zapisała kilka pomysłów.

– Zapewniam rozrywkę – odparła niedbale. – Pilnuję młodszych i ogólnie pomagam.

Prychnął.

– Chyba w doprowadzeniu jej do szału. Naprawdę nie widzisz, co robisz? Za każdym razem, gdy się odzywasz, ona jeszcze bardziej się zamyka.

Przewróciła oczami.

Tout va bien?

Wzdrygnęła się, przed nią znikąd pojawił się młody mężczyzna. Muskularny o pięknych niebieskich oczach.

Speszyła się.

Oui, oui, je suis juste… – przełknęła głośno ślinę – en train de contempler les cadres.

Francuz pokiwał zmieszanie głową, patrząc na nią podejrzliwie.

D’accord… Mais la rue touristique est à trois pâtés de maisons – powiedział i odszedł.

Wypuściła długo wstrzymany oddech.

– Czy ty mu właśnie powiedziałaś, że… patrzysz na ramki? – Zaśmiała się sardonicznie.

Schowała aparat i zeszła na bok chodnika. Dookoła drzewa zaczęły się mienić i jarzyć. Jakby ktoś otoczył je w złocistym pyłku.

– To jest ta twoja pomoc? Widzisz, co narobiłaś?

Asfalt ulicy zaczął pękać, granice jezdni zapadać się i rozszerzać. Prosta droga rozpychała się na boki, tworząc kręte przejścia. Studzienki zatrzęsły się, by po chwili uwolnić rwący potok wody. Strumienie z bocznych ulic dołączyły do głównego nurtu, który niósł ze sobą orszak samochodów.

– Jest dorosła i zna swoje limity! – Awanturowała się, jednak widząc pogarszający się stan, wycofała się głębiej w mrok.

– Aha, czyli teraz uciekasz?! Zejdź lepiej do Hadesu!

Uderzyła plecami o zimne cegły. Pot perlący się na czole spłynął do jej ust. Słony posmak przysłonił metaliczną słodycz krwi, spływającą z dolnej wargi.

Zza odległej kamienicy wyłoniła się łódź. Stara, z postrzępionymi deskami, jej kadłub rozcinał tafle wody, pozostawiając za sobą cienkie smugi piany.

– Spokojnie, pamiętaj, musisz robić zdjęcia. Musisz. Inaczej nie będziemy w stanie nic rozróżnić.

Chwyciła za aparat, pierwsze pstryknięcie było chaotyczne, zrobione w ruchu. Zdjęcie na pewno wyszło rozmazane.

Szalupa zbliżała się jednostajnym tempem. Na jej dziobie uwidoczniły się czaszki, zbite w jedną wiązankę, kołysały się pod wpływem wolnych fal. Sznur okalający łódź ciągnął się z tyłu, wijąc się po krystalicznej tafli.

– Szybko! Musisz zrobić kolejne!

Trzęsącymi się dłońmi uniosła obiektyw. Oddech miała płytki, wszystko się zapadało, zmieniało. Flash lampy odbił się od powierzchni wody i chwilową ją oślepił.

– Nie, bez lampy! Wyjdzie prześwietlone!

Łódź płynęła coraz szybciej. Z jej pokładu wynurzyła się postać, odziana w czerń z długim kosturem sięgającym samego dna rzeki. Brzdęk ciężkich łańcuchów rozbrzmiał w jej umyśle.

– Prędko, zanim zniknie!

Wiatr wezbrał na sile, szum wypełnił ciasne przestrzenie, roznosząc się echem między kamienicami, dopełniony przez rytmiczne bicie dzwonu kościelnego.

Przygryzła wargę jeszcze mocniej, aparat niemal wyślizgnął jej się z dłoni. Rzeka rozlała się ponad krawężniki, docierając wprost na chodnik. Dłoń starca wyciągnęła się do przodu.

Pod językiem poczuła coś dziwnego. Metalowego, gdyby nie twarda struktura stwierdziłaby, że to kolejna fala krwi.

– To obol – podpowiedział usłużnie. – Zapłata dla Charona. Zrób mu zdjęcie! Zdjęcie głupia!

Zimna, koścista dłoń chwyciła ją za nadgarstek. Prędko uniosła aparat.

Pstryknięcie wypełniło puste przestrzenie.

Dwóch ludzi

Chwyciła delikatnie za zabandażowany nadgarstek. Promieniował on bólem, ale takim nie istniejącym, fantomowym. Dobrze o tym wiedziała. Wszystko, co wcześniej się wydarzyło to jedynie mara, koszmar senny podążający za nią nawet na jawie. 

Sięgnęła po aparat i kliknęła przycisk, by dotrzeć do galerii zdjęć. Wpierw w oczy rzuciło jej się zdjęcie rozmazane, kolory i kształty zlewały się w jedną plamę. Drugie było w pełni białe, dopiero trzecie wyszło tak, jak powinno. Tak jak podejrzewała. Plac Victora Hugo to jedyna rzecz trochę bardziej niepospolita. Żadnego starca na nim nie było, a droga wiła się normalnie, asfalt był nienaruszony.

Westchnęła głośno. Powłóczyła wzrokiem po innych ludziach również czekających na autobus. Wszyscy wyglądali… normalnie. Podejrzewała, że ona również, choć ciemnofioletowy odcień włosów mógł dla niektórych jawić się jako coś niecodziennego. Ale poza tym, ot zwykła dziewczyna.

Zwykły kolor oczu. Zwykłe ubranie. Zwykła figura. Zwykła osobowość.

Zwykły umysł… Kolejny paradoks. Zwykły i niezwykły. Niezwykły w swojej zwyczajności. Zwykły w swojej niezwyczajności.

Przeciętny, ale i niepowtarzalny, posiadany tylko przez dwa procent społeczeństwa. A może wręcz aż.

Ponownie westchnęła, zwracając na siebie uwagę szykownie ubranej Francuzki. Posłała jej pełne ciepła spojrzenie. 

Kobieta odwzajemniła.

To właśnie te dwa procent?

Dwóch ludzi na dziesięć tysięcy osób.

Dwóch ludzi na sto pełnych autobusów.

Dwóch obcych sobie ludzi, a tak podobnych, bliskich.

Chwyciła za nadgarstek. Ostry ból przyćmił jej myśli.

– Mozemy jurz do domu…?

Uniosła wysoko głowę i skinęła.

Dziewczynka się ucieszyła.

Trzech Sędziów

Na drugi dzień odzyskała klarowność umysłu. Wszystko ucichło, została sama. Tak jak zawsze powinna.

W drodze do Jardin des Plantes Greenhouses przystanęła na placu Panteonu. Nie był on na jej liście rzeczy do zwiedzenia/sfotografowania. Nie wpisywał się w meritum jej pracy, ale coś ją do niego ciągnęło. Sześć rzędów masywnych kolumn piętrzyły się ku górze, wspierając trójkątny fronton, znajdujący się tuż nad portykiem.

Aux grands hommes la patrie reconnaissante – głosił wyryty napis na fasadzie budynku. ”Wielkim ludziom wdzięczna Ojczyzna”, hasło mające określać wdzięczność francuskiego ludu dla wybitnych jednostek. Grobowiec, miejsce święte znów przemienione w turystyczną atrakcję. Z szacunku nie wyciągnęła aparatu, chłonęła jedynie neoklasyczne piękno.

Wzrok skupiła na wyrzeźbionych postaciach w tympanonie. Relief autorstwa Davida d’Angers przedstawiał scenę „Ojczyzna i wolność obdarowujące bohaterów”. Sama Ojczyzna przedstawiana jako postać kobiety osadzona jest na samym środku. Po prawej stronie ludność reprezentująca porządek cywilny, a po lewej porządek zbrojny. 

Wszystkie trzy alegorie zdawały się spoglądać na nią osądzającym wzrokiem. Nie mogła wyzbyć się palącego uczucia, które przeszywało ją z każdą kolejną chwilą patrzenia na ten imponujący relief. Ojczyzna zdawała się wyrozumiała i spokojna, porządek cywilny usatysfakcjonowany, ale mający pewne wątpliwości. Ostatni rząd ludzi, na ich czele sam Bonaparte, rozmyślał, rozmyślał, aż w końcu wszyscy zgodnie skinęli głowami.

Odwróciła się prędko na pięcie i odeszła w stronę ogrodów.

Widmo Śmierci i miejsce Śmierci

Przechadzała się po Place de la Concorde, chociaż nie była to jego pierwotna nazwa. Na początku za czasów panowania Ludwika XIV to właśnie na jego cześć nazwano plac, wraz z jego wybudowaną podobizną. W trakcie rewolucji francuskiej pomnik usunięto, zastąpiono go gilotyną, a plac zyskał miano Place de la Révolution.

Nieprzyjemne ciarki przeszły po jej plecach. Oczami wyobraźni widziała liczne głowy spadające do koszyka. Twarze się zmieniały, jak i wyrażane emocje. Niektórzy przyjmowali to ze spokojem, oczekując jedynie na szybki koniec. Inni do ostatniej sekundy wyrażali sprzeciw, kolejni szlochali, krzyczeli, ale na koniec wszyscy milkli. Niezależnie od statusu. Niezależnie od profesji czy wieku. Cisza skazanych i wiwat tłumu.

Nad wszystkimi wspomnieniami czuwał egipski obelisk z Luksoru, wielki i monumentalny, usytuowany w centralnej części placu. Może to tu stała gilotyna? A może tam, przy Fontannie Mórz i Fontannie Rzek? Ktoś rzuciłby teraz filozoficzną anegdotą, wytknął jej ignorancję na jeszcze większą perspektywę albo zarzucił zbędne roztrząsanie. W końcu to tylko plac. Duży, płaski, otoczony przez osiem kobiecych posągów stanowiących personifikacje francuskich miast.

Fontanny przyciągnęły jej uwagę. Szczególnie ta pierwsza, przedstawiająca Nereidy i piękne zdobienia. Schyliła się nad taflą, woda była krystalicznie czysta. Nagle zachciało jej się pić… Nie, nie mogła. Potrząsnęła głową, budząc się z dziwnego marazmu. Jej kąciki ust wydawały się dziwnie wilgotne.

Przeszła dalej, gdyż obecność natury była tutaj znikoma, dopiero Jardin des Tuileries zaoferowały jej lepsze źródło materiałów do pracy. 

Słońce przyjemnie prażyło skórę. Jasne promienie przebijały się przez korony drzew i tańczyły migoczącym światłem na szkle soczewki. Rekreacja, odpoczynek i wyciszenie. Musiała przyznać, że wykreowana tu przestrzeń życiowa człowieka za pomocą szaty roślinnej robiła na niej niemałe wrażenie. Stosunkowo niedawno odnalazła w sobie tę wrażliwość niezbędną do kontynuowania studiów z zakresu architektury krajobrazu. Lepiej późno niż wcale jak to mówią.

Sięgnęła do torby, by jeszcze raz przyjrzeć się planom budowy, stworzonych przez André Le Nôtre. Dostrzegała ten unikatowy sznyt w elementach tego grodu. Heksagonowy staw zapraszający do wkroczenia w głąb, wielorakie ornamenty w postaci specjalnie strzyżonych krzewów i okrąg usytuowany w samym centrum, otoczony przez mniejsze wodne okręgi. Zwieńczenie stanowi Musée du Louvre, przeszklona piramida, miejsce sztuki, kunsztu i artystycznej finezji.

Chłonęła te wyjątkowe momenty ciszy, rozkoszowała się nimi, ale równocześnie czuła niepokój, wiedząc, że nie są wieczne. Chwile, w których jest sama, wolna. Mimo otaczającego ją tłumu nie czuła na sobie presji. Tutaj była zwykłym turystom z lepszym aparatem, ścigającym kolejne ujęcia i walczącym z kapryśnym światłem.

Westchnęła przeciągle, ostatnio stało się to jej małym rytuałem.

Kolejna seria zdjęć zapisała się na karcie pamięci.

Zaświaty i odkrycie potencjału

W kolejnym dniu znowu się zaczęło. Ból głowy, mdłości, dezorientacja i pozorna klarowność, która szybko przeistoczyła się w walkę o kontrolę.

– Znowu ta paskudna maskarada Pól Elizejskich. Kto śmiał sprofanować tę mityczną krainę na cześć ludzkiego śmietniska?

– A ty znowu to samo. Pozwól jej odpocząć.

Prychnął.

– Tak jak ty pomogłaś jej z kolejnym epizodem? Jesteś z siebie dumna? Nawet nie wiesz, że nawiedził ją sam…

Próbowała wszystkich wyciszyć. Naprawdę próbowała. Rozmawiali o tamtym incydencie normalnie, bez patosu, choć wyrządził on spore szkody. Wiedziała, że oznacza to kolejny podział, odłączenie się kolejnego elementu osobowości. W skrajnych przypadkach fuzję, złączenie się już dwóch istniejących form. Błagała, aby nastąpiło to już po skończeniu pracy.

– Tłoczno tu.

Rzadko pojawiający się głos. Kobiecy, chyba to jedna z obrończyń.

– Proponuje chwilowo ją wyciszyć – zaproponowała spokojnym tonem.

Nie, nie mogła się na to zgodzić. Musiała dokończyć fotografowanie Avenue des Champs-Élysées. Z niewiadomych jej przyczyn zostawiła to na koniec. Ta szeroka ulica ozdobiona sznurem kasztanowców, wydawała jej się dopełnieniem podróży. Zwiedziła większość monumentalnych budynków; Wersal, wieżę Eiffla, Luwr, Katedra Noter-Dame, sam Panteon czy większość paryskich ogrodów, ale to właśnie Pola Elizejskie kojarzyły się jej z końcem, ostatnim pożegnaniem.

– To na pewno przez ciebie i te twoje mitologiczne bzdety.

– Ani mi się waż obrażać greckie wierzenia! To wszystko prawda! – awanturował się.

Świeża zieleń kasztanowców zaczęła lśnić. Blask był trwały, z początku delikatny, badający grunt. Wraz z nasileniem się głosów sam przybierał na sile.

Stała na chodniku, ale coś podpowiadało jej, że z głównej drogi ujęcia wyjdą bardziej idealne, pełniejsze.

– Zgłodniałem, chodźmy coś zjeść.

– Nie teraz, zaopiekuj się młodszymi, albo zrób jakieś porządki w pamięci.

Porządki w pamięci? Nikt nie będzie jej tam grzebał. Stanęła na krawężniku, gdy słońce znacznie się zbliżyło i zmieniło barwę. Ze słomkowej żółci na głębszy pomarańcz.

– Jak już mówiłam, ktoś inny powinien przejąć kontrolę, przynajmniej na jakiś czas.

– Zgłaszam swoją kandydaturę! – krzyknęła ostrym tonem.

– Nie! Wszystko zniszczysz ty i twoja obsesja na punkcie czerwonego koloru – zaprotestował, ale nagle poczuł się dziwnie. Jakby został wyrwany ze swojego dotychczasowego miejsca.

Kasztanowce wolno zwinęły swe liście, przybierając odmienny kształt, a pnie piętrzyły się do góry. Liczne topole zastąpiły dotychczasowe drzewa, wyznaczając granice dróg.

– Ja, ja! Moge ja? Plosze…

– Miałeś się nimi zająć – wytknęła chłodnym, ale wciąż spokojnym tonem.

– Zgłodniałem. – Wzruszył ramionami.

Wyszła na ulicę. Klaksony samochód wpierw ją przytłoczyły, odstraszając ją z jezdni. W końcu jednak i ich dźwięk ustąpił jednostajnej i melancholijnej melodii greckich lir. Głosy znów się nasiliły.

– Wszystko nam się zaraz posypie, każdy jest częścią systemu, więc każdy powinien pomóc.

– Akurat – warknęła. – Nikomu się nie chce, każdy spisał ją na straty.

– A czy to właśnie nie jest nasz główny cel? Pomóc jej w utrzymaniu systemu?

– Ona go, ba, nas nawet nie akceptuje!

Słońce przyjemnie prażyło jej skórę. Opuszkami wodziła po delikatnej strukturze licznych zbóż. Odór spalin zastąpiła spolegliwa woń asfodeli.

– Czy ona…? Wymyka nam się!

– Szybko musisz nam pomóc!

Ale on również nie reagował. Osaczony mitycznym pięknem, swoim dawnym domem.

Odetchnęła lekkim powietrzem. Wyzbyła się wszelkich zmartwień, inne głosy przycichły, odeszły w mrok. Ten jeden stał się głośniejszy i czystszy. Mieszał się z jej własnym.

Dookoła roznosiła się jedynie łuna szczęścia i spokoju. Całe jej cierpienie, niespełnione pragnienia i ukryta złość odeszły w niepamięć. Odczuwała spokój i harmonię. 

Czy to te prawdziwe Pola Elizejskie?

– Tak – odparł. – Tu właśnie zaznamy spokoju.

Nie wiedziała, czy może mu wierzyć. Jemu? A może sobie? Granice zaczynały się zacierać. Co to właściwie znaczyło?

Nie wiedziała.

Nie wiedział.

Nie wiedzieli.

Jedno było pewne.

Fuzja właśnie się rozpoczęła.

Definicja

Dysocjacyjne zaburzenia tożsamości nazywane też osobowością mnogą, to występowanie przynajmniej dwóch różnych tożsamości lub stanów osobowości, z których każda posiada utrwalone wzorce spostrzegania, nawiązywania relacji i myślenia na temat środowiska i własnej osoby.

Według kryteriów DSM-5, DID (Dissociative identity disorder) cechuje występowanie przynajmniej dwóch odrębnych osobowości oraz obecność luk pamięciowych. Przejawami DID mogą być także zmiany afektu, stanów świadomości, zachowania, zdolności percepcji, a także zaburzenia ruchu i czucia. Ponadto występują trudności z zapamiętywaniem faktów z życia, percepcją między wspomnieniami a rzeczywistością.

Fuzja to potoczne określenie na „łączenie” się dwóch osobowości w jedną nową. Wynika to z doświadczenia kolejnej traumy.

Tożsamości mogą przejmować kontrolę nad ciałem „hosta”, osoby, która zarządza systemem przez większość czasu.

System to inaczej zbiór osobowości.

20. Maciej Skrzynecki: "Ostatni dzień"

Ostatnia wstała z łóżka nieco żwawiej niż zwykle. Decyzja podjęta przed zaśnięciem poprzedniej nocy zdawała się odmładzać Ją o kilkanaście lat. Przez ostatnich kilka tygodni świat do Niej należał, ale samotności nie łagodziła ani możliwość otrzymanie wszystkiego, co zabraknie, ani nawet codzienne rozmowy z bliskimi. Najbardziej Jej brakowało siostry, która się wgrała cztery lata temu – a teraz prawie codziennie ją namawiała, by dołączyła do nich. Wczoraj uznała, że dwadzieścia cztery dni jako Ostatnia na ziemi to wystarczająco dużo, by zyskać sławę, zasięgi i miejsce w Wikipedii na wieczność.  Pewnie i dzień by starczył, ale miała sentyment do wszystkiego, co ją otaczało trochę większy, niż reszta ludzi. 

A przecież tam będzie tak samo. Nie poczuje żadnej różnicy. Będzie mogła czuć swoje ulubione zapachy, jeść swoje ulubione jedzenie, a do tego faktycznie spotykać się ze swoimi ulubionymi ludźmi. Wiedziała, że to czekanie nie było racjonalne, ale czy można jej odmówić prawa do nieracjonalności? Wręcz w ten sposób oddawała hołd całej historii ludzkości, a to jej pasowało do roli Ostatniej.

Przy śniadaniu ogłosiła Maszynie swoją decyzję – po południu wybierze się do Kliniki. Kiedyś na całym świecie były ich setki, a i tak trzeba było czekać w kolejce, a na początku i sporo zapłacić. Dziś ostatnia czekała właśnie na Nią w centrum dawnego miasta, w którym się urodziła, gdy była to milionowa metropolia. Maszyna spytała o sposób transportu. Ostatnia zazwyczaj wolała samochód i spokojne przesuwanie się po ziemi, trochę za stara była już na latanie, ale chciała spojrzeć na miasto z góry po raz ostatni. Usiadła na tarasie i czekając na zwiennowirnikowiec, zaczęła wspominać. 

Jeszcze dziesięć lat temu lubiła podróżować. Latała po całym świecie, odwiedzając miejsca, o których czytała lub oglądała filmy. Chciała zwiedzić wszystkie kraje świata, ale coraz mocniej dawały Jej się we znaki bolączki starości, a w dodatku już nawet w największych atrakcjach turystycznych były pustki wywołujące u Niej dyskomfort. Po raz ostatni oddaliła się od domu na więcej niż pięćdziesiąt kilometrów jakieś pięć lat temu, jeszcze z siostrą. Poleciały na Wyspę Wielkanocną, obejrzeć moai. Teraz już nie będzie nikogo, by oglądać pozostałości po wcześniejszych ludziach. Ciekawe, czy twórcy tych kamiennych głów byliby w stanie zrozumieć czasy Ostatniej, gdyby im o nich spróbowała opowiedzieć? 

Pionowzlot wylądował w jej ogródku, zajmującym prawie hektar. Większość z tego to już był zwykły trawnik, utrzymywany w porządku przez maszyny, ale wciąż miała jeszcze kilka grządek kwiatów. Po drodze do zmiennowirnikowca Ostatnia przeszła obok jednej z takich kęp i zerwała z niej kwiat złotogłowia, wplatając go sobie we włosy, które kiedyś były złote, a dziś bliżej im było do bieli kwiatu. Ostrożnie wsiadła do pionowzlotu i usiadła w wygodnym fotelu, który automatycznymi pasami wziął ją w swe objęcia. Ruszyli.

Najpierw lecieli nad lasami, gdzie między drzewami można było zobaczyć pozostałości wsi i miasteczek porzuconych lata temu. Im bliżej miasta, tym więcej śladów niegdyś dziewięciomiliardowej cywilizacji było dostrzegalnych. Tam życie trwało długo, większość ludzi wolała ostatnie lata spędzać blisko innych, a duże miasta jako jedyne oferowały i po kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców (i kilku tysięcy turystów, albo ludzi przeprowadzających się co kilka miesięcych, uprawiających country surfing) jeszcze kilkanaście lat temu. Ale gdy ich zostało kilkuset, i oni się rozproszyli. Niektórzy wybierali na własność apartamentowce, inni żyli w zabytkowych pałacach, a Ostatnia wybrała willę blisko zieleni i kilka kilometrów od morza. 

Właśnie teraz przelatywali w pobliżu portu. Potężna infrastruktura, zajmująca setki hektarów, wciąż budziła respekt. Od lat jednakże żurawie stały nieruchomo, a setki autonomicznych ciężarówek i dziesiątki pociągów oczekiwały na ładunek, który nigdy nie nadejdzie. Gdy ludzi została garstka, ich potrzeby w całości można było obsłużyć szybszym lotnictwem. Po raz ostatni statek przypłynął tu bodaj trzy lata temu, gdy przedostatni człowiek mieszkający w tym mieście dla fanaberii zamówił kilka tysięcy ton miedzi. Ostatnia słyszała, że jego ojciec pracował kiedyś w porcie, a on chciał po raz ostatni przed wgraniem zobaczyć jego prawdziwą pracę. Oczywiście tam port jest bardziej zajęty pracą niż kiedykolwiek w rzeczywistości, ale dla niego, podobnie jak dla Niej, to nie było to samo.

Zbliżali się do Kliniki, znajdującej się w siedemdziesięciometrowym wieżowczyku, który kiedyś był biurowcem. Nie miał na dachu lądowiska, więc pionowzlot wybrał najbliższy płaski teren w okolicy, czyli plac kiedyś pełen ludzi spieszących z i do pracy. Dziś raził Ostatnią czystością granitowych płyt, o którą każdego ranka dbała Maszyna. Wysiadła na lśniącą posadzkę i skierowała się do wejścia do szklanego budynku panującego wizualnie nad placem. 

Najbardziej porażająca była jednak nie czystość, lecz cisza. Słychać było jedynie szmer wiatru. Ostatnia przypomniała sobie, jakie dreszcze to u niej wywoływało podczas podróży. Chyba ta cisza bardziej Ją zamknęła w domu, gdzie mogła nakazać robotom ciągłe krzątanie się, niż zwyczajny brak ludzi. I tak raczej z nimi się nie spoufalała, ale oni rozmawiali między sobą, a nawet od zwiedzających w ciszy niósł się odgłos kroków. Teraz nie było niczego.

Po przejściu przez obrotowe drzwi powitała Ją z recepcji Maszyna z wprawą, z której nie wypadłaby nawet po stuleciu bez odwiedzających budynek. Ostatnia zaciekawiła się w duchu, czy została tu zainstalowana jeszcze gdy był to biurowiec, witając tak samo ostatnich pracowników, czy też wdrożono ją przy przekształceniu w Klinikę. Nie miało to w sumie znaczenia, więc Ostatnia zapytała tylko, na które piętro się udać. Ucieszyła się słysząc, że na ostatnie, oznaczało to możliwość spojrzenia jeszcze raz na miasto.

Przy dźwiękach muzyki windowej, która mogłaby towarzyszyć ostatniej podróży w każdym mieście świata, zaczęła rozmyslać. Nie odwiedziła wczesniej Kliniki, nie towarzyszyła rodzicom, ani nawet siostrze. Za bardzo przypominało to Jej umieranie, jakby miała czuwać przy łóżku bliskiej osoby w hospicjum. Ale od czasu, gdy wgrała się Jej siostra, oswoiła się z myślą o tym procesie, wiedziała, że kiedyś będzie musiała to przejść.

Drzwi windy otworzyły się z delikatnym brzdękiem. W poczekalni znajdowalo się kilka kanap zdobionych w kwieciste wzory, przed którymi znajdowały się stoliki z tabletami, zapewne oferującymi dostęp do całej biblioteki film, serialów, muzyki czy książek stworzonych przez ludzkość. Ale Ostatnia nie miała na co czekać, więc udała się do fioletowo oświetlonych drzwi gabinetu. 

Po otwarciu drzwi Ostatnią powitała panorama miasta. Zza przeszklenia widziała większość centrum miasta z nieprzekraczającymi stu metrów wysokości dominantami – wieżyczkami dawnych biur,  hoteli i świątyń. Gdyby zechciała, każdy z tych budynków mógłby stać się znów w pełni funkcjonalny, wypełniony humanoidalnymi robotami udającymi gości hotelowych albo wiernych. Mogłaby też nakazać wyburzenie całego miasta i zastąpienie go Jej portretem zbudowanym z metali szlachetnych. Najbardziej kusiło jednak widoczne w oddali morze, jak i w pełni nieograniczony wybór jachtów, którymi mogłaby w nie wypłynąć. Maszyna musiała Jej służyć, jako Ostatniej z ludzi. Gdy była uczona, najważniejsze dla twórców Maszyny było to, żeby służyła ludziom i nigdy ich nie krzywdziła. 

Ostatnia odrzuciła te myśli i usiadła w fotelu znajdującym się na środku pomieszczenia. Wysunęły się z niego przewody, których końcówki zniknęły wśród włosów Ostatniej. Po chwili jej ciało zesztywniało, a jej umysł dołączył do reszty ludzi.

Maszyna nie miała już człowieka, by mu służyć. Jako pierwsze wyłączone zostały automaty sprzątajace turystyczne atrakcje, których nie odwiedzi już żaden człowiek. Żadne martwe stworzenie nie poruszało się już na Manhattanie, po Polach Elizejskich czy Wielkim Murze, by je czyścić i przygotowywać na turystów. Następnie zostały wyłączone farmy produkujące żywność roślinną i laboratoria mięsną, fabryki ubrań i elektroniki, telewizja i radio. Nie było już ludzi do karmienia i odziania. 

Nie było też ludzi do łagodzenia tęsknoty, więc Maszyna wyłączyła serwery wgranych umysłów.

Nie było potrzeb do spełniania, na końcu więc Maszyna wyłączyła samą siebie.

Patroni konkursu